kontakt i współpraca
W wykropkowane miejsce wstawić: przesypia noce, nie korzysta z pieluchy, mówi lub pisze „gżegżółka”, jeździ na dwóch kółkach na rowerze, samo zasypia itd.
Takich pytań w ciągu prawie 5 lat usłyszałam TYSIĄCE: od sąsiadki, od koleżanki, od pediatry, od cioci, od Pani w sklepie, a nawet od Pana na stacji benzynowej.
A my, mamy, traktujemy je bardzo osobiście. Wiecie jakie pytanie jest teraz u mnie na topie, takie, które w 10 sekund podnosi mi ciśnienie szybciej niż podwójne espresso?
Czy Julek przesypia noce?”
Robię wtedy głęboki wdech, odliczam od 10 do 1 i odpowiadam, że
„Nie, nie przesypia”
„Ojej, ale dlaczego?”
„…” wtedy oschle odpowiadam, że „Nie wiem”, a w głowie dodaję niecenzuralne słowo.
„A moje dziecko spało w swoim pokoju od urodzenia”
Wiadomo, że każda mama chciałaby żeby dzieci spały, jadły, szybko się odpieluchowały, od razu mówiły pełnymi zdaniami, zawiązywały sznurówki, jeździły na rowerze w wieku 18 miesięcy i w ogóle, żeby szybko były samodzielne.
Dzieci niesamowicie się różnią między sobą. Nawet te, które są wychowywane przez tych samych rodziców i w tych samych warunkach środowiskowych. Ja też przez chwilę porównywałam rozwój Lilki i Jula, jednak w pewnym momencie musiałam sobie uświadomić, że są to zupełnie dwie inne jednostki i NIE MOGĘ ich porównywać, nawet w moich myślach.
Tymczasem jest to zgubne. Tak wiele czynników ma wpływ na ich rozwój, że podciąganie dwójki dzieci pod ten sam mianownik jest bez sensu. Szczególnie w pierwszych latach życia rozwój przebiega różnie. Dzieci z różnych powodów nie będą potrafiły zrobić tego co starszy lub młodszy rówieśnik.
Dziś napiszę Wam dlaczego tak jest i co ma na to wpływ, że rówieśnicy tak bardzo różnią się między sobą.
Dziedziczymy po naszych przodkach wiele cech. W genotypie mamy zapisanych wiele informacji. Nauka wciąż się rozwija i bada te tematy bardzo wnikliwie. Dzięki dziedziczeniu wyglądamy tak jak wyglądamy, mamy takie, a nie inne problemy. Dzieci oczywiście dziedziczą po nas (i naszych przodkach) wiele cech np. Lilka odziedziczyła po swoim dziadku od strony taty leworęczność.
W mojej bardzo dużej rodzinie NIKT nie jest i nie był leworęczny. W genotypie są również zapisane mutacje genów, które są odpowiedzialne za różne choroby. Często piszę zmartwionym rodzicom, że dzieci dziedziczą po nas również układ nerwowy. Wiele cech mamy wspólnych i to, że np. mamy chorobę lokomocyjną to może być tak, że dziecko po nas ją „przejmie”.
Wiemy również, że ogromny wpływ na rozwój dzieci ma środowisko, w jakim się urodziły i się wychowują. Pozwolę sobie na szczegółowe wyodrębnienie:
Skoro jej udało się przetrwać i nie zjadł jej dziki zwierz to znaczy, że tak trzeba robić. Będę ją naśladować, bo dzięki temu przeżyję.
Stymulujące otoczenie ma bardzo korzystny wpływ na rozwój dzieci.
Od zawsze powszechny był stereotyp, że chłopcy rozwijają się wolniej niż dziewczynki. Później zaczynają mówić i dojrzewać. Wg mnie jest to mit. Postaram się jeszcze dokładniej dokształcić się w tym temacie i zrobię oddzielny wpis na ten temat.
