kontakt i współpraca
Powiedzcie mi jak to się stało, że najpiękniejszy czas w roku stał się tym najbardziej wymagającym?
Widzę tylko jedną zmianę – zostałam Mamą i to już na mnie spadł obowiązek przygotowywania wszystkiego, co tylko ze świętami może być związane. Kiedyś wydawało mi się, że to wszystko robi się „samo”, a teraz wiem, że moja Mama wieczorami sama wszystko przygotowywała, bo tylko naprawdę niewielka część jest do zrobienia z dziećmi.
Jako dziecko kochałam ten beztroski czas, a teraz jako Mama skłamałabym że ten czas to sama zabawa. Nie zrozumcie mnie źle, ja to naprawdę kocham, ale jest to dla mnie taki okres, który również wiąże się z wieloma obowiązkami, stresującymi sytuacjami, ale także z wielką radością.
Nawet jak piszę teraz ten list to zerkam na moją lodówkę, na której wisi przyczepiona magnesem z choinką kartka, a na niej cała lista z wypisanymi rzeczami do zrobienia w okresie okołoświątecznym. A uwierzcie mi, że normalnie nie używam takich rzeczy – wszystko mam w głowie, ale w tym roku zaczynając od stroju Anioła na jasełka (przecież go nie kupię, muszę sama zrobić) i kończąc na stroikach DIY na stół.
Choinka już kupiona, oczywiście żywa, bo bez tego zapachu nie ma świąt. Świąteczny wianek wisi na drzwiach, a z głośników płynną spokojne melodie, na które alergię ma mój mąż.
Gdzieś usłyszałam, że rodzice MUSZĄ już dziś pracować na wspaniałe wspomnienia swoich dzieci i robić wszystko, żeby szczególnie ten czas był dla nich cudowny.
Święta jak z obrazka – ustawione pod linijkę, a każdy członek rodziny z niewymuszonym uśmiechem patrzy w obiektyw. Nawet dzieci wszystkie na raz (co przecież nie jest możliwe). Dążymy do tej idylli, którą serwują nam reklamy.
Mama uśmiechnięta, w pięknej sukni z diamentami w uszach i na dłoniach. W koło wesoła gromadka jak z katalogu, mieszkanie wysprzątane na błysk, a na talerzach wykwintne i wystylizowane dania.
Jak to widzę, to mam poczucie, że chyba jestem za mało zorganizowana i powinnam do tej listy na lodówce dopisać jeszcze conajmniej 20 rzeczy do zrobienia. Albo myślę, że to wszystko przygotował ktoś inny, dziećmi zajął się tata, a mama miała 3 h, żeby się przygotować.
Znów patrzę na moją listę (średnio 20 razy dziennie) i widzę tam ogrom zadań, bez których chyba ŚWIĄT NIE BĘDZIE!
Uszyj wyżej wspomniany strój na przedstawienie, odbierz i własnoręcznie zapakuj prezenty (torebki są passe), przemyśl menu, ugotuj je, kup białe rajstopy dla Lili, wyprawa po choinkę, szopka DIY, pierniczki z dziećmi (2 h roboty – 1 dzień sprzątania), zrób i wyślij kartki świąteczne, wymyśl nowy przepis na ciasto z niskim IG, a przy tym zachowaj spokój ducha, uśmiech na twarzy i miej morze cierpliwości do dzieci.
Też to czujecie?
A co z dziećmi? Ciągłe:
„Zaraz”
„Za chwilkę”
„Tata się Wami zajmie”
„Nie ruszaj! To na święta”
„Jeszcze muszę to, tamto i owamto”
We mnie coś pękło, kiedy sama pojechałam z Lilką po choinkę i próbowałam ją sama wyciągnąć z bagażnika (ważyła chyba więcej niż ja). Pomyślałam wtedy, że to chyba coś jest nie tak. Po co aż tyle rzeczy biorę na siebie? Dlaczego chcę szyć strój na jasełka, a nie kupić? Czy to dlatego, że ja tak chcę, czy może dlatego, że inne mamy szyją swoim dzieciom stroje? Czy ja umiem zrobić wianek? Raczej nie.
Podeszłam do mojej lodówki z kubkiem herbaty zimowej w ręku. Zaczęłam się przyglądać tym wszystkim rzeczom, które mam liście i z radością w sercu zaczęłam je wykreślać. Gruba kreska na szopce – ciach! Wieniec kupię! Menu sprawdzone, bez nowości. Kolędy te same co rok temu. Nie będę po rajstopy specjalnie jechać do galerii, bo utknę w korku na 2 h.
Po wszystkich cięciach zostało mi dosłownie kilka rzeczy, które jestem w stanie ogarnąć. Prezenty lubię pakować, więc zajmę się tym z przyjemnością.
W ubiegłą niedzielę robiłam z dziećmi pierniczki. Było wesoło, świątecznie i każdy miał dobrą zabawę. Nawet się nie przejęłam rozsypaną mąką na podłodze i śladach małych stóp w niej. Zamiast pucować do błysku kuchnię, poszliśmy wszyscy na lodowisko. Lila pierwszy raz jeździła na łyżwach, a ja ściskając jej małą dłoń, miałam łzy w oczach. To będzie jej wspomnienie, a nie ja, która się wkurza, że nie zdąży, że klej na ciepło nie chce brać szyszki do wieńca.
A ona zeszła z tafli, przejechała się jeszcze na wiedeńskiej karuzeli i powiedziała, że to był jej najlepszy dzień w życiu. Jak to usłyszałam, to przełknęłam głośno ślinę i nie mogłam się powstrzymać przed wzruszeniem.
Tak sobie pomyślałam, że nie warto! To wszystko jest tak naprawdę zbędne, a to co zapamiętają nasze dzieci może nas samych zaskoczyć. To, że zjadały pierniczki prosto z choinki, czy też wyjadały masę do ciasta pachnącą przyprawami, a może zapamiętają szopkę, którą same wycinają.
Dzieciom naprawdę niewiele potrzeba, ale w tym czasie najbardziej potrzebują… CZASU, którego my często dla ich nie mamy, bo staramy się im zapewnić wspaniałe przeżycia. Dostrzegacie ten paradoks? Ja tak!
Dlatego w tym roku moje święta będą totalnie nieidealne, ale za to bardzo prawdziwe – z kupionymi dekoracjami, z daniami takimi jak co roku, z krzywymi piernikami, które może nawet nie dotrwają do świąt, z umazaną buzią od lukru i pewnie z brakiem zdjęć, bo chcę to wszystko zapamiętać tak jak jest, a nie tak jak ja sobie to wyobrażam.
I tego Wam również życzę razem z marką Baby Dove, która towarzyszyła nam przez cały rok. We wpisach pokazywałam Wam uroki prawdziwego macierzyństwa i dzieliłam się swoją wiedzą odnośnie rozwoju dzieci.
Chciałabym też przypomnieć Wam moje wpisy, które powstały pod patronatem Baby Dove.
Jest w nich dużo wartościowej treści:
Bycie mamą jest wspaniałe, ale bywa też trudne…
Czy nasze mamy miały lepiej?
Dzieci, które czują bardziej. O małych wrażliwcach.
Jak wygląda prawdziwe macierzyństwo?
Jak odstawić dziecko od piersi w łagodny sposób i bez utraty bliskości?
Jak wspomagać rozwój dzieci w codziennych sytuacjach?
Mikołaj nie istnieje, a wszystko to wymyślają dorośli po to żeby dzieciom sprawić magiczne dzieciństwo! Sama wierzyłam w Mikołaja dość krótko i czułam ogromne rozczarowanie, mimo tego, że w mojej rodzinie specjalnie tego tematu się nie ogrywało. Pamiętam, że moja Mama wcale nie podsycała we mnie wiary w Mikołaja jakoś specjalnie, bo chyba również czuła się z tym niekomfortowo.
Tak samo mam ja.
A kiedy jeszcze zostałam miłośniczką pedagogiki M.Montessori, to całkiem utwierdziłam się w przekonaniu, że dzieciom wcale nie jest potrzebny fikcyjny i magiczny świat. Doskonale poruszają się w świecie rzeczywistym i tak się uczą. Aby dzieci mogły odnaleźć się w świecie wyobraźni muszą najpierw poznać jak najwięcej rzeczywistych informacji.
Zdecydowanie lepiej jest dziecku czytać książki niż puszczać ich ekranizacje, bo umysł dziecka tylko podczas słuchania nie wyobrazi sobie niczego, co by przerosło jego wiedzę o świecie. Podczas oglądania filmów nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy pokazany fantastyczny stwór nie przerośnie jego wyobrażeń, co później może powodować lęki.
Takie jest moje podejście do dzieci: najpierw rzeczywistość, a póżniej fikcja.
Co w takim razie ze świętami, kiedy jest mnóstwo powielanych z pokolenia na pokolenie elementów, które nie są do końca znane dzieciom?
„Mamo, czy św. Mikołaj istnieje?” – zapytała mnie w tym roku moja 5-latka.
Do tej rozmowy przygotowywałam się kilka lat, odkąd się urodziła i byłam na nią gotowa. Więc kiedy pojawiło się TO pytanie to wzięłam ją na kolana i powiedziałam prawdę…
Na podstawie moich doświadczeń wiedziałam, że taki obraz chcę jej przekazać i po krótce opowiedziałam historię Mikołaja z Mirry. O tym, że podrzucał podarki przez okno potrzebującym. Ona słuchała z wielkim przejęciem. Czekałam na dalsze pytania o to, dlaczego inni się przebierają za Mikołaja, o prezenty pod choinką i inne. Ale one się nie pojawiły, więc pomyślałam, że sama nie będę jej o tym mówić – widocznie to nie jest ten czas.
Pisałam Wam pewnie nie raz, że nie okłamuję moich dzieci. Nigdy nie obiecuję czegoś, co wiem, że nie spełnię. Brzydzę się kłamstwem, do tego stopnia, że bardzo uważam na słowa. Kiedy nie jestem czegoś pewna to zazwyczaj mówię: „Ok, zobaczymy”, „Może tak zrobimy” albo „Nie mówię nie” – ulubione mojego męża. Tak samo jest z Mikołajem i całą „magią”. Nie chcę jej okłamywać, ale też nie chcę odbierać tej małej radości.
Nigdy nie powiedziałam do dzieci, że mają być grzeczne, bo Mikołaj patrzy, albo, że jak będą płakać to nie będzie prezentów. Instytucja Mikołaja nie powinna tak działać. To nie jest narzędzie do wychowywania dzieci i rodzice, które ją stosują chyba nie mają innego pomysłu jak rozmawiać z dziećmi i uczyć je. Dzieci przez to się boją, a nie o to chodzi w budowaniu relacji. Według mnie te dwie sprawy się tutaj wykluczają.
Tak sobie myślę, dlaczego wprowadzono postać św. Mikołaja do domów i dochodzę tylko do jednej historii. Kiedyś były inne czasy – dzieci miały mało zabawek, albo w ogóle. Rodzice nie poświęcali im czasu, bo mieli mnóstwo zajęć związanych z utrzymaniem domu i gospodarstwa. Często dzieci były też od małego bardzo zaangażowane w pomaganie rodzicom i ich dzieciństwo w żadnym stopniu nie przypominało tego z dzisiejszych czasów. Myślę, że to dlatego rodzice zaczęli tworzyć historię, która chociaż trochę mogłaby im uprzyjemnić ten wieczór.
Dla mnie takie właśnie ono powinno być – beztroskie, pełne doświadczeń, miłości, fajnych przeżyć. To jest dla mnie właśnie MAGIA dzieciństwa. Nie potrzebuję wymyślać historii żeby moje dziecko miało gwiazdki w oczach. Nie zamawiam też listów od Mikołaja, czy też nie robię ze sztucznego śniegu śladów na podłodze. Czuję, że i tak daję im tę MAGIĘ, bo może ona dla mnie znaczy coś innego, a nie wymyślanie niestworzonych historii o św. Mikołaju. Obserwuję, że niektórzy rodzice naprawdę robią WSZYSTKO, co tylko możliwe żeby dzieci wierzyły.
Ja ten temat obchodzę delikatnie i raczej słucham, niż mówię. Też nie chodzi o to żeby powiedzieć wprost, że Mikołaj nie istnieje. Najlepszym pomysłem wg mnie jest czekanie, aż dziecko samo się domyśli.
A czy przez to, że ich nie okłamuję to zabieram magię świąt? Myślę, że nie, bo dla mnie magia znaczy coś zupełnie innego. Coś co mamy w sercach i chcemy się tym podzielić.
W tym roku tak bardzo chciałam mieć z dziećmi takie świąteczne zdjęcia, ale nie wyobrażałam sobie nas w studio fotograficznym. Dlatego zabrałam dzieci do miejsca, w którym tło było znakomite! Napisała mi o nim moja czytelniczka i bardzo jej za to dziękuję.
Flora point to miejsce wyjątkowe. Zachęcam Was do wizyty w tej nietypowej kwiaciarni:)
Dzieci są w ubrankach Kappahl Newbie
A moja sukienka Lindex
Zdjęcia Kliszografia
Pierniczki świąteczne to główny punkt naszych przygotowań do świąt. Każdy z nas czeka cały rok żeby znów móc poczuć ten niepowtarzalny zapach w kuchni. W tym roku pierwsze pierniczki świąteczne już zawisły na choince, ale wcale nie jest powiedziane, że nie będziemy ich dorabiać.
My zawsze korzystamy z tego przepisu i wychodzą przepyszne. Najpierw są lekko twarde, a po zamknięciu w pudełku miękną.
Trochę bałaganu jest nawet wskazane:)
Dziś pokażę Wam nasze ulubione sposoby na dekorowanie.
Jeżeli chcecie spróbować czegoś nowego, to może spodoba się Wam ten pomysł. Potrzebujecie do niego cukierków – landrynek. Oddzielamy kolory i wkładamy landrynki do woreczków. Następnie stukamy młotkiem, tak żeby landrynki mocno się pokruszyły. Potrzebujemy też foremkę, która wytnie dziurkę już w gotowym pierniku.
Ja kupuję takie specjalne, które mają mniejszy środek (w tym roku kupiłam takie KLIK), ale równie dobrze możemy wyciąć otwór np. kieliszkiem. Do środka przed pieczeniem nasypuję landrynki i piekę ok. 10 minut. Czekam aż wystygną i wtedy odrywam od papieru. Takie pierniczki świąteczne świetnie wyglądają na choince (nie zapomnijcie zrobić przed pieczeniem dziurki słomką), bo światło lampek przebija się przez szybkę.
Potrzebujemy małe pianki typu marshmallow (dostępne TUTAJ ) i np. foremkę w kształcie owieczki (TUTAJ). Możemy również dekorować piankami inne kształty. A jak je zrobić? Tuż po wyjęciu gorących pierniczków z piekarnika szybko przyklejamy pianki do ciastka i przyciskamy. Możemy też dosłownie na 30 sekund włożyć pierniczki z piankami do piekarnika. Wtedy one się lekko stopią.
Potrzebujemy foremki z ludzikiem (TUTAJ) lub innej, która mogłaby fajnie wyglądać. Przed pieczeniem wkładamy ludzikowi w ręce migdał i pieczemy ok. 10 min. Jeżeli chcecie coś słodszego to migdały można wyjąć i włożyć w zapieczoną dziurkę np. cukierka M&M.
W tym roku zamiast sztucznych barwników używamy pysznych różdżek Helpa, które nadają piękny kolor, ale też niesamowicie owocowy smak.
Obawiam się, że moje pierniczki świąteczne nie dotrzymają do świąt 🙂
To już ostatni moment żeby bez pośpiechu kupić coś na prezent. Ja właściwie mam już wszystko gotowe i kilka z nich znajduje się w tym wpisie. Te dwie marki znam już bardzo długo i kojarzą mi się z dobrą jakością i godzinami zabaw.
Pokażę Wam dziś nasze typy, a na końcu będą 3 rzeczy, które dzieci dostaną w prezencie od nas.