Stan zdrowia przyszłej mamy (oraz taty) jest bardzo ważny. Przekonałam się o tym bardzo dobrze. Pisałam Wam o tym we wpisie Przerwane oczekiwanie. Współtowarzyszące choroby mają wpływ na późniejszy rozwój dzieci, dlatego warto się diagnozować.
Profesor, u której się leczyłam uważa nawet, że odpowiednia dieta przed zajściem w ciążę jest ważna. Zalecała mi dietę śródziemnomorską. Podpierała swoje zalecenia badaniami, które jednoznacznie stwierdzały mniejszą obecność zespołów genetycznych w południowych rejonach Europy.
Ze swojego doświadczenia mogę również napisać, że np. insulinooporność czy też PCOS mają wpływ na jakość komórek jajowych.
Sam przebieg ciąży ma również wpływ na późniejszy rozwój dziecka. Stres, przyjmowane leki czy nawet ułożenie dziecka przez 9 miesięcy może mieć wpływ na to jakie będzie nasze dziecko i jak będzie pokonywało kamienie milowe.
Mój młodszy syn np. bardzo długo znajdował się główką do dołu, a do tego był dość spory i miał mało miejsca. Jest to prawdopodobna przyczyna jego asymetrii. Spotkałam się również z opinią, że dzieci, które nie obróciły się główką do dołu mogą mieć problemy z równowagą.
Są również leki, które nie pozostają obojętne dla dziecka. Oczywiście nie ma co dyskutować na temat zasadności stosowania leków podtrzymujących ciążę, ale nie pozostają obojętne np. Nospa ( wśród terapeutów mówi się o dzieciach ponospowych, które mają obniżone napięcie mięśniowe).
Leżenie w czasie ciąży również nie pozostaje obojętne. Bardzo ciekawy post na ten temat napisała wczoraj Nicole i polecam Wam przeczytanie KLIK. Dodam od siebie jako terapeuty SI, że właśnie brak bodźców z układu przedsionkowego może mieć wpływ na późniejsze funkcjonowanie zmysłów dziecka.
Pozostawanie w bezruchu również może powodować problemu z napięciem mięśniowym, zaburzenia SI. Często dzieci z ciąż leżących są niedostymulowane i mają ciągłą potrzebę ruchu. W czasie diagnozy SI terapeuci bardzo często pytają o okres ciąży, bo ma on bardzo duży wpływ na późniejsze funkcjonowanie.
Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo duży wpływ poród może mieć na późniejszy rozwój dziecka. Poród przedwczesny, poród indukowany, poród z użyciem różnych narzędzi, poród naturalny czy też cesarskie cięcie…
Wydarzyć się może wszystko. Znajoma fizjoterapeutka mówiła mi nawet, że stres, który nas zaskoczy w czasie porodu (a co za tym idzie wyrzut kortyzolu) może mieć wpływ na napięcie mięśniowe dziecka i jego późniejsze funkcjonowanie.
Jestem ogromną zwolenniczką karmienia naturalnego i wierzę, że ma ono wpływ na zdrowie i późniejszy rozwój dzieci. Znów pozwolę sobie zacytować Nicole.
Przeczytajcie niesamowitą historię jej babci . Widzę również ogromne benefity z rozszerzania diety metodą BLW. Zdrowe jedzenie również ma wpływ na rozwój. Odporność na choroby dziecka buduje się w jelitach. Pisałam o tym Zbuduj dziecku odporność.
To moja ulubiona zasada, którą stosuję przy moich dzieciach. Różne bodźce, zasada środka oraz brak radykalizmu wg mnie najlepiej wpływa na rozwój dzieci.
Jak widzicie tak wiele czynników ma wpływ na to jak przebiega rozwój. Przestańmy porównywać nasze dzieci z rówieśnikami.
KAŻDE DZIECKO MA ZA SOBĄ INNĄ HISTORIĘ, ŻYJE W INNYM ŚRODOWISKU I MA INNY GENOTYP.
Wszelkie porównania nie wpływają dobrze, ani na dziecko ani na nasze samopoczucie.