Od tej układanki zaczęła się miłość do tego rodzaju zabawek. Widzę, że o wiele łatwiej było Julowi zrozumieć na czym polega układanie, kiedy miał w ręku przedmiot w 3D niż na płasko. Klocki są przeurocze i nawet jak Jul z nich wyrośnie to zostawię je jako dekorację świateczną do ich pokoju.
Jeżeli i Wam się podobają, to zajrzyjcie jutro na mój Instagram – coś będę dla Was miała:)
Dostępne TUTAJ
Po tym jak Jul ostatnio zaliczył mocny upadek na Mini micro z babyseat szukałam czegoś bardzo stabilnego, abym nie musiała cały czas go asekurować. Rowerek jest bardzo stabilny i ma obciągnięta koła gumą (dzięki temu nie trzeszczy jak jedzie po panelach).
Na lisku może bezpiecznie jechać, skręcać i się odpychać. Jazda na nim to dobry trening przed rowerkiem biegowym, który planujemy kupić na wiosnę.
Dostępny TUTAJ
Sensoryczne Puzzle Mudpuppy pojazdy budowlane
Zapanowała u nas wielka faza na układanie, więc te są codziennie używane. Ten zestaw jest po prostu genialny dla małego dziecka. Bardzo łatwo się je przyczepia, a do tego mają elementy sensoryczne. Muszę zamówić mu jeszcze inne z tej serii, bo bardzo je lubi. Te są 3-elementowe i myślę, że dla dziecka 18m+ będą już odpowiednie.
Pokazywałam je kiedyś w zestawieniu zabawek, ale dopiero teraz są w ciągłym użyciu. Julek ja układa, dotyka sensorycznych powierzchni, a do tego nazywa zwierzęta. Lubię je za te wszystkie funkcje.
Ciekawe puzzle dla starszych dzieci, które po ułożeniu służą do wyszukiwania zwierząt umieszczonych na pasku. Nie jest to wcale takie łatwe, bo są nieźle schowane. Mają piękną grafikę i są naprawdę fajne.
U nas są uwielbiane! Każdy z nich jest naprawdę wyjątkowy i służy przez długi czas. Są różne rodzaje, które można dobrać do zainteresowań i wieku dziecka. Każdy z nich jest zamknięty w uroczej metalowej walizeczce, która później może służyć do innych zabaw.
Ulubione duże auto Jula, którym bawi się bardzo często. Laweta ma składany podjazd, dzięki któremu auta mogę wjeżdżać nawet na górę. W zestawie są 4 auta, które idealnie pasują do lawety. Całość jest sporych rozmiarów, dlatego robi takie wrażenie.
Dostępna TUTAJ
A teraz nasze podarunki dla dzieci:)
Mamy w domu małego miłośnika samolotów, na które mówi „folenta”. Taki okaz będzie czekał na niego pod choinką. Nieduży samolot, który ma przyczepiane na magnes elementy. Myślę, że Jul będzie przeszczęśliwy.
Pamiętacie zestaw drewniany na rzepy, który Wam pokazywałam? Julek go uwielbia i codziennie nim się bawi. Dlatego myślę, że ten zestaw, który dodatkowo jest w formie układanki – skradnie jego serce.
Nie wiem ja to się stało, że nie mamy w domu gry typu Jenga. Pamiętam, że kiedyś u kuzynów Lilka grała w nią dobre 2 godziny i właśnie taką kolorową wersję dostanie na Gwiazdkę. Samych klocków można też używać do budowania, sortowania kolorów, czy też liczenia. Razem wymarzonymi rolkami będzie miała fajny prezent.
Julek na zdjęciach ma na sobie ubranka Kappahl Newbie
Czegóż ja sobie mogę życzyć? Tak naprawdę to wszystko mam, ale zawsze się znajdzie jakaś mała rzecz, która ucieszy oko. A może i Wam coś się tu spodoba dla siebie, siostry lub mamy.
Napiszcie mi koniecznie co Wy macie na liście do Brodatego:)
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
a tu jeszcze więcej inspiracji – Prezenty dla niej na święta
Wiem, że lubicie ten cykl, w którym pokazuję czym aktualnie bawi się nasz Junior czyli zabawki dla 2-latka. Pewnie jeszcze nie macie wszystkich prezentów, więc taki wpis może Was zainspiruje. Ja zawsze wolę zobaczyć coś w rękach dziecka na zdjęciu niż kupować coś tylko ze zdjęcia produktu.
Poprzedni wpis był już dość dawno (Zabawki dla małych dzieci), więc trochę nam się nowości uzbierało (a to i tak nie wszystko, bo jeszcze jeden post zabawkowy będzie na początku przyszłego tygodnia).
GENIALNE puzzle podłogowe, których używamy codziennie! Każdy element pasuje do siebie, więc nawet Junior nie ma problemów z ich układaniem. Konfiguracje puzzli są totalnie dowolne. Na każdym z nich jest inna scenka (ludzie, pojazdy, zwierzęta) i można je również układać tak jak się chce. Świetny pomysł, bo postaci są realne i można je ciekawie z dzieckiem opowiadać.
My dostawiamy sobie: auta, kosze na śmieci, bierzemy ludzi Lego, figurki Schleich i zabawa na godziny gotowa.
Długo szukałam zabawki dla 2-latka, która by była idealne do pracy przy stoliku i znalazłam takie cudo. Narzędziami się odkręca, wbija, wyciąga. A do tego mamy zestaw śrubek, gwoździ i kółek zębatych. Bardzo fajny zestaw dla małego majsterkowicza.
Ciekawy pomysł na układankę, bo uczy różnicować wielkości kół. Lekko się je wyjmuje, a przy okazji można podziwiać ilustracje.
To jest zabawka dla 2-latka, którą właściwie Junior bawi się codziennie. Bardzo ją lubi i sam buduje już tory. Wybrałam ten zestaw, bo ma dźwig z magnesem i dzięki temu urozmaica zabawę. Kolejki Hape są kompatybilne z innymi, więc bez problemu możemy dokupić tory gdzieś indziej. Mi podobają się inne zestawy i z pewnością dokupimy coś jeszcze.
Jest to obecnie jeden z ukochanych pojazdów Juniora. Świetnie pasuje do małej rączki i jest bardzo dokładnie zrobiony. Wszędzie go ze sobą zabiera.
Malutki i leciutki helikopter z ruchomym śmigłem – to fajna zabawka do wózka. Często ją zabieramy właśnie na spacer, bo jest niewielka i lekka.
Nie okłamię Was jeżeli napiszę, że Jul bardzo lubi porządek. Nie mogłam patrzeć jak próbuje zamiatać naszą dużą miotłą na kiju i zamówiłam mu ten zestaw. Jest świetny, bo lekki i dostosowany do małych rączek.
Nie wiem czy znacie tę linię zabawek, my je bardzo lubimy. Jest to zabawka interaktywna, ale w takiej lajtowej wersji. Świecą się światła (lekko), gra muzyka (przyjemnie) i mamy ludziki, czyli Little People. Julek bardzo lubi się nią bawić, a jak widzę chwilowe znudzenia to chowam ją na 2-3 tygodnie i później znów jest na nią faza. W zestawie jest więcej ludzików i jeszcze walizka. Junior odgrywa nimi scenki, sadza na siedzeniach i nawet się z nimi kąpie.
Rewelacyjny zestaw za niewielkie pieniądze, bo ma bardzo wiele zastosowań. Junior lubi różne prace manualne, więc takie pieczątki zajmują go na długo. Otwiera pieczątki, robi je na kartce, zatyka. Przy okazji każde ze zwierząt można nazwać lub powiedzieć jaki dźwięk wydaje. A jak otworzy kilka pieczątek i nie wie która nakrywka jest od czego, to kieruje się kolorami (ćwiczenie dopasowania względem koloru).
Zestaw drewnianych korali do nawlekania. Zamówiłam je trochę na wyrost, ale już powoli zaczynam je pokazywać. Można ich używać też do sortowania kolorów i przewlekać przez nie np. drucik kreatywny.
Bardzo fajna jednoelementowa układanka z podpowiedzią, więc jest trochę łatwiejsza. Ma pod spodem narysowaną postać, która kieruje pojazdem. Dzięki temu dziecku jest łatwiej je dopasować. Ta jest z motywem pojazdów budowlanych, więc jest ukochana 🙂
Jest zdecydowanie trudniejsza, bo dziecko musi poznać odpowiedni element tylko po kształcie. Ale za to ma uchwyty do ćwiczenia chwytu pęsetkowego. Do tego można z dziećmi nazywać zwierzęta i ich odgłosy.
Ten zestaw to jest u nas hit nad hity. Nawet go nie chowam, bo cały czas jest w użyciu. Jest świetnej jakości, wić rzepy cały czas bardzo dobrze trzymają. Junior go uwielbia i non stop się tym bawi. Taka zabawka jest idealna do ćwiczenia obustronnej koordynacji. Można też z niego robić kanapki i przynosić głodnej mamie:) To idealne zabawki dla 2-latka
Naprawdę nie spodziewałam się, że tyle czasu można spędzić patrząc jak zjeżdżają autka. A jednak! Fajna i prosta zabawka, która pochłania na długo.
Niewielkich rozmiarów domek z 4 mieszkaniami, a w każdym z nim mieszka drewniany ludzik. Przy drzwiach są też dzwonki w różnych kształtach i o różnym brzmieniu. Junior uwielbią tą zabawkę, nosi ją i dzwoni dzwonkami. Jeszcze nie umie włożyć odpowiedniego klucza do dziurki, ale wszystko przed nim.
Rozkładany mamut jak wieża Hanoi, to bardzo ciekawy, a prosty pomysł na zabawkę. Rozkłada się go na części pierwsze, a później się składa. W wersji łatwiejszej można go złożyć bez zwracania uwagi na wielkość krążków, a później starać się zrobić to prawidłowo. A do tego świetnie wygląda na półce.
Od około roku panuje u nas szał na matrioszki – to bardzo ciekawa rozwijająca zabawka dla każdego dziecka. Mamy już wersję plastikową OMM design (TAKIE) i chciałam jeszcze wersję drewnianą. Trochę ciężej się otwierają i muszę je przejechać odrobinę papierem ściernym, ale za to są przepiękne.
Pokazywałam Wam już wcześniej wersję ze zwierzętami, a teraz mamy z pojazdami. Jest to rewelacyjna malowanka wodna, bo wysycha i znów jest gotowa do użytku. Fajnie nadaje się na podróże i zabawy przy stoliku.
Nie wiem czy je znacie, ale ja miałam je pierwszy raz w ręku. W porównaniu z Lego duplo zdecydowanie łatwiej się je łączy i rozłączy. Julek bardzo ja lubi właśnie z tego powodu. Są też różne ludziki, które można wykorzystywać w zabawie tematycznej.
Są to książki z wydawnictwa Barefoot books i są dostępne w Księgarni językowej Kangurek TUTAJ
Pierwsza z nich jest dla małych miłośników traktorów (czyli Julka). Ciekawe, kolorowe ilustracje i tekst, który czytamy razem z naszą pięciolatką. Do książki jest dołączona płyta z muzyką i piosenką (fajna melodia i wokal).
Bardzo ładna kartonowa książeczka o przeciwieństwach. Bardzo się nam przydaje, bo Lilka jest właśnie na tym etapie, a do tego Julek korzysta. Takie konfiguracje lubię najbardziej.
Seria moich książeczek wspierających rozwój mowy – szczegóły we wpise Książki dla najmłodszych a tu zewnętrzne recenzja:
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Kiedy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem miałam różne myśli i mnóstwo wątpliwości. Zadawałam sobie wiele razy pytania, czy dam radę być dobrą matką, czy też jak będę je wychowywała. Martwiłam się sporo, a przez bezsenność miałam sporo czasu na rozmyślanie, o tym jaka będę po narodzinach.
Oprócz kwestii zdrowotnych bałam się też jednego, że nie będę dla mojego dziecka autorytetem. Zastanawiałam się, co będę odpowiadać na skomplikowane pytania kierowane do mnie z prędkością światła.
Pamiętam jak kiedyś opiekowałam się dziećmi mojego wujka i jedno z nich zadało mi skomplikowane pytanie, na które nie znałam odpowiedzi.
Dziecko od razu zapytało mnie: „A dlaczego nie wiesz?”
Ta sytuacja mocno mi się wryła w pamięć i właśnie teraz do niego wracam.
Dzieci zadają mnóstwo pytań, na które często nie znamy odpowiedzi. Jest to zupełnie normalne zjawisko, które przytrafia się każdemu z nas. Mamy do tego prawo żeby nie znać cyklu rozrodczego chrabąszcza majowego. Nasz mózg wypiera takie informacje na rzecz ważniejszych dla przetrwania np. „Co dziś na kolację?”
W ciągu tych 5 lat mojego macierzyństwa jestem teraz na takim etapie, że prawie nie odpowiadam na pytania mojej pięciolatki. Często nie znam odpowiedzi, albo zwyczajnie nie jestem czegoś pewna. Jestem też takiego zdania, że to co ja o czymś myślę, wcale nie musi prawdą. Dlatego pozwalam na różne interpretacje problemu. Może moje dziecko będzie inaczej uważało i zwyczajnie nie chcę narzucać jej mojej opinii.
Co zrobić jednak żeby pomóc dziecku zaspokoić tą ogromną potrzebę poznawania świata?
Często tłumaczę dziecku dane zjawisko w taki sposób, aby miało okazję SAMO dotrzeć do sedna. Oczywiście, łatwiej jest podać gotową odpowiedź słowną, ale szansa na zapamiętanie tego jest niewielka. Staram się tak naprowadzać żeby odpowiedź pojawiła się sama np. gdzie jest wieża Eifffla?
Mogłabym powiedzieć, że w Paryżu we Francji, mieszając łyżką zupę i nawet nie podnosząc głowy znad garnka. Ale czy moje dziecko zapamięta to? Raczej nie. Staram się zadawać różne pytania tak aby sama poznała odpowiedź. Przypominam zdjęcia, książki, które czytałyśmy, czy też motywuję do szukania.
Pamiętajcie, że im więcej zmysłów jest zaangażowanych w proces uczenia tym więcej jesteśmy w stanie zapamiętać. Otwieramy atlas, szukamy figurek do zabawy z budowlami, drukujemy karty z fotografiami.
Jest wiele metod żeby znaleźć odpowiedź. Jak sama byłam dzieckiem i nastolatką to miałam wielką encyklopedię PWN. Zawsze kiedy czegoś nie wiedziałam, moja mama przynosiła tę czarną księgę i razem szukałyśmy odpowiedzi.
– Czasami ciężko z tym jest, ale się staram. Angażuję się w ten proces i często mówię po raz setny: A co Ty o tym myślisz?
Dzieci to doskonali obserwatorzy i nawet często nie wiecie jak bardzo. Ja najczęściej czytam książki jak dzieci śpią, ale ostatnio staram się to zmienić. One nie wiedzą, że ja w ogóle czytam! A tym samym nie daję dobrego wzoru.
Czytam często tak żeby właśnie mnie widziały. Mistrzem jest mój mąż, który tygodniowo czyta po 2 książki, najcześciej wtedy kiedy dzieci nie śpią. Pokazuję też, że sama często czegoś nie wiem i szukam wtedy odpowiedzi.
podróże są doskonałą formą nauki i bardzo efektywną. Szczególnie jeżeli chodzi o nowe kultury, nowe smaki i języki. Staramy się je zabierać w ciekawe miejsca i do tego sporo się wtedy razem uczymy.
Kiedyś myślałam, że ktoś kto ma inne wartości w wychowaniu może zepsuć mi to, co ja budowałam tyle czasu. A teraz myślę inaczej! Każda nowa osoba może ubogacić moje dziecko w nowe cechy i przekazać ciekawą wiedzę.
Nie zwracam za bardzo uwagi na to, że dziecko się pobrudzi, może upaść (ale w tyle asekuruję), czy też powącha coś czego ja nie lubię. Otwartość na otaczający świat pokazujemy my – rodzice
Często gryzę się w język żeby nie powiedzieć „Uważaj!” albo „To brzydko pachnie” „Jakie to obrzydliwe”. Często dzieci po nas przejmują takie zachowania, dlatego jestem oszczędna w słowach kiedy czegoś nie lubię.
– Zawsze zachęcamy dzieci żeby spróbowały czegoś nowego. Jest to znakomite doświadczenie, które zostawi ślad na długo w ich pamięci.
Sama również zadaję wiele pytań, bo jestem ciekawa jaki jest punkt widzenia mojego dziecka. Często pytam: „A Ty co o tym myślisz?”
Robię to po to żeby dzieci miały otwarty umysł. Na przykład córka szła ostatnio z tatą po krawężniku i wymyśliła, że lepsza nazwa dla niego to „krawężyk niż „krawężnik”, bo idzie się po nim wężykiem.
Jak wiecie uwielbiamy książki – mamy ich całą masę! Razem z mężem nigdy na nich nie oszczędzaliśmy i wciąż uważamy, że to najlepsza inwestycja. Szukamy w nich odpowiedzi na nurtujące pytania. Pewnie napiszecie, że łatwiej jest znaleźć w Google. Ja tak nie uważam. W internecie jest mnóstwo informacji, które nie są prawdziwe.
Ciężko jest znaleźć coś, co jest na 100%, bo tak naprawdę każdy może w sieci pisać. Dlatego w tej kwestii wolę książki i jak Lilka podrośnie kupimy jej porządne encyklopedie i pozwolę weryfikować informacje z internetu w książkach.
Książki pełnią u nas różne funkcje, ale te które niosą kaganek oświaty są u nas bardzo często w użyciu. Niesamowite jest to, że z książek dla dzieci, my dorośli sami możemy się dowiedzieć wielu pasjonujących rzeczy, o których nic nie wiedzieliśmy. Ostatnio w moje ręce trafiła tak genialna pozycja, że postanowiłam ją pokazać w oddzielnym wpisie.
Jej autorem jest prof. Jerzy Vetulani, który był osobistością wybitną! Ostatnio trafiłam na wykład profesora pt: ”
Jeżeli jeszcze go nie oglądaliście, to koniecznie nadróbcie. Wysłałam go wszystkim moim znajomym i każdy z nich był zachwycony! Staram się stosować do wszystkich porad profesora i naprawdę mam takie poczucie, że żyję szczęśliwiej.
Tak jak wspomniałam prof. Vetulani wraz z zespołem napisał jedyną książkę dla dzieci o tym jak działa mózg. „Sen Alicji” jest książką naprawdę wyjątkową. Alicja, główna bohaterka zasypia, a w jej ciele dzieją się niesamowite rzeczy. Ten sen jest bardzo ciekawy, bo w jego trakcie krok po kroku dowiadujemy się niesamowitych informacji wplecionych w opowieść (taki zabieg żeby jeszcze lepiej czytelnik zapamiętał to co czyta tzw. storytelling).
Książka jest naszpikowana wiedzą, ale podana w taki sposób żebyśmy mogli jak najwięcej zapamiętać. Do tego treści są wzbogacone dialogami i interesującymi ilustracjami, aby zaangażować jak najwięcej zmysłów.
Widać, że tę książkę napisali ludzie, którzy wiedzą jak ułatwiać procesy nauki, bo moja 5- latka już operuje słownictwem z książki i na przykładzie młodszego brata tłumaczy nam, że w czasie histerii dominuje u niego mózg gadzi! Ja musiałam przeczytać całą grubą książkę Stuarta Shankera „Self reg” aby wyciągnąć z niej takie informacje. Znajdziecie tutaj też mnóstwo porad jak się efektywniej uczyć (szkoda, że w szkole tego nie uczą na początku.)
W zupełności zaspokoi ona ciekawość dziecka na temat neurobiologii, a może nawet zainspiruje do poznawania innych dziedzin nauki.
Książkę „Sen Alicji” kupicie TUTAJ, a TU możecie obejrzeć filmik promujący
Jakie to rodzicielstwo jest przewrotne! Jak nie miałam dzieci, to martwiłam się, że nie będę znała odpowiedzi na wszystkie pytania jakie zadają mi dzieci. A teraz kiedy je już mam to się cieszę, że tej odpowiedzi nie znam i możemy razem poszukać informacji na ten temat. Dzięki temu będą wiedziały gdzie znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania.
Książki o świętach dla dzieci to nie tylko fajny pomysł na prezent, ale też ciekawy sposób na spędzenie wartościowego czasu z dziećmi. Dziś chciałabym zaprezentować Wam najciekawsze pozycje w tej tematyce, które przygotują dzieci do świąt i pomogą wprawić się w świąteczny nastrój.
edit: tu świeży wpis Książki na święta 2023
Książka, która wprawi Waszą rodzinę w świąteczny nastrój. Do tego ma mnóstwo walorów edukacyjnych. Znajdziecie w niej mnóstwo zadań do wykonania (labirynty, łączenie par, kolorowanie, wycinanie), a także przepisy na pierniczki i ozdoby. Pomiędzy zadaniami są ciekawe opowieści i wiersze. Takie książki o świętach dla dzieci to przyjemne z pożytecznym.
Naprawdę warto ją kupić, bo do tego jest pięknie wydana. Naszą podaruję Lilce 1 grudnia.
Absolutnie genialna książka o Świętym Mikołaju. Niestety już jest niedostępna, a pojedyncze egzemplarze na portalach aukcyjnych kosztują bardzo dużo. Naszą znalazłam w bibliotece, więc też w swoich sprawdźcie! Książka jest trochę magiczna, bo znajdziemy tam dzwonek Mikołaja, gwiezdny pył, a do tego mnóstwo informacji o Świętym Mikołaju i reniferach. Nie jest przesadzona, dlatego tak bardzo mi się podoba. Odkąd ją wypożyczyliśmy jest non stop w użyciu.
Książki o świętach dla dzieci są wszędzie. Ale ta jest wyjątkowa! Kiedy szukałam książek do mojej listy świątecznej, ta książka była jeszcze w kilku miejscach dostępna. Niestety, teraz już jej nie ma. Ale wiem, że korzystacie z bibliotek i tam ją na pewno znajdziecie.
Jest o zwierzętach, które przygotowują się do ubierania choinki. Tekstu jest niewiele, więc będzie idealna dla dzieci 3-letnich. Spójrzcie tylko na te piękne ilustracje, perforowane wzory i jak zwykle trafne tłumaczenie Chotomskiej.
Są wyjątkowe książki o świętach dla dzieci i ta jest jedną z nich. Poruszająca opowieść o tym, że w Wigilię zdarzają się cuda. Autorka nas wzrusza i składnia do przemyśleń, że święta nie u wszystkich są radosnym czasem. Małgorzata spędza święta samotnie, bo tak jej wygodnie, ale nagle zdarza się coś, co odmieni nadchodzące dni…
Całość ozdabiają przepiękne ilustracje.
Wzruszająca opowieść napisana w 25 rozdziałach, którą można czytać od 1 grudnia, aż do świąt. Zbliża się Boże Narodzenie, a główny bohater – Cebulka ma tylko dwa marzenia: chciałby dostać rower i spotkać się ze swoim Tatą. Niestety jego mama mówi, że rower jest za drogim prezentem. Nie chce również odszukać Taty. Cebulka postanawia sam się tym zająć… co z tego wyniknie?
Świetna książka dla najmłodszych, która zawiera mnóstwo informacji związanych ze świętami. Poznamy zwyczaje i historie związane z tym czasem. Znajdziecie tam również sporo przepisów świątecznych i pomysłów na własnoręczne dekoracje.
Niestety nie dostępna, ale na pewno znajdziecie ją w bibliotekach.
Opowieść dla dzieci rozpisana w 24 rozdziałach do czytania codziennie aż do świąt. Troje dzieci ucieka z domu dziecka żeby odszukać tatę jednego z dziewczynek. Na dworcu spotykają bezdomnego, który stracił pamięć, ale dzięki nim może ją odzyskać. W ciągu 24 dni mogą pomóc potrzebującemu.
dostępna TUTAJ
Basia w zupełnie nowej formie – książka jest w twardej teczce, a obok załączone mamy papierowe zwierzaki do wycięcia i ozdobienia naklejkami. Wszystkim fanom Basi na pewno przypadnie do gustu.
A sama książka jest o przygotowaniach do świąt. Przeczytajcie poniżej moje ulubione zdania. Myślę, że jest doskonała na nadchodzący czas.
Książka wyjątkowa, bo dodaje zwykłym czynnościom bardziej wymowny wyraz. Dzięki niej przygotowania do świąt będą radosne i przepełnione miłymi czynnościami. Krok po kroku przygotujemy różne rzeczy, które nabiorą głębszego sensu. Do tego jest pięknie wydana.
Książka zdecydowanie dla starszych dzieci (wg mnie 7+) lub samodzielnego czytania dla starszych.
„Jesteśmy na tropie zagadki, gdzie współczesność przeplata się z przeszłością i towarzyszy rodzicom, takim jak my, którzy wciągają się powoli w bajkowy świat odkrywany przez ich synka. Tak jak w „Świecie Zofii”, zanurzamy się w klimacie naturalnej bliskości w rodzinie, do którego w głębi serc tęsknimy, spotkania z Tajemnicą i… z sobą samym.Książka Josteina Gaardera uczy, wzrusza i przerzuca pomost między światem dorosłych i dzieci. Obyśmy nigdy nie stracili go z oczu.” z www.lubimyczytać.pl
Ja mam inne wydanie, ale wyżej znajdziecie ciekawsze.
Kosztuje 7 zł! TUTAJ
Pięknie wydana książeczka o Bożym Narodzeniu. Historia opisana jest prostymi słowami i dzięki temu każde dziecko może ją zrozumieć. Całość dopełniają ładne ilustracje.
Dodam od siebie, że książka nasuwa dzieciom miliony pytań;)
Dostępna od 9 zł! TUTAJ
Zbiór 24 opowiadań, wierszyków lub zadań do wykonania na grudniowe wieczory. Fajna, prosta książeczka, która przygotuje całą rodzinę do świąt.
Pięknie wydane teksty kolęd i pastorałek ozdobione świątecznymi ilustracjami. Do książki dołączona jest płyta CD z kolędami w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Uniwersytetu Warszawskiego Warszawianka.
Jeszcze edycja na szybko – na podstawie komentarzy kochanych czytelników na FB:
A jeżeli szukacie płyty z kolędami dla dzieci w wykonaniu dzieci to polecam Wam „Święta z Muzalinkami”
Dostępne są TUTAJ
Grają u nas Święta z Muzalinkami w aucie od grudnia do czerwca 😉
Książki do zabawy są świetnym pomysłem na rozwijające aktywności. Zajmują mało miejsca na półce, wykorzystują wyobraźnię i zajmują dzieci na długo. Dziś chciałabym Wam pokazać nowości na naszej półce, które bawią dzieci i dorosłych, a przy okazji uczą.
Mistrzem tej dziedziny, czyli książek przy których żadne dziecko się nie nudzi jest Herve Tullet. Autor bestsellerowej książki „Naciśnij mnie” i wielu innych.
Niejednokrotnie pokazywałam Wam książki tego autora, które w moim domu są od 4 lat (Książki na Dzień Dziecka, Tulletomania, Książka do kolorowania) i są czytane bardzo często. To właśnie w trakcie ich lektury moje dzieci najczęściej się śmieją. Widzę, że się świetnie bawią, bo książka przenosi ich w inny świat – Świat Wyobraźni.
Właśnie ukazały się nowości z serii „Gry i zabawy” i chciałabym je dziś Wam pokazać, bo jak zwykle są genialne!
Książka, która przypomina taflę lustra. W jej odbiciu możemy zobaczyć swoje twarze lub przedmioty. Jest niesamowita, bo można ją wykorzystywać do różnych zabaw. Dziecko może zaglądać przez dziurki, przekładać coś przez nie lub wymyślać różne historie.
Niestety przez ostatnie dni nie było słońca, ale jak tylko się pojawi sprawdzimy, czy odbija światło słoneczne. Myślę, że można ją nawet pokazywać niemowlętom, które leżą na brzuchu.
Mazakiem rysujemy na palcach buzie i zabieramy je w podróż samolotem. Zwiedzamy rozmaite kraje, przemierzając je różnymi środkami lokomocji. Przy okazji możemy poznać różne kultury. Świetna zabawa, która angażuje wszystkich domowników.
Książka doskonale pokazuje, jak z kolorów podstawowych tworzyć inne. Aż kusi żeby położyć przed sobą paletę z farbami i wypróbować połączenia barw. Prosty pomysł, który pobudza wyobraźnię i zachęca do eksperymentowania.
Chcecie się pobawić w artystów i zmienić coś przełożeniem jednego elementu? Dzięki tej książce tak się właśnie stanie. Świetny pomysł na to żeby strony książki przekładały się w niestandardowy sposób. Powstałą konfiguracje możemy dokończyć swoim pomysłem na kartce lub przerysować.
Świetny pomysł na rozwijanie dziecięcej wyobraźni.
Książka, w którą można grać – kto by się tego spodziewał? Wystarczy, że z gazety lub z folii aluminiowej zrobimy kulkę i już możemy urządzić sobie mecz (koszykówki, piłki nożnej, tenisa albo partyjkę golfa). A gdy przełożymy książkę na drugą stronę możemy zagrać na punkty i przy okazji poćwiczyć matmę.
Książki do zabawy to naprawdę świetny pomysł na prezent. Zajmą dzieci na długo, a my spędzimy razem fajny czas.
Obcinanie paznokci, czesanie włosów, czy zmiana pieluchy: co w tym może być rozwijającego? Każdy to robi i nie przykłada do tego zbyt dużej wagi. Codziennie wykonuję te same czynności przy dzieciach, które innym rodzicom mogą się wydawać nudne, a nawet mocno uciążliwe. Ja tak nie uważam i te momenty wykorzystuje maksymalnie. Dziś Wam pokażę, w jaki sposób wspieram rozwój dzieci podczas zwykłych czynności pielęgnacyjnych.
Wraz z partnerem dzisiejszego wpisu – marką Baby Dove – pokażę Wam nasze propozycje, które nie dość, że uprzyjemnią Wam te rutynowe zabiegi, to jeszcze wpłyną bardzo pozytywnie na Wasze dzieci.
Mimo tego, że miałam różne dyplomy związane z opieką nad dziećmi w kieszeni – to byłam przerażona. Nie wiedziałam nawet jak zmienić pieluchę, wykąpać, czy też obciąć milimetrowe paznokietki.
Tego nie da się nigdzie nauczyć w teorii i nawet po bardzo rozbudowanym instruktażu nie byliśmy w stanie z mężem wykonać pierwszych zabiegów pielęgnacyjnych przy naszej córce. Oczywiście nie obyło się bez wpadek, pamiętam jak przycięłam Lilce palec obcinając jej paznokcie. Ona uspokoiła się po minucie, a ja jeszcze płakałam pół godziny, że skrzywdziłam nasze dziecko.
Teraz podchodzę z większym luzem, bo jednak mam już doświadczenie, którego tak bardzo mi brakowało przy pierworodnej. Ale jakże miałabym inaczej się tego nauczyć? Nie ukrywam, że sporo wiedzy i umiejętności zdobyłam na kursie o pięlęgnacji neurorozwojowej, na który chodziłam w czasie ciąży z Julkiem. Nowe informacje w połączeniu z moim doświadczeniem pomogły mi nauczyć się wykorzystywać codzienne czynności pielęgnacyjne do wspierania rozwoju moich dzieci.
Ileż ja przerobiłam sposobów żeby zmienić pieluchę raczkującemu dziecku?
Jak bardzo się gimnastykowałam żeby obciąć maluchowi paznokcie?
Albo jak przekonać żeby dziecko dało sobie zrobić inhalację lub wyczyścić nos?