Kiedy ktoś mnie teraz o coś pyta, to ZAWSZE odpowiadam: KAŻDE DZIECKO JEST INNE.
Dziecko należy ustawić w szeregu, niechaj kolejno odlicza. Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina! Dyscyplina, to podstawa wychowania…*
* Pan Kleks W Kosmosie (Akademia Pana Kleksa)
Choć wcześniej wydawało jej się, że na pierwsze chwile po wykluciu – wszystko już jest naszykowane – teraz jednak popędziła zabiedzonego papę gęsiora Tofla po rzekomo nie cierpiące zwłoki sprawunki. Sama natomiast bezzwłocznie przystąpiła do wprowadzania – koniecznego wszakże w 9-cio pisklętowej komandzie porządku. Najpierw oznajmiła – nakarmimy wasze młode gęsie ego – opanowując sztukę chadzania wszędzie gęsiego!
Małe niezborne nóżki, dzióbki i futerka, cichutko popiskując, szybko uznały autorytet rodzicielki i poddały się jednej słusznej rutynie. Oprócz jednego rebelianta, małego gąsiorka Bolka, który wykluł się jako pierwszy i kiedy jego rodzicielka zajęta była przeliczaniem pojawiających się sumiennie i zgodnie z harmonogramem na świecie jego braci i sióstr, zdążył tymczasem dać drapaka…
Jak tylko usłyszała pierwsze popiskiwania dobywające się z pękających skorupek, przyzwała głośnym gdakaniem tatę kogucika i razem dumnie i gromko hałasując pomagali małym brzdącom stanąć na nogi.
Biegali jak oszalali po kurniku i robili rejwach na całą okolicę. Masa żółtego pierza, niezliczona ilość łap, oczków, dzióbków. Masa nieopanowywalnego pisku, masa szczęścia.
Gdyby Inka nie była zbyt zajęta musztrowaniem gęsiej gromadki – z pewnością z potępieniem patrzyłaby na te spontaniczne wybuchy radości i organizacyjny chaos. U niej wszystko było dawno dokładnie rozplanowane i poukładane.
Pasza dla bobasów była przygotowana, podzielona na 9 równiutkich stosików, każdy z nich podpisany, zważony i naturalnie dietetycznie zoptymalizowany pod kątem jak najszybszego przyrostu masy. Już ona pokaże gospodarzowi że wszystkie pisklaki będą w 10tym centylu. Bólu głowy przysparzał jej tylko ten huncwot Bolko? Gdzież on się już zdążył zapodziać? A niech go gęś kopnie!
Całe stadko biegało w tę i z powrotem, przekomarzając się szpetnie. Gdyby ktoś zapytał kurkę czy doliczyła się już swoich pociech – usłyszałby odpowiedź że cyfra za każdym razem wychodzi inna – ale co tam, wszak szczęście jest niepoliczalne. Dzięki właśnie dokładnie takim warunkom, Bolko był w stanie zadomowić się u kurek na dobre, swojsko czuł się w dynamicznej grupie, uczył się samodzielności i walki o swoje.
Tymczasem w zagrodzie gęsi panowała żelazna dyscyplina. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Każde z nich dostało swoje wyraźnie oznaczone 10 cm przestrzeni. Dysponowało komfortowymi warunkami. Inka miała wszystko dokładnie rozpisane. Każdy kuper był codziennie ważony, mierzony, jego dieta na bieżąco korygowana. „Dzieci potrzebują rutyny”, „to im daje poczucie bezpieczeństwa” – Inka mogła na wyrywki cytować podręczniki i fora. Budziła swoje pociechy nawet w nocy na karmienie.
Choćby spały kamiennym snem – ona lepiej wszak wiedziała, iż ich malutkie żołądki bez dwóch zdań potrzebują karmienia dokładnie co 4 godziny. Papa Tofel jako gabarytowo mniejszy od szacownej małżonki, chciał chyba nadrobić parszywą posturę bo jeszcze był sumienniejszy od niej.