Jest tylko jeden sposób, który Tobie to ułatwi, a Twoje dziecko na tym skorzysta.
Ucieczka pokąpielowa – najlepsza zabawa
Nikogo nie ma za zasłonką
To właśnie dlatego czynności pielęgnacyjne mogą być dla nich trudne, bo zazwyczaj tą zabawą nie są. Dzieci nie lubią, po pierwsze jak je się odrywa od zabawy, a po drugie leżeć lub siedzieć w nieruchomej pozycji. Ich układ nerwowy nie jest w stanie tego wytrzymać. A już całkowicie nie akceptują tego, jak ktoś coś robi im na siłę.
Pomyślcie o tym w ten sposób: to wyjątkowy czas, kiedy możecie być jeden na jeden z dzieckiem. Ono zazwyczaj jest wtedy bez ubrania, więc kontakt skórny jest znacznie większy, pochylacie się nad nim twarzą twarz i wykorzystujecie ten czas. Pamiętam jak przy naszej pierworodnej wszystko chciałam robić szybko, byle szybciej, bo nie doceniałam tych chwil.
Dopiero na kursie z „Pielęgancji neurorozwojowej” prowadząca fizjoterapeutka otworzyła mi oczy, że ten czas można doskonale wykorzystać żeby stymulować rozwój dziecka, wystarczy wszystko robić WOLNIEJ (nawet powiedziała nam żeby nad przewijakiem powiesić sobie karteczkę z takim napisem) i podążać za potrzebami dziecka. I ja jej posłuchałam! To działa!
Warto wykorzystać ten czas na wspieranie dużej motoryki. Maluchom, które nie są jeszcze mobilne można zdjąć pieluchę, podłożyć duży wkład do przewijania i pozwolić pobrykać chwilę bez niej. Przy Julku to było zdecydowanie trudniejsze;)
Ale możliwość bycia bez pieluchy dzieciom w dzisiejszych czasach zdarza się dość rzadko, dlatego warto wykorzystać ten czas maksymalnie. Każdą zmianę pieluchy traktowałam również jak ćwiczenie, naciskając lekko na miednicę przetaczałam dziecko na bok i tak samo w drugą stronę. Kiedy dziecko jest starsze można wykorzystać ten czas na:
A przy okazji możemy śpiewać, mówić wierszyki albo opisywać co teraz robimy. Wydaje się to tak bardzo proste, ale to wpływa na rozwój dzieci. W ten sposób budujemy słownik dziecka. Nawet nie zliczę ile razy Julkowi śpiewałam „Sto lat” podczas zmiany pieluchy:)
Wiem, że sporo rodziców obcina dzieciom paznokcie kiedy śpią, ale ja nie przepadam za tą metodą, bo zawsze się boje, że Julek się obudzi. Dlatego wprowadzam różne zabawy, które przy okazji są ciekawe dla dziecka. Pamiętam jak moja przyjaciółka wysłała mi zdjęcie obcinacza z namalowaną buzią i oczami „Potworka, co zjada paznokcie” i wiadomością, że w końcu jej syn dał sobie obciąć paznokcie. To jest takie proste, a dzieci to uwielbiają. Julkowi też obcinam paznokcie w czasie zabawy. Siadam z nim na kolanach i po kolei biorę palce i mówię:
Ten duży- to dziadziuśA obok – babuniaTen w środku -to tatuś.A przy nim- mamunia.A to jest- dziecinka małaA to- moja rączka cała!
Jak jemu się to podoba! A Lilce jak była mniejsza wystarczyło po kolei nazywać wszystkie palce po kolei: kciuk, wskazujący, środkowy, serdeczny i mały. Takie czynności, które są powtarzalne i do tego przewidywalne wpływają bardzo dobrze na rozwój dzieci, bo dają poczucie bezpieczeństwa.
Nie wiem co jest takiego zabawnego, jak noga robi akuku przez nogawkę?
Kąpiel to jedna z ulubionych czynności pielęgnacyjnych dzieci – to niesamowita sensoryczna przygoda. Sam kontakt skóry z wodą ma właściwości odprężające. W kąpieli nie stosuję specjalnych zabaw, dzieci bawią się same.
Po kąpieli się masujemy. To doskonała okazja do budowania więzi przez dotyk. Wiecie, że zmysł dotyku powstaje z tego samego listka zarodkowego co układ nerwowy, więc oba układy są ze sobą bardzo powiązane. Mówi się nawet, że skóra odzwierciedla stan układu nerwowego.
Dlatego warto masować dzieci! Można przy tym śpiewać, opowiadać, czy nawet mruczeć. Starszym dzieciom można dać trochę balsamu lub olejku i poprosić żeby smarowało również samo swoje części ciała – to świetny trening schematu własnego ciała.
To jest czynność, która wciąż nie należy u nas do ulubionych, ale staramy się jak możemy i widzę progres. Nic nie działało, cuda na kiju, piosenki o myciu zębów itd. Co w takim razie zrobiłam? W pewnej książeczce, którą Julian ostatnio bardzo lubi, jest taki tekst:
Julian Tuwim „W aeroplanie”
(…) Aż tu naraz w środku niebaKsiężyc zjawia się przed niemi,Ze sto razy chyba większyNiż ten, który widać z ziemi:Przymrużył jedno ślipie,A drugim groźnie łypie,Otworzył usta jak okno.I byłby samolot połknął (…)
Nauczyłam go żeby w trakcie czytania otwierał buzię szeroko jak okno. Po jakimś czasie przy myciu zębów mówię mu ten tekst i udaję, że szczotka to samolot, która wlatuje do buzi. Tyle zachodu, ale warto – udaje mi się wyszczotkować zęby. A przy okazji on korzysta, bo bardzo ten wierszyk lubi. Oczywiście nie znam go na pamięć i nawet w tych dwóch wersach robię błędy, ale najważniejsze, że działa!
Ciekawi Was co jeszcze mogą dzieci zrobić rozwijającego przy myciu zębów żeby zabić nudę? Dla starszych mam ciekawe zadanie: mycie zębów drugą, niedominującą ręką (oczywiście najdokładniej jak tylko potrafią). Taka zamiana stymuluje drugą półkulę mózgu, a dla dziecka może być wyzwaniem i naprawdę do tego się przyłoży.
Takie zabiegi mogą być nieprzyjemne, bo dziecko musi być nieruchome. Jeżeli nie chcecie puszczać dzieciom bajek to możecie spróbować nasz sposób, który odkryłam kilka miesięcy temu. Wkładam Jula do nosidła, przykładam maseczkę, biorę inhalator w jedną rękę, a maseczkę trzymam drugą i tańczymy przed lustrem, lub bawimy się w akuku.
On to uwielbia, a przy okazji ćwiczymy układ przedsionkowy, który jest pobudzany w trakcje bujania. Do tego stopnia polubił tę czynność, która do tej pory była zmorą, że jak tylko wyciągam nosidło to mówi, że będzie „halacja” i się cieszy.
To ulubiona czynność starszej siostry. Od początku to właśnie ona czesała jego głowę z niewielką ilością włosów. Pamiętam ile radości jej to sprawiało, a przy okazji czuła się bardzo ważna. Nachylała się nad nim i gaworzyła czułe słówka. Teraz też, czesanie miękką szczotką sprawia przyjemność. Przy okazji jeszcze pogłaszcze po twarzy:)
Jak widzicie jest mnóstwo sposobów aby codzienne czynności przemienić w zabawę i dzięki temu sprawić, że ten czas będzie ważny dla rozwoju dziecka. Myślę też, że wiele z Was postępowało tak intuicyjnie i bardzo dobrze, bo to Wy wiecie najlepiej co jest dobre dla Waszego dziecka.
A teraz żeby nie było tak pięknie i nieskazitelnie mam kilka fotek zza kulis. Jestem pewna, że i u Was są takie momenty 😉
Dwójka na raz po kąpieli
Sensoryczna kanapka
Julian, zostały tylko dwa paznokcie!
Oczekiwania vs. umazana balsamem kanapa
Zabawy z drucikami kreatywnymi pochłonęły nas dzisiaj. Wracam do mojego cyklu „Prace domowe”, które tym razem nazwę „Domowe przedszkole”. Są to przykłady rozwijających zabaw z dziećmi z wykorzystaniem przedmiotów domowego użytku albo takie, które są ogólnie dostępne i nie kosztują dużo. A ich przygotowanie zajmie dosłownie kilka minut. Za każdym razem będę pokazywać kilka wariantów zabaw, które można już pokazywać dzieciom od 12 m.
Dziś chciałabym Wam zaprezentować kilka zabaw z wykorzystaniem drucików kreatywnych, czyli takich miękkich drutów, które wyginają się na wszystkie strony, a do tego mają sensoryczny element, czyli miękki materiał. Kosztują naprawdę niewiele, a można z nich robić prawdziwe cuda.
Doskonale nadają się do ćwiczeń motoryki małej, koordynacji ręka-oko i obustronnej koordynacji. Zajmują niewiele miejsca w szafce i są bezproblemowe w użytkowaniu. Dlatego tak je lubię!
Kosztują od 3 do 8 zł (w zależności od ilości oraz wielkości).
Można je kupić np. TUTAJ wersja kolorystyczna świąteczna
Albo zwykłe TUTAJ
Są również bardziej puszyste (muszę je zamówić) TUTAJ
dla dzieci 18 m+
Najczęściej prezentuję ją Julkowi, kiedy robię coś w kuchni. A on obok siedzi na podłodze i pracuje. Taka zabawa rozwija koordynację ręka-oko i ćwiczy koncentrację.
P.s. Sprawdźcie, czy Wasze druciki nie mają na końcu grubszej końcówki, która może ciężko przechodzić przez dziurkę. Jeżeli tak, to je utnijcie nożyczkami. A jeżeli Wasze druciki są bardzo miękkie i się zginają przy wkładaniu, to je przetnijcie na pół.
Dla dzieci 12 m+
Z drucików zróbcie kółka i włóżcie do małej miseczki. Pokażcie dziecku jak się to robi. Kółka można nakładać np. na stojak na ręczniki kuchenne lub na cokolwiek innego. Już 12-miesięczne dzieci mogą się zainteresować taką zabawą.
Dla dzieci 18m +
Potrzebujemy grube słomki (moje są z Ikei) i nożyczki. Tniemy słomki na kawałki. Byłoby znakomicie jakbyście mieli słomki w kolorze drucików, to przy okazji dzieci będą identyfikować kolory. Pokazujemy dzieciom jak nakładać słomki na drucik.
Wersja trudniejsza dla starszych dzieci: nawlekanie guzików z dużą dziurką.
Dla dzieci 18m+
Jeżeli macie w domu różne pojemniki, do których można wkładać druciki to je dajcie dzieciom do zabawy. Ciekawe mogą być takie, które mają pokrywkę i dziecko będzie mogło później je otworzyć. Jeżeli pojemnik jest mały to przetnijcie nożyczkami druciki na pół – żeby się zmieściły.
My wykorzystaliśmy do tej zabawy puszkę po herbacie, która pełni funkcje skarbonki.
dla dzieci 2,5 +
Fajnym pomysłem jest wkładanie drucików w bardzo małe otworki. Taka praca wymaga bardzo dużej koncentracji i skupienia, ale doskonale ćwiczy motorykę małą. My kiedyś z Lilką wykorzystywałyśmy do tego małą solniczkę.
Potnijcie druciki na mniejsze kawałki, zegnijcie je pod kątem i dajcie dziecku pojemnik (nasz jest z Ikei), który ma otwory. Pokażcie jak to robić i obserwujcie pracę dziecka.
Małym dzieciom możecie dać ciastolinę Play dooh, lub zrobić razem masę solną. Potnijcie druciki na małe kawałki i pokażcie dzieciom jak je wtykać w masę.
Ciastolinę kupuję TUTAJ
a trochę dostarcza mi regularnia Magazyn Play-doh
Z drucików kreatywnych zróbcie kształty i takie same narysujcie na kartce lub na oddzielnych kartonikach. Pokażcie dziecku jak je dopasować i w czasie pracy nazywajcie. Na koniec pomieszajcie kształty i poproście dziecko żeby samo ułożyło.
To zadanie jest trochę trudniejsze i wymaga więcej wprawy, ale doskonale ćwiczy koordynację ręka-oko. Dzieci uwielbiają pracować ze szczypcami.
Wersja trudniejsza dla dzieci 2 lata+
Potnij nożyczkami druciki i wyłóż na tacę. Daj dziecku np. formę na muffinki, do której będzie mogło transferować druciki. Pokaż najpierw jak działają szczypce. Julek dziś używał ich pierwszy raz i się nauczył, kiedy powtarzałam: „ściśnij” podczas brania drucika, „puść” podczas odkładania. Szczypce muszą też lekko się zaciskać. Możecie też wypróbować spinaczy do bielizny.
Wersja łatwiejsza
Zamiast drucików użyjcie pomponików, przez to, że są większe i grubsze łatwiej jest je złapać szczypcami. Na początek będzie to łatwiejsze zadanie.
Pomponiki są dostępne np. TUTAJ
Szczypce dostępne np. TUTAJ ale nie wiem czy się łatwo zginają.
Inne plastikowe dla dzieci dostępne TUTAJ
Dla dzieci 2,5+
Z drucików starsze dzieci mogą robić różne ciekawe kształty np. ozdoby na choinkę lub zwierzątka.
Dajcie mi koniecznie znać, czy taki cykl by Was interesował:)
Mam nową porcję książek dla Was. Jak zwykle są to same hity, które u nas są czytane nawet po 10 razy dziennie. Dodam jeszcze, że kilka z nich zaciekawi również starsze dzieci. Myślę, że znajdziecie coś dla Was.
Książki dla najmłodszych dzieci 0-12m
Książki dla małych dzieci 6-18m
Książki dla dzieci 12-24 m
Dostępna w niewielkiej ilości TUTAJ
Dla dzieci 18 m +
Jest to książka, której szukałam, bardzo długo, bo praktycznie jest niedostępna. Dla małego fana samolotów ta książka to nie lada gratka! Udało mi się ją nabyć w księgarni w muzeum Polin i od razu zaczęliśmy czytać.
Ta mała książeczka to prawdziwe dzieło sztuki. Znany wiersz Tuwima zinterpretowany tak, że jest to prawdziwa uczta dla zmysłów. Czarna kreska Ady Bystrzyckiej nakreśla tło wydarzeń, a zdjęcia lalek teatralnych tworzą fabułę. Majstersztyk! Jest to jedna z ukochanych książek moich dzieci, którą znają już na pamięć.
Nie jest to nowość, ale pamiętam jaki szał panował na nią ponad 3 lata temu. W ramach pierwszych kroków ku odpieluchowaniu znów ją czytamy. Dzieci naprawdę są ciekawe co każdy ma w pieluszce i z pomocą myszki mogą się tego dowiedzieć. Książka ma otwierane okienka w miejscu pieluszek. Bardzo fajny pomysł na książkę w tej tematyce.
Dla dzieci 18 m+
Ta książka jest pod każdym względem idealna i wg mnie to must have na półce malucha. Przepiękne ilustracje, wartka akcja, mnóstwo powtórzeń, wyrażenia dźwiękonaśladowcze, dużo wyrażeń przyimkowych … mogłabym wymieniać w nieskonczoność! A do tego historia jest tak napisana, że czytający ma możliwość zmiany prozodii. Raz jest wolne i wesołe tempo, a raz szybkie i podszyte strachem. GENIALNA!
dla dzieci 12m +
Świetna książka do czytania o każdej porze. U nas się sprawdza nawet wieczorem, mimo tego, że jest dość aktywizująca. W środku są otwierane okienka, a właściwie to są „ziewające paszcze” zwierząt. Julek uwielbia ją czytać, naśladuje, nazywa zwierzęta i naprawdę ziewa:) a my razem z nim!
Klasyk jednego z najwybitniejszych polskich ilustratorów i rysowników o Kasi jej zgubie. Tę książkę Zbigniew Lengren napisał dla swojej córki… z lenistwa:) Przeczytajcie, co mówi o niej jego córka:
„K. L.: Mój ojciec napisał Gałgankowy skarb dla mnie. Nie umiałam jeszcze czytać więc uznał, że wiersz będzie w sam raz – nauczę się go na pamięć i nie będzie musiał w kółko zajmować się czytaniem, bo sama sobie wyrecytuję, oglądając ilustracje na których narysował mamę, mojego brata, babcię, kota, psa i w dodatku mnie samą w takiej zabawnej fryzurze, fartuszku i skarpetkach, jakie wówczas nosiłam. Jak zwykle ta praca w założeniu podjęta z lenistwa (przypominam – nie chciał mi czytać!) przyniosła jak najlepsze rezultaty.”
Opowieść jest bardzo prosta, rymowana i do tego ciekawa. Wszyscy szukają zagubionej lalki – małego murzynka, który w końcu się odnajduje.
W tekście przewija się powtarzany automatycznie tekst: „Nie płacz Kasiu, nie płacz”, który totalnie nie działa, bo jeszcze nikt nie przestał płakać od tego zwrotu;) Julek ją uwielbia i naśladuje płaczącą Kasię.
Przyszedł już czas na Miffy z miękkimi stronami. Bardzo lubimy całą serię, a część o zoo mamy jeszcze po Lilce. Krótkie, wierszowane opowieści zaciekawiają miłośników małej Miffy.
Dla dzieci 2 lata+ lub wcześniej do oglądania
Jest to książka, którą kupiłam jak Jul miał około 12 miesięcy (chociaż jest przeznaczona dla trochę starszych dzieci). Uwielbiał przeglądać ilustracje i nazywać wszystkie pojazdy. Teraz w końcu daje ją sobie przeczytać (najczęściej przed snem) i bardzo ją lubi. A o czym jest? Wszystkie pojazdy na placu budowy kończą pracę i idą spać. Czuje, że ta książka będzie z nami bardzo długo (z resztą widać na zdjęciach jak mocno jest eksploatowana).
Dla dzieci 18m+ do nawet 6 lat
Jak ja czekałam na tę książkę, bo uwielbiamy wszystkie pozycje tej autorki. Tym razem prosiaczek wyrusza w podróż liniami lotniczymi „Chrum chrum airlines” na Wyspy Brytyjskie. Każdego dnia ma inne przygody, a całość jest zapisana i genialnie zilustrowana.
Książka wg mnie nadaje się do oglądania już dla 18- miesięcznego dziecka, do czytania dla starszego, a do nauki angielskiego nawet dla 5-latka. Lilka jest nią bardzo zainteresowana, bo w tym roku zaczęła chodzić na dodatkowe zajęcia. Książka nie dość, że jest piękna to do tego ma ogromną wartość edukacyjną – a takie kocham najbardziej.
Dla dzieci 3+
Chociaż już teraz Julek ją sobie przegląda, to widzę, że jest na nią jeszcze za mały. Ogląda ilustracje, mówi, że są „pociągi” i tyle. Myślę, że większa zainteresowanie przyjdzie z wiekiem. Spora dawka wiedzy na temat kolejnictwa i ciekawe zadania dla dzieci.
Dla dzieci od 2 do nawet 6 lat.
W jednym z poprzednich wpisów pokazywałam Wam książkę z tej serii: Auta bez tajemnic. Książka jest genialna! 50 otwieranych okienek, gdzie czeka mnóstwo ciekawych informacji. Mniejsze dzieci zainteresują się obrazkami i otwieraniem, a starsze będą mogły się czegoś nauczyć.
Dla dzieci od 3 lat
Kolejna genialna książka z serii „Opowiem Ci mamo”, tylko narysowana przez jedną z moich ulubionych ilustratorek dla dzieci. Tym razem poznajemy dinozaury. Z książki dowiecie się MNÓSTWA informacji, a do tego będziecie się świetnie bawić. Julian, na razie tylko ją przegląda, za to Lilka naprawdę lubi ją czytać. Myślę, że to dobry pomysł na prezent, który będzie służył kilka lat.
Dla wszystkich fanów autora:) Jul bardzo lubi jajka, kury i tematy kurnikowe, dlatego ta książka bardzo przypadła mu do gustu. Jej konstrukcja jest prosta i przewidywalna. Całość ozdabiają charakterystyczne dla Butenki ilustracje.
To jest chyba naprawdę najlepszy elementarz jaki miałam w ręku! Znajdziecie tam wszystko. Bardzo lubię książki tego, znanego na całym świecie autora. Są proste i wymowne,a dzieci je uwielbiają. Książki tego typu wzbogacają słownik dzieci, a do tego uczą się wielu rzeczy.
Co robić z dziećmi w Warszawie, kiedy pada deszcz lub pogoda nie sprzyja spacerom? Myślę, że każdy, kto mieszka w tym mieście albo tu przyjeżdża szuka takich miejsc, gdzie można by było spędzić ciekawy czas z dziećmi. Dziś zaprezentuję Wam nasze ulubione miejsca, do których zaglądamy często i z chęcią polecamy innym.
Pierwszym miejscem, które wpadłoby wielu osobom do głowy jest Centrum Nauki Kopernik. Mimo tego, że byliśmy tam wiele razy, postanowiliśmy sprawdzić jak tam jest kiedy pada deszcz. Pojechaliśmy w pewną deszczową sobotę i zostaliśmy zaskoczeni w taki sposób:
W środku była ogromna kolejka do kasy, a i tak już nie mogliśmy nawet w niej stanąć. Widocznie wiele innych osób zadało sobie rano to pytanie: „Co robić z dziećmi w Warszawie, kiedy pada deszcz?” i stwiedzili, że to jest dobry pomysł. Jak widać CNK to nie jest najlepsze miejsce na wycieczkę w taką pogodę.
Nawet jakbyśmy zarezerwowali bilety online to nie ukrywam, że nie miałabym przyjemność korzystania z atrakcji Centrum w takim tłoku. Na wizytę tam wybierzcie inny dzień (najlepiej mało popularny np. któryś dzień długiego weekendu kiedy CNK jest otwarte).
Muzeum Historii Żydów Polskichul. Mordechaja Anielewicza 6
wstęp do Króla Maciusia jest bezpłatny – bilety trzeba pobrać w kasie
Samo miejsce jest absolutnym rajem dla dzieci. Magnetyczne tablice, dziuple w ścianach, duża przestrzeń, ciekawe zabawki i instrumenty. Wybierzcie się koniecznie, jeżeli nie chcecie siedzieć w zimne wieczory w domu. Uwielbiam tam przychodzić, bo zawsze znajdujemy tam coś dla siebie. Zapiszcie się na newsletter i będzie dostawać informacje o warsztatach.
Nawet łazienka jest przystosowana do wzrostu dzieci.
Obszerny wpis o tym miejscu znajdziecie Muzeum Polin
Galeria Renovaul. Rembielińska 20
Jeżeli nie przepadacie za typowymi salami zabaw to zajrzyjcie koniecznie do Klockowni. To wielki edukacyjny plac zabaw z ogromną ilością klocków. Każde dziecko znajdzie tam coś dla siebie, a rodzic może się w tym czasie napić kawy. Jak nie będziecie mieli pomysłu co robić z dziećmi w Warszawie, to zajrzyjcie do Klockowni.
Obszerny wpis o Klockowni znajdziecie Klockownia
ul. Różana 16
Strona internetowa TUTAJ
Teatr Lalek Guliwer to miejsce wyjątkowe! Jeżeli Wasze dzieci mają około 4 lat, to warto wybrać się na pierwsze, takie przedstawienie. Repertuar jest bardzo ciekawy i w każdym miesiącu jest wiele przedstawień, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Bilet kosztuje tyle, co w kinie w weekend, więc naprawdę warto się wybrać, bo przeżycia są niezapomniane.
Od niedawna w Teatrze jest też Kawiarnia Fika, gdzie możecie po spektaklu kupić ciekawe książeczki z wyd. Tashka i małe upominki. W grudniu wybieramy się tam na przedstawienie świąteczne i już rezerwuję bilety, bo rozchodzą się jak świeże bułeczki.
ul. Jezuicka 4(wejście od ul. Brzozowej)
Jeżeli macie mniejsze dzieci i chcecie przeżyć niezapomnianą przygodę w teatrze to zajrzyjcie do Teatru Małego Widza. Przedstawienia są dla wszystkich: dzieci zazwyczaj siedzą na poduszkach na podłodze i mogą chodzić, rozmawiać i chłonąć całym sobą, to co się dzieje.
O naszej wizycie w pisałam tu: Teatr Małego Widza
A ostatnio byliśmy na niesamowitym przedstawieniu, które się nazywa „Sensoryczny labirynt muzyczny” – nie ukrywam, że zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Niestety nie można było robić zdjęć, ale było bardzo ciekawie.
W podziemiach teatru stworzono ogromną sensoryczny labirynt, gdzie dzieci uczestniczą w różnych aktywnościach. Naprawdę WOW! Jeżeli uda się Wam zdobyć bilety (a jest z tym naprawdę trudno) to będziecie bardzo zadowoleni.
plac Mirowski 1
wstęp 15 zł/h
Miejsce, gdzie możecie zjeść (trochę ciężko jest zjeść tam z małym dzieckiem, bo nie ma krzesełek i są duże stoły), zrobić zakupy, a później pobawić się w bardzo fajnej salce zabaw. Ta sala jest dość niedużych rozmiarów, ale moje dzieci bawiły się tam świetnie! Jeżeli Wasze dziecko jest już starsze to możecie w weekend je tam zostawić, a Panie animatorki zapewnią im tam świetną zabawę .
ul. Rakowiecka 4 (wejście od ul. Wiśniowej)
wejście jest bezpłatne
Długo nie wiedziałam o istnieniu tego muzeum, aż pewnego niedzielnego poranka trafiłam na ich stronę. Samo muzeum nie jest duże, ale zapewni sporą dawkę wiedzy i zabawy. Spokojnie w 1,5 h można obejrzeć wszystko. Bardzo interesujące okazały się eksponaty zwierząt oraz ewolucja człowieka. /Jesteśmy teraz na etapie oglądania „Był sobie człowiek”, więc wizyta w tym muzeum była ciekawym doświadczeniem.
Ciekawe miejsce również dla dzieci. Na dole jest cała część wydzielona do twórczych zabaw z dziećmi. Można się przebierać w stroje ludowe, wycinać łowickie wycinanki, a nawet postukać w zabytkową maszynę do pisania.
Kiedy pada lub jest kiepska pogoda często wybieramy się do biblioteki. Zabieramy książki i idziemy je wymienić na inne. W ramach budżetu Partycypacyjnego i różnych dofinansować warszawskie biblioteki mają naprawdę ciekawą ofertę dla dzieci. W naszych okolicznych bibliotekach są np. zajęcia cotygodniowe wdrażające do przedszkola. Jest też spory kącik dla dzieci. Cyklicznie są też organizowane warsztaty plastyczne i kulinarne. Sprawdźcie koniecznie, czy w Waszej bibliotece nie dzieje się nic ciekawego.
Oprócz naszej zaglądamy również do biblioteki multimedialnej na Tynieckiej
ul. Towarowa 3
W poniedziałki wstęp jest wolny
Dla wszystkich miłośników pociągów, tych dużych i tych małych. Warto się tam wybrać żeby pooglądać eksponaty związane z historią kolejnictwa. Znajdziecie tam też makiety, która można uruchomić po wrzuceniu monety (miejcie ich zapas, bo dzieci nie mają dość). Możecie też wyjść na zewnątrz i pooglądać pociągi.
Aleja Poniatowskiego 1
Jeżeli jeszcze nie widzieliście, jak wygląda w wewnątrz to możecie wybrać się na wycieczkę. My byliśmy latem i dzieciom bardzo się podobało. Zwiedzanie jest z przewodnikiem, który ze szczegółami opowiada o Stadionie.
A już 2 grudnia rusza Zimowy Narodowy, gdzie będzie mnóstwo atrakcji zimowych:
W Warszawie jest kilka miejsc, gdzie można wysoko poskakać. My jeszcze nie byliśmy w żadnym, ale się wybieramy. Na tej liście mamy:
Hangar 646 TUTAJ
Stacja grawitacja TUTAJ
i niedługo będzie otwarta Jump Arena
Aleje Jerozolimskie 200
Na naszej liście do zobaczenia jest też Papugarnia – strona TUTAJ
A jeżeli zgłodniejecie możecie się wybrać do restauracji na obiad. Tu macie 10 najlepszych restauracji w Warszawie z dziećmi
Dlaczego dzieci biją dzieci, dorosłych, siebie? Chyba nie znam dziecka, które nigdy w życiu nie podniosło na nikogo ręki. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu spotkałam się z koleżanką i jej dziećmi w kawiarni z salą zabaw. W rogu sali siedziała dziewczynka, około 2,5- letnia i bawiła się klockami. Była zajęta swoją pracą i nie zwracała uwagi na innych. Po chwili podeszła do niej 18-miesięczna córeczka mojej znajomej. Niewiadomo po co przyszła, ale ni z tego ni z owego zarobiła od starszej dziewczynki ogromnym klockiem w głowę. Trwało to dosłownie sekundę, a ja widziałam to kątem oka. Moja znajoma była przerażona, bo guz na głowie rósł bardzo szybko, a jej córka strasznie płakała. Widziałam w oczach jej mamy ogromną złość i współczucie dla swojego dziecka, a jednocześnie ogromne zdenerwowanie na zaistniałą sytuację.
Chyba każdy z nas doświadczył lub jeszcze doświadczy takiego uczucia, kiedy ktoś bije nasze dziecko lub to nasze dziecko krzywdzi inne.
W dzisiejszym wpisie chciałabym spróbować wyjaśnić mechanizmy jakie władają dziećmi podczas takich sytuacji, aby w przyszłości móc im zapobiegać.
Pamiętajcie, to jest bardzo ważne stwierdzenie. Boi się, że druga osoba może coś nieprzyjemnego, niemiłego zrobić. W sytuacjach zagrożenia aktywuje się odruch walki lub ucieczki. Dzieci, które jeszcze nie nauczyły się innych sposobów „walki” w postaci słów, czyli np. powiedzenia do innego dziecka:
„Ja się teraz tym bawię.”
„To moje”
„Poczekaj na swoją kolej”
Często używają swojego ciała żeby się obronić. Nawet dziecko, które potencjalnie im nie przeszkadza, nie wykonało jeszcze żadnego ruchu, ale możliwe, że to zrobi. Małe dzieci nie potrafią jeszcze przewidywać, że ktoś nie ma złych zamiarów. W obronie własnej potrafią ugryźć, uderzyć lub rzucić przedmiotem. Przecież to bardzo skutecznie odstraszy zagrożenie. Tylko konsekwencje tego czynu nie będą miłe, ale małe dziecko tego nie przewidzi. Nie zdaje sobie również sprawy, że zadają ból i nie wiedzą dlaczego biją dzieci.
Dzieci naprawdę nie są świadome, że wszystkie te zachowania sprawiają ból fizyczny. Dlatego, ja zawsze powtarzam, że „TO BOLI!”
Takie reakcje ze strony dzieci najczęściej występują kiedy obciążony jest ich układ nerwowy np. kiedy są już zmęczone, chore lub będą zaraz chore, przestymulowane. O pretekst jest wtedy o wiele łatwiej.
Jak widzicie nie użyłam nawet tego słowa na „a”.
Według mnie takie zachowania nie są agresją. To my, dorośli patrzymy na to z tej perspektywy: oprawcy i ofiary i dlatego aż tak bardzo przejmujemy się takimi sytuacjami. Nakładamy na takie zachowania swoje filtry i dorabiamy ideologie. Dzieci nie postrzegają tego w ten sposób. Według ich toku rozumowania jest to normalne. Bronią się jak potrafią. Kiedy są starsze i nabywają innych umiejętności komunikowania to np. z języka ciała potrafią wyczytać, że drugie dziecko im nie zagraża. A kiedy już potrafią werbalizować swoje obawy, to jest o wiele łatwiej, już z daleka mogą powiedzieć, że:
„Jak skończę to Ci dam”
„Poczekaj na swoją kolej”,
„Zabolało mnie, jak stanąłeś na mój palec”.