Kiedy jakieś gąsiątko próbowało choć nieśmiało zaprotestować, licząc na to iż ktoś inny niż mama zrozumie drobną żołądkową niesubordynację, dostawało bezpardonowo lejek w dziób, i dodatkową porcję paszy prosto do przepełnionego żołądka. Nawet jednak wzorcowy służbista Tofel, nie był stanie zapanować nad Bolkiem, który znikał wciąż jak kamfora.
Chodziła wolno po wybiegu i wspierała swoje niezgrabne wpierw maluchy. Tu prezentowała jak drapnąć tłustego robaka, tam wskazywała dziobem co smaczniejsze kępki trawy. Dwoiła się i troiła by pisklaki same potrafiły odnaleźć swoje gusta.
Krzyczała na kogucika kiedy za bardzo chciał wyręczyć któregoś szkraba w poszukiwaniu pokarmu. „Najbardziej im posmakuje to co sami sobie zorganizują” klarowała. „Nie odbieraj im możliwości uwierzenia we własne siły!” Podwórko kurek mogło razić wizualnie uwrażliwionych kibiców. Każde z kurczątek leniwie uczyło się polowania na smakowite kąski, każde w swoim tempie.
Właściwie nie było chwili kiedy któreś z nich nie jadło. Mimo iż rodziciele cierpliwie dwoili się i troili próbując zapanować nad jako takim porządkiem – musiał on polec na ołtarzu tej spontanicznej nauki dziobania, ale kurka hołdowała zasadzie jakiej nauczył ją jeden francuski piesek: „jem tyle na ile mam ochotę, ani mniej ani więcej”.
Jeśli uznały że mimo iż dopiero pół naczynia jest puste, ich brzuszki są już pełne – pędziły czym prędzej fikać koziołki z rodzeństwem. Lubiły zresztą odkrywać co rusz to nowe smaki i faktury. Ziarno było nudne jak flaki z olejem.
Za płotem gęsiej zagrody, próżno byłoby szukać choć zmarnowanego ziarenka. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Wpierw próbowała pozwolić gąskom jeść samodzielnie, szybko jednak uznała taką formę za mało efektywną. O estetyce nie wspominając.
Gąski próbowały się wygłupiać, potrafiły się pobrudzić czy nie daj boże zmarnować jakiś okruch! Nie nie nie i jeszcze raz nie! Inka szybko podjęła decyzje iż tak być nie może. Zakazała używać przy jedzeniu jakichkolwiek kończyn.
Nie ma mowy o pomaganiu sobie skrzydełkami, drapaniu nóżką. Po paru eksperymentach rozkazała iż po prostu siedzieć proszę na kuprze i nie dyskutować tylko dziobać dziobać dziobać! Przecież pasza, którą gospodarz przynosił musi być bez dwóch zdań spożyta co do ostatniego okruszka!
Kurka z kogucikiem może i zainspirowaliby się porządkiem panującym w gęsiej zagrodzie, ale po prostu nawet nie mieli czasu zajrzeć do wzorowo zorganizowanej sąsiadki. Małe kurczątka nie ustawały bowiem w zaskakiwaniu rodzicieli coraz to nowymi umiejętnościami rozrabiania.
Przez to że dzieciaki prześcigały się w zdobywaniu urozmaiconego pożywienia – ich zdolności motoryczne rozwijały się niepomiernie. Skrzydła przejawiały właściwości wręcz chwytne, koordynacja łapa-oko prócz efektywnego polowania na robaki pozwalała im bardzo szybko opanować zdolność skrobania jak kura pazurem. Rodzicom wydawało się że to pokolenie chyba pójdzie od razu do gimnazjum, na samą myśl dostawali gęsiej skórki.
Nie ustawali oni zgodnie w staraniach by prześcignąć oczekiwania gospodarza. Im więcej przynosił im karmy – tym więcej jeszcze prosili. Gąski były karmione już nie co 4 a co 3 godziny. Budowanie biomasy szło w imponującym tempie. Odkryli, iż dobrze działa też wykluczenie jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Gąski siedziały na kuprach, każda miała przypisany lejek a rodzice sypali w nie paszę jak do worka. Inka nie posiadała się ze szczęścia. Codziennie mierzyła i ważyła swoje pociechy. Wiedziała że im bardziej się przyłożą, tym prędzej gąski osiągną tak wymarzoną przez gospodarza dojrzałość. Inka bardzo kochała swoje dzieci.
Był najgorszą skazą nieskazitelnej gęsiej zagrody. Odmieniec ważył połowę tego co rodzeństwo. Co gorsza był nad wyraz ruchliwy, niepokorny i wyszczekany. Skaranie boskie z takim łobuzem. Potrafił podlecieć nad wysoki płot, potrafił wyskrobać swoje imię na płocie, przez to często spotykał się z aktywną dezaprobatą gospodarza.
Tyle pożytku, że rodzice mogli go używać jako negatywnego przykładu ze swojego podwórka dla reszty posłusznej czeredy. Rodzice namiętnie straszyli nim resztę dzieciaków – „jak będziesz niesforny jak ten Bolko to na zawsze zostaniesz taki drobny!”
Inka aż cała się trzęsła z radości, kiedy pewnego dnia na gospodarstwo zajechał ten wielki błyszczący kurnik na kołach. Cała jej familia była idealnie przygotowana.
Wypucowała jeszcze piórka i skrzydełka swej nieruchliwej tłustej gromadce. Bielutkie pierze na wypasionych gąskach lśniło i puszyło się dumnie w ciepłym słońcu. Nawet Pan Tofel zasłużył dziś na pochwałę! Przyczynił się aktywnie do sukcesu wyprowadzając przed dom gospodarza – pięknie maszerującą gęsiego defiladę.
Gospodarz i jego gość cmokali i mlaskali z zadowolenia. Poprosili nawet o repetę z defilady zanim zaprosili gąski do wnętrza luksusowego vana. Inka była w takiej ekscytacji, że właściwie wyparła ze swej lśniącej białogłowy istnienie Bolka. Wiedziała jak psułby tę sielankę swą cherlawą posturą, do tego brudny i umorusany jak nie przymierzając zmokła kura.
Gęś Inka bardzo kochała swoje dzieci. Łzy szczęścia zakręciły się jej w oku kiedy komfortowy van do kurortu o egzotycznej nazwie „Ubojnia drobiu” odjechał w gęsiną dal.
Tylko Bolko przegrał życie…
Dziś chcę Wam pokazać wspaniałe miejsce – Hotel Warszawianka, które odwiedziliśmy w ten weekend. Jak wiecie, lubimy podróżować i nie zrażają nas przeciwności losu. Teraz z dwójką, naszych dzieci jest naprawdę fajnie. Nie musimy w końcu jeść na zmiany, bo najmłodszy domownik również aktywnie uczestniczy w posiłkach siedząc w krzesełku. Jazda autem to też żaden problem. Dlatego wracamy do naszych wyjazdów we czworo.
Hotel położony jest ok 40 km od centrum Warszawy , czyli na dojazd trzeba przeznaczyć ok. godzinę. Jest to naprawdę dobra odległość, bo zupełnie nie odczuliśmy, że jedziemy w podróż. Zapakowaliśmy bagaże, wózek, hulajnogę i ruszyliśmy w kierunku Jeziora Zegrzyńskiego.
Cały kompleks jest położony nad samym jeziorem, do tego jest naprawdę ogromny. Jeżeli Wasze dzieci jeżdżą na rowerkach, hulajnogach to możecie je ze sobą zabrać. Można tam również podszkolić jazdę na rowerze z pedałami. Teren hotelu jest bardzo ładny-mimo tego, że nie ma jeszcze wiosny. W koło jest mnóstwo drzew iglastych, które dają złudzenie zieleni.