Kora przedczołowa u 4-latka nie pozwoli mu zwerbalizować komunikatu: Mamo, kocham Cię, ale chciałbym Cię uderzyć, bo zabrałaś mi zabawkę.
Nie ma absolutnie niczego złego we wściekaniu się i byciu sfrustrowanym. Potrzeba jedynie odpowiedniego języka, który to wyrazi bez obrażania innych osób wokół. Chodzi mi o bardzo osobisty język, który opisuje sytuację z naszego punktu widzenia i wyraża wprost to, co nam się podoba, a co nie, czego chcemy, a czego nie.Jesper Juul
Nie ma absolutnie niczego złego we wściekaniu się i byciu sfrustrowanym. Potrzeba jedynie odpowiedniego języka, który to wyrazi bez obrażania innych osób wokół. Chodzi mi o bardzo osobisty język, który opisuje sytuację z naszego punktu widzenia i wyraża wprost to, co nam się podoba, a co nie, czego chcemy, a czego nie.
Rodzice często nie zwracają uwagi, co mogło być przyczyną. Tylko wałkują sam skutek (czyli uderzenie). Warto pytać, co się stało jak do tego doszło. Czasami pomagam moim dzieciom zrozumieć intencje drugiego dziecka i mówię np. „Chodź weźmiemy inną zabawkę, bo chłopiec nie chce żebyś brał jego traktor”.
W tej sytuacji trzeba poszukać przyczyny gdzieś głębiej np. w integracji sensorycznej lub szukać pomocy u psychologa. Dzieci, które potrzebują takiej stymulacji, aby rozładować napięcie trzeba obserwować:
Dzieci, które tak postępują, mogą potrzebować różnych bodźców, których codzienne sytuacje nie są w stanie im dostarczyć. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem dziecko w ten sposób dokonuje samoregulacji, a co za tym idzie organizuje układ nerwowy. Dzieci dostarczają sobie bodźców, których tak bardzo potrzebują.
Może to być lekko przerażające, ale tak właśnie jest. Uderzenie dostarcza bodźców z układu czucia głębokiego, którego receptory są umieszczone w mięśniach i ścięgnach. Silny ucisk, zderzenie pobudza ten układ i dlatego dzieci w ten sposób szukają stymulacji. To uczucie można porównać do pragnienia: musimy się napić i zaspokoić naszą potrzebę. Dzieci mają tak samo, tylko nie potrafią powiedzieć: „Muszę poczuć swoje mięśnie i ścięgna” tylko walą prosto w głowę młodszego brata lub siostrę.
Nasilone zachowania są najczęściej spowodowane ogromnym zapotrzebowaniem na bodźce. Niektóre dzieci w tak mocny sposób mogą okazywać swoją czułość i miłość. Nie potrafią wyregulować napięcia i np. podczas bardzo przyjemnej zabawy kogoś ugryźć. Takie doznanie sensoryczne znacząco poprawia ich samopoczucie.
Jeżeli macie podejrzenia, że to jest ten powód dlaczego dzieci biją, to warto je obserwować pod tym kątem. Nie muszą to być od razu zaburzenia integracji sensorycznej. Pamiętajcie, że wszyscy ludzie mają preferencje sensoryczne i u wszystkich występują objawy sensoryczne. Jest to zupełnie normalnie.
a tu ważny wpis – Jak oswajać dziecięce lęki
W jednym z kolejnych wpisów zapropnuję Wam ciekawe zabawy, które pomogą dostarczyć takich bodźców w warunkach domowych.
A na koniec Julek, który jest zły 🙂
Niestety wciąż wielu rodziców nie docenia tej prostej czynności, którą mogą wykonywać razem z dziećmi. Myślą, że to może być nieatrakcyjne, czy też nudne. Nawet nie zdają sobie sprawy, że często z pozoru tak błahy obowiązek domowy może być dla dzieci bardziej rozwijający niż super ekstra, edukacyjna zabawka.
Dlaczego rodzice nie zapraszają swoich dzieci do wspólnego gotowania? Dlatego, że nie wiedzą jak jest to ważne za równo pod względem budowania więzi, jak i edukacji kulinarnej.
Ja to wszystko wiedziałam dawno, bo zalety przygotowywania posiłków przez dzieci opisywała niejednokrotnie Maria Montessori. Filarem tej pedagogiki jest styczność z prawdziwym światem i życiem praktycznym, które otacza każde dziecko. To właśnie tam dzieci bardzo często same przygotowują proste dania np. na podwieczorek. Same sobie nakładają jedzenie, a później po sobie zmywają.
Rodzicom, którzy nie mają styczności z takim podejściem do wychowywania dzieci, często ciężko jest to zrozumieć i wykręcają się różnymi stwierdzeniami:
„Ja sama zrobię to szybciej”
„To może być niebezpieczne”
„Będzie straszny bałagan”
Tymczasem najczęściej chodzi o ich niewłaściwe podejście.
Do propagowania wspólnego gotowania z dziećmi zostałam zaproszona w ramach Programu Tefal Szkoła na Widelcu. Fundacja Szkoła na Widelcu prowadzi wiele warsztatów kulinarnych, na których dzieci i rodzice mogą się przekonać, dlaczego warto gotować razem. Odwiedzają również szkoły i przedszkola. Prowadzą tam wspaniałe zajęcia dla dzieci, w czasie których uczą jak przygotowywać zdrowe posiłki.
Badania pokazują, że dzieci, które przygotowują wspólnie z rodzicami posiłki w domu, częściej sięgają po owoce i warzywa* Mają styczność z różnymi produktami, uczą się w tym czasie tak wiele, a do tego spędzają naprawdę wartościowy czas z rodzicami.
Jak widzicie jak tak wiele plusów gotowania z dziećmi, że naprawdę warto to robić. Szczególnie teraz, kiedy wieczory są długie, a pogoda nie sprzyja przebywaniu na podwórku. Powiem Wam szczerze, że my jak się nudzimy to nawet specjalnie coś wymyślamy, bo wtedy mamy zajęcie np. w sobotę zostałam sama z dwójką dzieci, na podwórku było okropnie, więc zaproponowałam, że razem zrobimy ciastka.
Wyszły pyszne, a do tego spędziliśmy niezapomniane chwile przy kuchennym stole. Przez to, że były zrobione z dobrych składników, to nawet pozwoliłam dzieciom zjeść je na kolację. Już dawno nie widziałam u córki takiego uśmiechu.
Oprócz warsztatów w szkołach i przedszkolach Fundacja Szkoła na Widelcu chce docierać również do rodziców. Miałam okazję być gościem rodzinnych warsztatów kulinarnych organizowanych z okazji Dnia Matki i Dnia Dziecka, gdzie mogłam zobaczyć jak to wygląda w praktyce. Grzegorz Łapanowski zrobił razem z dziećmi dania, które były smaczne i szybkie . Lilka mogła sama zrobić pyszny, owocowy koktajl, do którego sama przygotowała składniki.
Byłam też gościem wykładu otwartego dla rodziców, gdzie miałam okazję dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat przygotowywania posiłków. W czasie spotkania dietetyk Urszula Somow opowiadała rodzicom, na temat walorów gotowania z dziećmi.
Podczas pokazu kulinarnego uczestnicy dowiedzieli się, jak zrobić pyszny i zdrowy domowy fast food oraz dlaczego wspólne przygotowywanie takich dań to świetny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Przekonywali, że przyrządzanie np. vege burgerów lub quesadillii daje dzieciom możliwość indywidualnego komponowania dań – wybór składników i dodatków, różne sosy to podróż po nowych smakach.
Do spróbowania były warzywne frytki z ziemniaków i kolorowych marchewek z 3 sosami, domowe quesadille z pomidorami, kukurydzą i cieciorką, pudding chia z jogurtem naturalnym i owocami, dziecinnie proste lody bananowe, vege burgery, chipsy z jarmużu oraz prażona cieciorka.
Dzieci podczas wykładu mogły spędzić czas w kąciku animacji wycinając warzywno-owocowe girlandy lub wziąć udział w warsztacie kulinarnym prowadzonym przez Katarzynę Pieczyńską – dietetyka i edukatora Fundacji Szkoła na Widelcu. Podczas zajęć kulinarnych maluchy przyrządziły krem z awokado, banana i karobu – do złudzenia przypominający krem czekoladowy, który ozdobiły świeżymi ziołami i pestkami granatu.
W czasie gotowania prowadzący rozmawiają z dziećmi na temat wybierania wartościowych produktów i sposobów przyrządzania. Dzieci najszybciej się wtedy uczą, bo doświadczają tego w realu. Pamiętam jak po pierwszych warsztatach z Fundacją Szkoła na widelcu Lilka wróciła tak natchniona, że do wszystkiego dodawała zielone listki bazylii lub mięty. Mówiła nam wtedy:
Na talerzu musi być kolorowo!
I to prawda:)
Dlatego Fundacja Szkoła na Widelcu i marka Tefal ruszyła z programem społecznym, który ma zachęcić Polaków do wspólnego gotowania z dziećmi. Partnerski projekt edukacji żywieniowo-kulinarnej dociera m.in. do szkół i przedszkoli. Podczas zajęć dzieci same przygotowują wartościowe posiłki i uczą się o zdrowym odżywaniu.
Miałam przyjemność uczestniczyć również w warsztatach w przedszkolu w Nowej wsi pod Warszawą. Muszę przyznać, że było to niesamowite przeżycie, bo już dawno nie miałam styczności z grupą przedszkolną i pasja do mojej pracy zawodowej obudziła się na nowo. Fundacja Szkoła na Widelcu przeprowadziła świetne warsztaty ze zdrowego gotowania.
W czasie zajęć dzieci poznawały nowe owoce i warzywa, a później same zrobiły owocowy koktajl, który mogły przyozdobić ziołami i nasionami. Dzieci były zaciekawione i słuchały Pani z ogromnym przejęciem. Na warsztatach dzieci korzystały również z urządzeń marki Tefal, które są dziecinnie proste w obsłudze.
To jak? Przekonałam Was, że warto gotować z dziećmi? A może już to robicie?
* Chu YL, Farmer A, Fung C, Kuhle S, Storey KE, Veugelers PJ. (2013) Involvement in home meal preparation is associated with food preference and self-efficacy among Canadian children. Public Health Nutr.
Węgry z dziećmi to znakomity pomysł na rodzinny wyjazd. Jak wiecie to już nasz 3 raz razem w tym kraju i jak zawsze wracamy nienasyceni. Godziny spędzone w ciepłej termalnej wodzie nastrajają nas bardzo pozytywnie, dlatego tak często tam jeździmy.
Dokładny opis dlaczego wybieramy Węgry na wyjazdy znajdziecie 10 powodów dla których warto odwiedzić Węgry
Relację z poprzedniej naszej wyprawy znajdziecie tu – Budapeszt z dzieckiem
W tym roku planowaliśmy wyjazd w listopadzie. Chcieliśmy pojechać na Węgry z dziećmi, nacieszyć ciepłem na nadchodzące zimne i deszczowe dni. W połowie października zaczęliśmy szukać odpowiedniego miejsca na nasz wyjazd. Znaleźliśmy IDEALNY hotel, tylko nie było w nim wolnych terminów na listopad.
Sprawdziłam pogodę i kiedy zobaczyłam, że na przyszły tydzień przewidywana temperatura na Węgrzech to 25 stopni, dosłownie w kilkanaście minut podjęliśmy decyzję, że jedziemy. Był środowy wieczór, a my już w niedzielę mieliśmy się moczyć w termalnych źródłach na zewnątrz.
Pisałam Wam już, że jestem najmniej spontaniczną osobą na świecie. Wszystko planuję z dużym zapasem, a do każdego wyjazdu zaczynam się przygotowywać na 3 tygodnie przed. Tym razem było inaczej, szybko się spakowaliśmy i byliśmy gotowi na wyjazd na Węgry z dziećmi.
Tym razem wybraliśmy malownicze okolice Miskolca, który jest bardzo blisko Polski.
My każdy wyjazd na Węgry wykorzystujemy żeby odwiedzić dziadków w Rzeszowie. Zazwyczaj z Warszawy ruszamy o 19 , dojeżdżamy na północ. Tam śpimy i zazwyczaj na drugi lub trzeci dzień ruszamy dalej.
W wiadomościach prywatnych prosiliście mnie żeby dokładnie opisać jak wygląda droga. Napiszę szczerze, że polska droga z Rzeszowa do Barwinka jest dość specyficzna, bo jednopasmowa i są remonty. Jest też spory ruch. Ale dalej jest tylko lepiej. Na Słowacji drogi są bardzo dobre i w porównaniu z Polską są puste. Pamiętajcie, że możecie winietę na przejazd kupić w sieci. Jeżeli jedziecie do Miskolca to nie musicie kupować węgierskiej winiety, bo nie jedziecie autostradą.
Po drodze są miejsca żeby się zatrzymać tzw. odpocivadlo. Jeżeli będziecie jechać naszym tropem to chcę Wam polecić wyjątkowe miejsce na obiad. Z resztą jedna z Was mi o nim napisała i specjalnie się tam zatrzymaliśmy w drodze powrotnej (tak bardzo żałuję, że nie jedliśmy tam też jak jechaliśmy do Miskolca).
KLIK
Restauracja znajduje się po drodze, w miejscowości Encs (40 km od Miskolca). Naprawdę nie pamiętam kiedy tak bardzo byłam zachwycona restauracją. Było pysznie, do tego obsługa była wyjątkowa i wszystko było wspaniałe. Z pewnością jeszcze tam kiedyś wrócimy, bo było to doskonałe doświadczenie kulinarne. Obsługa mówi bez problemu po angielsku i jest nadzwyczaj miła.
Avalon park w Miskolctapolca
Jeżeli będziecie szukać na booking.com to zobaczcie tylko zdjęcia i ofertę. A rezerwację najlepiej jest zrobić na ich stronie (jest też po ang), bo przez booking prawie zawsze nie mają wolnych pokoi.
Avalon to niesamowite miejsce! Nadal jesteśmy nim zachwyceni i z pewnością tam wrócimy. Naprawdę nigdy nie byliśmy jeszcze w hotelu, którego standard był tak wysoki, a do tego przystosowany do potrzeb rodzin. Sam Avalon park położony jest w malowniczym miejscu niedaleko Narodowego Parku Gór Bukowych, więc cały teren jest otoczony przyrodą. My akurat byliśmy jesienią, więc kolory drzew w lesie były niesamowite. Wystarczyło wyjść za bramę hotelu i już byliśmy blisko natury.
Teren hotelu jest ogromny! Pokoje dla gości są w budynku hotelu, ale również i w klimatycznych domkach, które są dwupoziomowe (jeden apartament na piętrze). My spaliśmy w domku. Kiedy tylko weszliśmy do pokoju zauważyłam ekspres do kawy:) i wiedziałam, że będzie tu nam dobrze. Nie myliłam się!
Właściwie to jest park rozrywki, a nie plac zabaw. Ogromny teren z różnymi atrakcjami. Zjeżdżalnie, armatki na piłeczki, podwieszane mosty, trampoliny, zjazd na oponach i wiele i wiele więcej. RAJ DLA DZIECI! Moje dzieci bawiły się tam godzinami i chociaż dla najmłodszych (poniżej 3 lat) nie było specjalnych atrakcji to i tak było super.
Przy placu zabaw była też restauracja dla dzieci z przekąsami i z toaletą, która zrobiła na mnie świetne wrażenie (niby to taki niuans, ale zwracam na to uwagę). Każda podróż na Węgry z dziećmi zawsze pozytywnie mnie zaskakuje, tak wiele miejsc jest przystosowanych do potrzeb rodzin, że mam ochotę tam często wracać.