Hotel Warszawianka dobę hotelową zaczyna o godzinie 16 i kończy o 12. Zawsze możecie przyjechać wcześniej i skorzystać z uroków terenu i np. pójść na spacer nad jezioro. Nasz pokój był gotowy już o godzinie 13 i nic nie dopłacając skorzystaliśmy z kilku dodatkowych godzin. Dobę również wydłużyliśmy do 14 żeby móc na spokojnie skorzystać jeszcze z basenu i Kiddos.
Pokój rezerwowaliśmy przez Booking.com ok miesiąc temu. Wiem, że ciężko jest z terminami, ale warto sprawdzać je na bieżąco.
Są tam 3 restauracje: obiad jedliśmy w restauracji Galeria i było przepyszne-dzieciom również smakowało (dobre kids menu)
Przy wejściu na basen jest automat z kanapkami, ciastkami z pestkami dyni i babeczkami- w razie małego głodu możecie coś kupić do godziny 22.
Cały pobyt warto sobie rozplanować wg atrakcji dla dzieci i ich rytmu dobowego. My np. nie wychodzimy bezpośrednio na podwórko na spacer po basenie. Dlatego najpierw zwiedziliśmy tereny na zewnątrz i dopiero później korzystaliśmy z atrakcji w środku.
Z atrakcji na terenie basenu można również skorzystać nie będąc gościem hotelowym. Można tam przyjechać i skorzystać z niego odpłatnie. Sam basen jest naprawdę fajny i dzieci w różnym wieku znajdą tam dla siebie atrakcje. Jest też brodzik ze zjeżdżalnią.
Temperatura wody wynosi ok 30 stopni, czyli w sam raz. Mamy do dyspozycji: brodzik, basen do pływania z torami, basen 135 cm z „rzeką”, basen 85 cm, 2 jacuzzi i zjeżdżalnię krytą, zewnętrzną. Basen bardzo nam przypadł do gustu i korzystaliśmy z niego 2 razy.
Jeszcze w żadnym hotelu nie widziałam takiej sali zabaw. Jest to miejsce, gdzie chyba każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Do Kiddos mogą wejść dzieci od 4 lat do 12. Z tego co wiem, przestrzegane jest to bardzo rygorystycznie i 3,5- latek tam nie wejdzie.
Rodzice również nie mają wstępu (nawet na chwilę). Tę informację odebrałam bardzo personalnie, bo sama lubię oglądać takie miejsca z racji mojego zawodu oraz chęci bycia blisko dziecka.
Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne, ale dzieci są tam pod opieką Pań. Bawią się i korzystają ze wszystkich atrakcji, a rodzice mogą je podglądać na zewnątrz na telebimie. W razie potrzeby dziecko podchodzi do Pani i prosi o zawołanie rodziców. Wtedy ktoś do Was dzwoni i proszeni jesteście o przyjście.
Ja oczywiście sama z chęcią bym wypróbowała wszystkie rzeczy, ale niestety nie mogłam. Najpierw myślałam, że to niezbyt ciekawy pomysł. Jednak później jak zobaczyłam szczęśliwą Lilkę od razu mi przeszło. Udałam się z mężem na herbatę na górę.
Pierwszego dnia Lilka nas zawołała już po 40 minutach. Kiedy ją odebrałam miała pomalowane paznokcie i powieki, a do tego była przeszczęśliwa. Dziś po 2, 5 h nie chciała stamtąd wychodzić i błagała o kolejny przyjazd.
Spędziliśmy naprawdę udany weekend. Na każdy wyjeździe niedziela zawsze jest już poświęcona przygotowaniom do drogi, a tu z racji odległości do domu nie spieszyło się nam i dzięki temu skorzystaliśmy jeszcze ze spaceru po plaży. Z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy Warszawiankę.
tu macie więcej inspiracji na Hotel z dziećmi
a tu na zime ranking TOP 20 Hotel z dziećmi na narty
Gdyby ktoś mnie zapytał, co było największym zaskoczeniem w moim dotychczasowym życiu, to bez wahania i dosadnie odpowiedziałabym, że…
Mogę śmiało powiedzieć, że to emocjonalny rollercoaster, na który świadomie wsiadłam, a mam przecież chorobę lokomocyjną.
W ciągu całego swojego życia nie przeżyłam tylu chwil radości i wzruszeń. Wiele razu czułam, że jestem najszczęśliwsza na świecie i mam siłę żeby przenosić góry. Nigdy bym się nie spodziewała, że tak bardzo wsiąknę w macierzyństwo.
O ile te pozytywne niespodzianki chyba każdy lubi, to jednak nie byłam przygotowana na wiele mniej przyjemnych spraw. Teraz tak sobie myślę, że to może i dobrze, że nikt mnie nie uprzedzał. Przyznaję, czasami macierzyństwo mnie przerasta i mam dość bycia zaangażowanym rodzicem.
Wiele razy pisałam Wam, że są takie dni kiedy cały wszechświat sumuje swoje siły przeciwko mnie. „Te dni” trwają u nas już 20 dni. Kiedy już nawet nie wiem kto od kogo się zaraził i czym. Nie wiedziałam, że dzieci tak mogą chorować, a to podobno jest połowa statystycznej normy infekcji per dziecko per rok.
Rodzice chcą być świadomi wszystkich swoich wyborów i w pełni za nie odpowiedzialni. Każdy z nas chciałby wybierać wszystko co najlepsze dla swoich dzieci. Powiem Wam szczerze, że po prawie 5 latach takiego macierzyństwa jestem tym potwornie zmęczona. Chciałabym aż tak bardzo nie wnikać w to wszystko i lekko się zdystansować. Nie czytać o każdym leku, który podaję dziecku 100 stron na forum, czy też szukać i analizować każdy składnik kosmetyku, którego używam.
Obecnie jestem zdania, że za dużo to pochłania mojej energii i to przeinformowanie nie wpływa dobrze na moją głowę… Codziennie zmagamy się z dużymi i małymi problemami. Tylko mama wie, jak zagubiona mała laleczka potrafi zrujnować cały poranek albo nie ten kolor talerzyka wywołać wszystkie tłumione emocje z całego dnia. To właśnie my przejmujemy wszystko na siebie, a i tak bardzo często uważamy, żę nie dajemy z siebie wszystkiego.
Czujemy presję, dążymy do ideałów, porównujemy się, mamy wyrzuty sumienia, rozpamiętujemy długo sytuacje, mamy poczucie winy i można by było tak długo jeszcze wymieniać.
Dlaczego matki tak bardzo w siebie nie wierzą? Wątpią w swój instynkt i umiejętności… Myślę, że w dużym stopniu wpływ ma dążenie do ideału.
Mamy z kolorowych magazynów uśmiechają się do nas i udzielają dobrych rad. Ja im nie wierzę, a Wy? Jestem prawdziwą mamą z krwi i kości. Mam lepsze dni i gorsze, jak każdy. Ale też nie wstydzę się o tym mówić czy pisać. Nie lubię narzekać, ale jak już miarka się przebierze to poruszam te trudniejsze tematy na blogu.
Wiem, że od czasu do czasu chcecie również o nich poczytać, bo wtedy macie poczucie, że nie jesteście same z podobnymi problemami. Zdaję sobie z tego sprawę.
Właśnie dlatego do współpracy zaprosiła mnie marka Dove. Nie chcieli matki idealnej, o wymiarach 90-60-90 miesiąc po porodzie. Tylko mnie – matki dwójki dzieci, pijącej litrami kawę i podjadającej ciastka.
Już teraz mogę Wam oficjalnie zdradzić, że ta popularna marka wprowadza linię kosmetyków dla dzieci Baby Dove do Polski, a ja miałam okazję przyjrzeć się im bliżej trochę wcześniej.