Na zewnątrz hotelu znajduje się spory basen z ciepłą wodą (36 stopni) i jacuzzi. Można w nich się kąpać przez cały rok. Obawiałam się, że może być nam zimno, kiedy wieczorem temp. powietrza miała 15 stopni, ale było wspaniale. Dzieciom bardzo się podobało i korzystaliśmy codziennie. W środku hotelu, na dole jest też normalny basen z hydromasażami i jazcuzzi. Są też różne prysznice (np. tropikalny ) i sauny.
W środku hotelu jest też fajna sala zabaw dla dzieci i chociaż nie padał deszcz ani razu to przychodziliśmy tam chwilę odpocząć. Obok jest też sala do gier telewizyjnych.
W cenie noclegu mieliśmy śniadanie i lunch (2 porcje). Śniadanie było w formie szwedzkiego stołu i każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Bardzo podobała mi się możliwość samodzielnego robienia soku owocowo-warzywnego.
Na stołach były różności: bardzo duży wybór warzyw i owoców, jedzenie dietetyczne (5 rodzajów mleka roślinnego), jogurty bez laktozy itd. Menu lunchowe było dość specyficzne, ale było smaczne. Na terenie hotelu są 3 restauracje i zawsze można wybrać coś dla siebie.
Ogromny tor, który wcale nie jest dla dzieci, ale jest możliwość przejażdżki z dzieckiem. Lila jechała dwa razy z tatą i była przeszczęśliwa.
Kiedy wykorzystaliśmy dwa pierwsze dni na korzystanie z dobrodziejstw hotelowych, stwierdziliśmy, że musimy wybrać się na wycieczki.
W sumie nie mieliśmy w planach odwiedzenia tego zamku, ale spóźniliśmy się na kolejkę wąskotorową do Lillafüred. Poszliśmy ze stacji na piechotę (około 15 minut na piechotę) i kiedy dotarliśmy na miejsce spędziliśmy tam naprawdę ciekawy czas. Z ruin zamku jest wspaniały widok na okolicę, a w samym zamku jest sporo rzeczy do obejrzenia.
Węgierski kurort położony za Miszkolcem nad jeziorem Hamori. Kiedy tylko zobaczyłam zdjęcia stamtąd to wiedziałam, że musimy tam pojechać. Do Lillafüred wybraliśmy się kolejką wąskotorową, która odjeżdża z Miskolca (wszelkie info TUTAJ)
Była to niesamowita atrakcja, dzieci były zachwycone samą jazdą. Kolejka przejeżdża przez malowniczy Park Narodowy. A kiedy dojechaliśmy na miejsce było jeszcze lepiej. Warto odwiedzić Lillafüred, bo jest to przepiękne miejsce. Zrobiło na nas ogromne wrażenie i aż żal było wracać. Są tam też dwie jaskinie, ale sobie je darowaliśmy, bo nie mieliśmy co zrobić z wózkiem.
Węgry z dziećmi
Zaledwie 3 km od hotelu Avalon są termy w jaskiniach tzw. Barlangfürdo. Świetne miejsce na relaks z dziećmi. Kilkanaście grot, w których można się kąpać robi ogromne wrażenie. Najbardziej nam się podobało miejsce, gdzie było ciemno i na chwilę na suficie ukazywały się gwiazdki i księżyc. Za bilet dzienny zapłaciliśmy 60 zł za całą naszą rodzinę. Kompleks jest też położony na zewnątrz, ale jest otwarty tylko latem.
Ostatniego dnia, całkiem spontanicznie pojechaliśmy do Zoo Miskolcu, które nie jest typowe. Znajduje się na ogromnym terenie i jest malowniczo położone. Jest to bardziej „leśny park” niż zoo. Nie ma tam żyraf, słoni itd. Są za to zwierzęta, które raczej żyją w lesie. Bardzo nam się tam podobało! Dzieci mogą karmić zwierzęta karmą, którą kupuje się przy wejściu. Niesamowite uczucie, kiedy wielbłąd je Ci z ręki.
Sklepik z pamiątkami skradł moje serce. Zawsze staram się unikać takich miejsc, bo pełno tam szajsu, który nikomu nie jest potrzebny, a tam były naprawdę ładne rzeczy związane tematycznie z Zoo i do tego bardzo tanie.
Z pewnością w okolicach Miskolca jest jeszcze wiele miejsc do odwiedzenia. My byliśmy dość krótko (6 dni) i mieliśmy bardzo dużo atrakcji w hotelu. Myślę, że również można pojechać do samego Miskolctapolca i tam spać, a do Avalon pojechać na plac zabaw (30 zł za cały dzień), na gokarty na obiad i mieć bazę wypadową na wycieczki. Zdaję sobie też sprawę, że byliśmy po sezonie i było pusto. W sezonie na termach na pewno jest tłum i jest drożej. Ale warto się wybrać na Węgry z dziećmi właśnie po sezonie.
Badania – jak przygotować dziecko i jak zrobić to prawidłowo?
Pobieranie krwi to stres zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Czy można zrobić coś, żeby przygotować dziecko na pobranie krwi i jednocześnie nie spowodować, że zacznie bać się zastrzyków i gabinetów lekarskich?
Tak! Odpowiednie przygotowanie, zarówno fizyczne jak i psychiczne dziecka ma ogromny wpływ na przebieg całego zabiegu.
Na pytania odpowiada Joanna Dronka – Skrzypczak, autorka strony dietaeliminacyjna.pl
Rodzice są często bardzo zestresowani. To naturalne – nikt nie lubi, kiedy trzeba zafundować dziecku dyskomfort jakim jest niewątpliwie badanie krwi. Rodzice obawiają się tego, że będą zmuszeni przytrzymać dziecko siłą i przez to zafundują mu traumę. Faktem jest, że podczas pobierania krwi trzeba dziecko mocno trzymać ze względu na jego bezpieczeństwo. Nagłe szarpnięcie ręki może być niebezpieczne.
Cały sekret polega jednak na odpowiednim przygotowaniu dziecka do procedury pobrania krwi. Pomoże to zarówno opanować lęk rodzica jak i dziecka.
Główne błędy, jakie popełniają rodzice:
Po pierwsze porozmawiać z dzieckiem. Wytłumaczyć dlaczego trzeba krew pobrać. Warto pokazać kilka filmików, czy obejrzeć bajkę „Było sobie życie” na temat krwi. Takie ciekawostki sprawią, że dziecko oswoi temat. Można czytać książki na temat ludzkiego ciała. (Obszerny wpis Zabawki edukacyjne. Jest też audiobook „Igiełka Tusia” do odsłuchania za darmo
Kolejna sprawa: opowiedzieć jak wygląda takie pobieranie, gabinet. Im mniej niewiadomych, tym dziecko czuje się pewniej.
Po trzecie: zapewnić, że cały czas będziesz z dzieckiem. I tutaj ta drażliwa kwestia mocnego przytrzymania. Zamiast mówić, że będzie trzeba je mocno trzymać żeby się nie wyrwało warto powiedzieć: „Kiedy już przyjdzie czas pobrania mama/tata mocno cię przytuli, a pani pielęgniarka przytrzyma rękę. Możesz wtedy też się do mnie przytulić”.
Drobna zmiana „przytrzymania” na „przytulenie” może zdziałać bardzo wiele.
I po czwarte: szczerze odpowiedzieć na pytanie: czy to będzie bolało? Nie wolno kłamać, że pobranie jest bezbolesne, albo umniejszać bólu, odwoływać się do argumentów „Taki duży chłopiec nie powinien bać się małego ukłucia”. Warto powiedzieć: „Tak, lekkie ukłucie nie jest przyjemne, ale będę cały czas przy Tobie. Jeśli Cię zaboli zawsze możesz się do mnie przytulić”.
Zacznę może od kwestii nawodnienia: nie tylko może, ale nawet powinno wypić wodę na około pół godziny przed badaniem. Dlaczego? Ponieważ to właśnie brak nawodnienia jest jedną z najczęstszych przyczyną problemów z pobraniem krwi. Nieudane pobranie to stres zarówno dla dziecka jak i rodzica i osoby pobierającej. Dlatego ważne jest, żeby wcześniej nawodnić dziecko. Idealnie by było, gdyby maluch był na czczo, ale wiadomo, że dziecku trudno to wytłumaczyć. Dlatego jeśli badanie jest później, dziecko może być około 3 godzin po lekkim posiłku.
Tak, ale ze względu na to, że rodzic samodzielnie pobiera materiał obarczone sporym ryzykiem błędu. Metoda pobrania zależy w dużej mierze od tego w jakim celu pobieramy go do badania. W laboratorium powinniśmy otrzymać dokładną instrukcję. Np. wykonując badanie z kału na obecność grzybów lub pasożytów pobiera się kał z 8 miejsc.
Rodzice też często nie zdają sobie sprawy, że kał nie może być zanieczyszczony moczem. Dlatego niemożliwe jest wyciągnięcie go z pieluszki jeśli jednocześnie jest ona „zasiusiana”. Nie powinno też łowić się kupy z toalety. Kał powinien szczelnie wypełniać specjalnie przeznaczone do tego pudełeczko. Ma to znaczenie np. przy badaniu bakterii beztlenowych.
Można wykorzystać w tym celu wyparzony nocnik albo rozłożoną na toalecie folię spożywczą. Warto też dopytać w laboratorium jakie są zalecenia dla konkretnego badania.
Mocz pobieramy po wcześniejszym umyciu, ze środkowego strumienia, do jałowego pojemnika kupionego w aptece. Jeżeli nie uda nam się złapać do pojemnika to ostatecznie możemy użyć do tego wyparzonego nocnika.
Jeżeli uważasz, że ten wpis przyda Ci się, kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/ lub udostępnij go swoim znajomym. Dziękuję!
Jak widzicie nosi nas po świecie. Często podróżujemy i od zawsze ciężko jest nam usiedzieć w domu. Myślę, że to dobrze, bo dzieci mają wtedy dużo więcej możliwości. Nie wiem, czy u Was też tak się dzieje, ale moje dzieci z każdego wyjazdu wracają z nową umiejętnością i to nas ogromnie cieszy. Jeździmy wszędzie, mamy dziadków w różnych stronach Polski. Często wybieramy się na weekendowe wycieczki, a na początku roku czeka nas lot samolotem.
Jak to robimy, że podróże to przyjemność, a nie płacz i zgrzytanie zębami, kiedy jedziemy już piątą godzinę? Mam kilka sposobów, którymi się z Wami dziś podzielę.
Na każde wyjście z domu jestem zawsze przygotowana, czy idziemy na pocztę, do sklepu, czy do restauracji. W mojej torbie, kieszeni w kurtce, czy też w wózku zawsze mam jakiegoś asa, którego wyciągam kiedy zaczyna być gorąco, czyli np. jest długa kolejka, jest dużo ludzi w restauracji i trzeba czekać.
kiedy zaczynają się nudzić i zawsze najpierw czekam na ich kreatywność (a nuż znajdą sobie coś, co zajmie je na kilka minut), a jeżeli nic takiego nie ma to wtedy: TADAM! Wyciągam coś z mojej sekretnej skrytki. Uprzedzę jeszcze pytanie, tej rzeczy nie daję już w domu i dzieci nie widzą, że mam TO w torbie, tylko daję to jako: super, mega, sekretną zabawkę kiedy już jest TEN moment. Często wymyślam też jakieś wycudowane historyjki żeby dodać jeszcze trochę magii, bo wiem, że nic już więcej nie mam i to ostatnia rzecz, która może pomóc. Czasem mówię cichutko:
„Liluś, podejdź to coś Ci powiem na uszko” i wtedy szepczę „Idź do wózka, rozsuń ten mały zameczek i tam coś dla Ciebie schowałam”.
To naprawdę działa, a taka mała „głupotka” potrafi zaciekawić dzieci na naprawdę długi czas.
Aha! Dodam jeszcze, że ja mam radar na takie rzeczy i kiedy np. jestem w jakimś sklepiku wynajduję takie rzeczy na „kiedyś”. Chowam to i zostawiam właśnie na wyjścia, wyjazdy itd.
Podzielę jeszcze na miejsca, w którym my tych rzeczy używamy, wtedy trochę Wam to ułatwi.
Z racji bezpieczeństwa oraz choroby lokomocyjnej u córki używamy tylko kilku rzeczy w samochodzie. Nie możemy niczego czytać, ani oglądać, więc nasz zestaw samochodowy wygląda często tak.
Na każdy wyjazd wypożyczam z biblioteki lub kupuję (w ostateczności) coś nowego. Lilka ich słucha kiedy Junior śpi (bo jego jeszcze nudzą). Mamy taką opcje w aucie, że możemy przełączać głośniki, więc nastawiamy na jej stronę i możemy spokojnie jechać.
Uwielbiamy dobre nuty w aucie i zawsze coś u nas gra. Na długie wyjazdy mam nowe przeboje, bo poprzednie już są osłuchane Od dłuższego czasu jest to:
” Muzyka z Pana Kleksa” dostępna TUTAJ
„Melorymki” dostępna TUTAJ
Ania Broda „A ja nie chcę spać” TUTAJ
DUBI, czyli piosenki z imionami dzieci. Udało nam się zamówić wersję zmieszaną (jedna piosenka z imieniem Lili, druga z Julkiem). Pisałam o nich Piosenki dla dzieci
Oraz hity: Ram zam zam zam, Macarena oraz oczywiście Despacito
To mój bezpieczny must have. Jak widzę je np. w dykoncie za 2,99 to biorę ich 10 i wrzucam do szafy. Później tnę każdy zestaw na 5 i wrzucam do torby. Dzieci naklejają na siebie, na fotelik, a ubrania itd. Z uwagi na Juniora zapędy do jedzenia wszystkiego wybieram dla niego te większe.
I teraz tak, nie kupuję ich zazwyczaj podczas postoju, bo dzieci się szybko uczą i wtedy przy każdym postoju będą prosić o kupienie jajka, czy też innej głupotki. A tak, jak kupię wcześniej to mam też czas żeby wywalić cukierki, które w smaku są tak obrzydliwe, że nikomu bym ich nie dała. Jeżeli się zdarzy, że coś akurat mi wpadło na szybko w oko, podczas płacenia za benzynę, to i tak daję dopiero w czasie jazdy. Super sprawdzają się też gadżety reklamowe np. mała latareczka.
Moja starsza uwielbia takie rzeczy i potrafi nimi bawić się naprawdę długo. Jednak muszę je dozować w aucie, bo wiem, że mogą wzmagać chorobę lokomocyjną. Najlepiej jest żeby dziecko patrzyło przez okno.
Poniżej pudełeczko z gumkami, które się rozkłada na części pierwsze. Kupiłam je dawno temu w Tigerze za 8 zł i trzymałam na wyjazd. Sprawdził się znakomicie!
Ile razy nas uratowały w aucie! Zawsze mam je gdzieś w torbie lub pamiętam o kupieniu przed podróżą. Mało tego, przeczytałam też gdzieś, że mają właściwości antywymiotne, więc na chorobę lokomocyjną będą jak znalazł.
Do walizki często wrzucam też w małych woreczkach strunowych po kilka klocków. Mogę się one sprawdzić w samolocie lub w restauracji. Z doświadczenia wiem, że mniej znaczy więcej. Wiem, że mniejszą ilością klocków (i kiedy nie ma nic innego) będą bawić się o wiele dłużej, a do tego łatwiej jest ich upilnować. Najczęściej biorę po 10, wtedy proszę Lilkę o sprawdzenie i policzenie, czy wszystkie są.
Moje hity to:
dostępne TUTAJ
Obszerny post o nich Klocki magnetyczne
Obszerny post o nich Joinks
Obszerny post o nich SQUIGZ
Często zabieram je do restauracji lub wrzucam na szybko do walizki. Ratują w czasie nudy:)
Zagadki CzuCzu TUTAJ
Fiszki Grajki TUTAJ
Gazetka dla dzieci zajmuje bardzo mało miejsca, a przydaje się w wielu sytuacjach. Jest coś do poczytania, do kolorowania i rozwiązywania.
Lunetę – kalejdoskop zamówiłam przed ostatnim wyjazdem i naprawdę zajęła dzieci na długo. Lilka uwielbia takie rzeczy i potrafi z taką zabawką przechodzić cały dzień. Wymyśla różne rzeczy, że jest np. piratką 🙂 Tyle zabawy za 12 zł!
Jul to rasowy wielbiciel aut przeróżnych. Nie miał nic porządnego (tylko jakieś 3 po siostrze), więc mu kupiłam taki zestaw! Mąż się lekko wzruszył, bo jedyny samochodzik jaki miał w dzieciństwie to był właśnie niezniszczalny Matchbox. Bardzo Wam polecam, bo jakość jest genialna, a niektóre elementy są ruchome. Mam te auta teraz wszędzie: w kieszeni, w torbie, w organizerze…
Zestaw dostępny TUTAJ
No i w końcu trafiłam też na śmieciarkę! Fajna, nieduża i szybko jeździ. To ostatnio ulubione auto Juniora.
Ostatnio rozpadło nam się lusterko, które służyło przez 5 lat i w poszukiwaniu czegoś nowego trafiłam na lusterko Benbat. Zapina się je bardzo mocno na oparciu (na klamry zatrzaskowe) i zaciska pas. Lusterko po włączeniu delikatnie gra i wyświetla twarz ludzika. Całość jest sterowana pilotem. Co prawda rodzic ma to obsługiwać, ale Jul miał tak świetną zabawę przy używaniu pilota, że bardzo nam się spodobał ten gadżet.
Nie ma co się łudzić, że piękna, złota jesień do nas wróci. Dzieci, tak czy inaczej cieszą się z tego, że mogą być na podwórku i nie zwracają uwagi na panującą aurę. Dlatego wychodzimy codziennie i korzystamy z tego, że nie pada ulewny deszcz. Mówi się, że nie ma złej pogody, tylko jest niewłaściwe ubranie. Nie wiem, czy się z tym zgadzam, bo nie lubię długo być na podwórku, kiedy jest zimno.
Dziś chcę Wam zaprezentować nasze wybory na ten sezon.
Junior bardzo lubi być na podwórku, nawet kiedy pada i mógłby nawet siedzieć w kałuży. Nie przeszkadza mu ani deszcz, ani wiatr. Widzę też po nim, że ma ogromną potrzebę rozwijania dużej motoryki, którą lekko ograniczają cztery ściany naszego małego mieszkania.
W czym dzieci chodzą w tym roku?
Jak zwykle wybrałam im rzeczy, które są funkcjonalne, a do tego ładne i uniwersalne.
Totalnie przepadłam kiedy zobaczyłam jesienną kolekcję Pan Pantaloni i chcę ją Wam dziś zaprezentować. W ubiegłym sezonie również mieliśmy kilka rzeczy i sprawdziły nam się znakomicie. Ubrania są bardzo wygodne, nie krępują ruchów, a do tego są bardzo ciepłe i nie gryzące. Wełna merino nie gryzie, a ma właściwości termoizolacyjne.
Ich klasyk, czyli pantalony na podszewce to najlepsze spodnie na podwórko jakie mamy. Juniora w wózku nawet nie nakrywam kocem. W ubiegłym roku Julek przechodził w nich całą jesień i zimę, a one wciąż wyglądały jak nowe (jedna z moich czytelniczek napisała, że ma 3 synów i jedne pantalony przechodzą na drugiego i wciąż są w świetnym stanie). W tym roku to był też nasz must have. A do tego ciepłe czapy, ocieplacze, futrzana kamizelka i ciepła sukienka.
Sukienka Zara, kamizelka Pan Pantaloni
Sukienka i kamizelka Pan Pantaloni
Kurtka Mango (poprzedni sezon), szalik Numero 74, spódniczka Pan Pantaloni, rajstopy Newbie Kappahl, buty Bobux
Kamizelka Tape A L’oeil, Bluza Zara, Czapa i spodnie Pan Pantaloni
To jest genialny wynalazek: szalik-golf
Ciepła czapa Pan Pantaloni czeka już na mróz
Ukochana bluza Lilki Pan Pantaloni i spódniczka z kieszeniami
Mam też dla Was niespodziankę. Na hasło: „nebule” macie darmową wysyłkę z Pan Pantaloni
Jeżeli chodzi o buty to stawiamy na naszą sprawdzoną markę Bobux. Buty są niezwykle miękkie, porządnie wykonane i do tego pasują do wszystkich ubrań. Lubię właśnie takie modele, które będą dobrze wyglądały do ubrań sportowych i lekko eleganckich.
Zdecydowanie to najlepsze buty na rynku. Niestety mają jeden minus, w tym roku w kolekcji zimowej (ocieplanej) nie ma nic dla chłopców i będę musiała kupić coś innego.
Bluza Mybasic, spodnie H&M, buty Bobux
Sukienka Next, kurtz Mohito, buty Bobux, hulajnoga Minimicro
Parka Next, Spodnie Kappahl, buty Bobux
Ulubiony towarzysz spacerów
Dla Lili na zimę mamy ten model Bobux – pierwszy raz je dziś włożyła, bo było dość zimno. A w brązowych chodzi od początku sierpnia.
Julkowi brakowało mi kaloszy, więc kupiłam mu takie, ocieplane. Są miękkie i wygodne (chyba) 🙂 TUTAJ
Zapytacie pewnie o kurtki zimowe. Julowi już kupiłam TAKĄ, a na Lil dobra jest z ubiegłego roku (granatową). Ale jeszcze w nich nie chodzą, wolę włożyć coś pod spód i lżejszą kurtkę.
Jak trafię to dokupię Lilce nieprzemakalne spodnie. Julowi jak już będzie zimno kupię TEN kombinezon.
Bardzo mi brakuje prążkowanych rajstop z Gatta, których nie będzie w tym sezonie i jeszcze nie znalazłam godnego zastępcy (ktoś coś?).
Mam nadzieję, że pogoda w tym roku będzie dla nas łaskawa i spędzimy dużo czasu na zewnątrz. A Wy jesteście już gotowi?
Wiesz, że jutro czeka Cię ciężki dzień? Sporo obowiązków i doba, która ma tylko 24 godziny. Aby sprostać dniu jutrzejszemu już na dzień przed układam mój plan „przeżycia”. Bycie mamą, żoną, pracownikiem, a do tego kobietą stawia wiele wymagań, jednak są proste sposoby, które mi pomagają poradzić sobie ze wszystkim. Ustalam, co jest najważniejsze w dniu jutrzejszym i do tego dostosowuję plan dnia.
Dbam o dobry sen. Kiedy wiem, że będę miała długi dzień pełen wyzwań staram się położyć spać jak najwcześniej. Najlepiej regeneruję się podczas snu, 7 h to absolutne minimum żebym mogła rano wstać i funkcjonować. Najpóźniej kładę się o 23.30, ale częściej o 23 już śpię. Przed snem czytam parę stron książki i bardzo szybko się wyciszam. Wstaję między 6.30, a 7.30.
Kiedy nie zacznę dnia bez mojej pachnącej kawy i nie przemyję twarzy w łazience to do końca dnia już nie można się ze mną dogadać. Kiedy wypiję pierwszy łyk, zaczynam się budzić do życia. Rzadko kiedy mam czas żeby wziąć prysznic zanim Lilka nie pójdzie do przedszkola.
Zazwyczaj robię to dopiero jak zostaję sama z Julem. Maluję się dość często, ale nie zawsze. Zajmuje mi to dosłownie 10 minut. Szybko się ubieram i jestem gotowa na to, co przyniesie dzień.
Nie lubię gotować skomplikowanych potraw. Nastoję się przy garnkach nawet godzinę, a póżniej i tak moje dzieci proszą o makaron. Staram się gotować prosto, z sezonowych warzyw i owoców. A najważniejsze jest to, że przygotowuję dania pewniaki – coś co wszyscy lubią i nie będą kręcić nosem. Pamiętam jak niedawno robiłam przez 2 h orkiszowe pierogi z kaszą jaglaną, których nikt poza mną nie chciał jeść.
Takie wynalazki dobrze wyglądają tylko na zdjęciach na Instagramie. Najczęściej gotuję obiady na dwa dni. Jednak kiedy akurat i go nie wystarczy, to mam kilka sposobów: kupuję obiad w barze mlecznym, wyciągam pierogi ruskie od teściowej z zamrażarki lub robię coś bardzo prostego np. risotto lub makaron z pesto. Nie ma po co komplikować sobie życia. Od 1,5 roku mamy też urządzenie, tzw. multicookera, który naprawdę pozwala na bardzo szybkie przygotowanie posiłków. Nasz sprzęt jest podobny do Thermomixa, ale ma większą misę (nazywa się Tefal Cuisine companion).
Kto ma dzieci ten wie, że czyste mieszkanie jest tylko przez chwilę. Po minucie już zaczynam potykać się o zabawki, książki i przedmioty codziennego użytku. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Mieszkanie sprzątamy dwa razy dziennie.
Przed wyjściem na spacer odkładamy razem z dziećmi rzeczy na miejsce, a później dopiero wieczorem. Gdybym miała chodzić za dziećmi krok w krok i odkładać każdą rzecz, to bym chyba zwariowała. Długo też broniłam się przed pomocą do sprzątania. Dałam się w końcu przekonać i raz na dwa tygodnie przychodzi Pani, która nam pomaga i bez której już nie wyobrażam sobie życia.
Do niedawna pranie to była moja zmora. Pralkę nastawiałam bardzo często, bo miała bardzo mały wkład (3,5 kg). Pamiętam, jak Wam o tym napisałam na FB, to się za głowę łapałyście, jak daję sobie radę. Dawałam, ale pralka praktycznie cały czas była włączona.
Ciągle też musiałam rozwieszać pranie. Niestety wnękę w naszej łazience projektował chyba „utalentowany” architekt, bo większa pralka nam by się nie zmieściła (brakowało dosłownie 1 cm, a nie chciałam kuć ściany). Któregoś szczęśliwego dnia nasza, codziennie eksploatowana praleczka odmówiła posłuszeństwa i nie było już odwrotu. Szukaliśmy nowej. Nie było możliwości poszerzenia wnęki, wstawienia jej do kuchni… byłam lekko załamana, bo góra prania rosła z godziny na godzinę.
Wpadliśmy na inny pomysł: rozmontowaliśmy szafkę, która była nad pralką i zyskaliśmy przestrzeń nad. Mogliśmy wtedy kupić pralkę ładowaną od góry (kupiliśmy Electrolux EWT1567VIW). Może zabrzmi to banalnie, ale naprawdę moje życie się odmieniło. Pranie wstawiałam już raz na dwa dni! Podzieliłam się z Wami tą radosną informacją na FB, to napisałyście mi, że do pełni szczęścia brakuje mi już tylko suszarki.
Pranie teraz zdecydowanie wolniej schnie (2 dni), więc stoi rozłożona non stop. Tylko zdejmowałam suche i rozwieszałam mokre. Dodatkowo Julek znalazł sobie nowe hobby (ściąganie mokrych rzeczy z suszarki i ciąganie ich po podłodze). Ostatnio tak zrobił z moją białą bluzką:(
Posłuchałam Waszej rady i zaczęłam się zastanawiać gdzie mogę wstawić suszarkę. Biegałam z metrówką jak szalona i NIGDZIE mi ona nie pasowała. Aż któregoś dnia wpadłam na genialny pomysł. Wystarczył telefon do administracji i byłam już o krok od spełnienia mojego planu. Na przeciwko mieszkania mamy komórkę lokatorską, jest tam światło, ale nie ma kontaktu. Zapytałam, czy byłaby możliwość zrobienia tam kontaktu z uziemieniem. Zarząd się zgodził!
Pozostał tylko wybór odpowiedniej suszarki, która w końcu wyzwoliłaby mnie od tej nieszczęsnej suszarki salonowej. Po researchu zdecydowaliśmy się na model Electrolux PerfectCare 800. Szukałam suszarki z pompą ciepła, bez odpływu, bo w komórce nie ma jak podłączyć wody. Dlaczego ten model? Przede wszystkim dlatego, że ma różne programy (w tym do suszenia wełny, a my mamy sporo ubrań z wełny merino).
Ma też system SmartSense, który wykrywa stopień wilgoci, dzięki temu skraca się czas suszenia, a pranie jest wysuszone równomiernie (np. teraz uprałam białe ciuchy, odwirowałam na obrotach 1500 i włożyłam do suszarki. Wybrałam odpowiedni program, a ona pokazała mi czas 1h 54 min, po kilku obrotach bębna automatycznie zmniejszyła czas do 1 h i 5 min. Aaa suche pranie po godzinie, a nie po 2 dniach! Mamy ją ponad dwa tygodnie, a ja kocham prać. Naprawdę! Stosuję się do zasad suszenia i wszystko działa jak należy.
Jeżeli wszystko się zrobi wg instrukcji: szybko wyjmę wyprane pranie z pralki, wyłożę do miski, pozapinam guziki i zamki, włożę do suszarki, włączę odpowiedni program w suszarce to … wyjmuję pranie PROSTO do szafy. Jest mięciutkie, cieplutkie i do tego wygląda sto razy lepiej niż np. sweter powieszony na suszarce.
Ja od dawna już nie prasuję dziecięcych ubrań, ale nie ukrywam, że były trochę pogniecione. Teraz wyglądają świetnie! Koszule męża typu non iron, wyjęta z suszarki od razu po zakończeniu programu są idealnie wygładzone.
Moja ulubiona bluzka wyjęta prosto z suszarki wygląda tak:
Naprawdę nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się na nią wcześniej.
EDIT 27.10.17 r.
Marka Electrolux bardzo fajnie zareagowała na mój post i Wasze komentarze i postanowiła dać zniżkę na wszystkie pralki i suszarki z linii PerfectCare.
-10 % na hasło: NEBULE-ELXPC kod działa do końca listopada
EDIT 20.11.17 r.
Kod niestety już nie jest aktywny, bo była pula zniżek dla czytelników i bardzo szybko ją wykorzystaliście. Możliwe, że uda nam się współpracować w nowym roku i jest szansa, że będą nowe zniżki. Dam znać:)
EDIT 12.02.2018 r.
Udało się! Mam dla Was kod rabatowy -10% na pralkę lub suszarkę Electrolux z linii PerfectCare na hasło: NEBULE-PERFECTCARE
Kiedy wiem, że mam przed sobą wymagający dzień, staram się oszczędzać siły. Wiem, że fajnie jest pójść na 10-kilometrowy spacer, bawić się do upadłego, zrobić 5 prań, ugotować dwudaniowy obiad. Są osoby, które tak funkcjonują całe życie i im zazdroszczę. Ja tak nie dam rady, a moje dzieci po takim dniu już od godziny 17.30 marudzą ze zmęczenia i są nieprzytomne.
Ja również jestem wtedy mocno rozdrażniona. Wybieram wtedy np. plac zabaw przy bloku, na którym wiem, że będę w stanie sama opanować dwójkę dzieci, a nie jadę na ogromny plac na końcu miasta. Mierzę moje siły na zamiary.
Na szczęście mam pracę, która ma dość elastyczny czas i mogę sobie pozwolić na różne pory.
W takie dni staram się jeszcze bardziej dbać o siebie żeby moje źródełko szybko się nie wyczerpało. Poranna pielęgnacja, dobra kawa, pół artykułu w gazecie, kilka stron książki działają na mnie odprężająco i ładuję wtedy energię do końca dnia.
Wieczorem, kiedy dzieci już zasną staram się poświęcić ten czas tylko dla siebie lub spędzić go z mężem. Myję twarz, patrzę w lustro i wiem, że to był dobry dzień. Wklepuję krem, włączam ulubiony serial lub kończę książkę.