W ubiegłym tygodniu na konferencji prasowej opowiadałam o moim podwójnym macierzyństwie, które jak wiecie jest wspaniałe, ale również i trudne. Linia Baby Dove wychodzi do mam z pomocną ręką. Każdy kosmetyk jest przemyślany, bardzo dokładnie przebadany oraz przetestowany. Tak aby mamy, które dopiero zaczynają swoją przygodę z macierzyństwem nie musiały się jeszcze dodatkowo doktoryzować z wszystkich kosmetyków dostępnych na rynku.
Całe moje wystąpienie możecie obejrzeć poniżej:
Na konferencji oprócz mojego panelu można było wysłuchać Pani położnej Anny Gorsiak, która mówiła o początkach pielęgnacji niemowląt. Wiadomo, że nie są one łatwe.
Zawsze myślałam, że najlepiej jest myć noworodki samą wodą. Jednak Pani Ania podważyła moją wiedzę na ten temat. Woda jest często twarda, dlatego trzeba dodać odrobinkę bardzo delikatnego płynu do kąpieli o ph 5,5, bo skóra noworodka ma wyższe ph (5,9).
Następnym gościem była dr Ewa Saniewska- dermatolog. Przedstawiła wszystkim gościom bardzo szczegółową charakterystykę skóry niemowlęcia. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak naprawdę skóra dziecka jest 5 razy cieńsza niż skóra dorosłego. A skóra głowy jest bardziej skłonna do podrażnień niż najbardziej sucha skóra u dorosłego.
dla skóry normalnej i suchej
a w niej: kostka myjąca o ph 5,5 Baby Dove Rich Moisture, Emulsja do mycia ciała i włosów Baby Dove Rich moisture, Szampon Baby Dove Rich Moisture, Pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove Rich moisture, Balsam Baby Dove Rich moisture, Krem przeciw odparzeniom Baby Dove Rich moisture,
sensitive moisture
dla skóry wrażliwej, która nie zawiera substancji zapachowych (często powodują reakcje alergiczną) Ta linia jest zupełnie bezzapachowa,
a w niej: Emulsja do mycia ciała i włosów Baby Dove Sensitive moisture, Pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove Sensitive moisture, Balsam Baby Dove Sensitive moisture.
Kosmetyki będą dostępne tylko w drogeriach Rossmann od 1 marca.
Zdjęcia Justyna Duszak
Jak się bawić z niemowlętami, na co warto zwracać uwagę i z czego korzystać? W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam moje pomysły na zabawy wspierające rozwój naszych maluchów.
Tak naprawdę tak małe dzieci nie potrzebują wielu bodźców i nie trzeba być żadnym specjalistą żeby bawić się ze swoim dzieckiem. Najlepiej kierować się tym co lubimy i tym jak reaguje dziecko. Nawet siedząc na podłodze z pudełkiem mokrych chusteczek możemy zająć naszego malucha ciekawą, rozwijającą zabawą.
Ważne żebyśmy zachowali odrobinę zdrowego rozsądku i np. nie podrzucali dziecka do sufitu czy też trzymając go za same dłonie kręcili w kółko.
Takie maluchy uwielbiają zabawy z innymi ludźmi i jest to zupełnie normalne. Mogę Wam zagwarantować, że jest niewiele takich dzieci, które przez pół godziny będą zajmować się jedną rzeczą i nie wołać płaczem opiekuna. Niemowlęta bardzo szybko się nudzą i często płaczą właśnie z tego powodu.
Przedstawione zabawy najlepiej nadają się dla niemowląt w wieku 6-9 miesięcy, ale nawet roczniaki będą nimi zainteresowane.
Chyba najbardziej znana zabawa na świecie. U nas sprawdza się nawet siedząc przy stole. Julek jest już tak uwarunkowany, że śmieje się na same słowa „kuku” – nikt nie musi się chować. Przerobiliśmy mnóstwo wersji: ja z pieluchą na głowie, Julek z otulaczem na głowie, Lilka wyglądająca zza fotela, Daniel otwierający drzwi… Dzieci uwielbiają tę zabawę.
Dla raczkującego malucha możemy utrudnić zadanie i np. schować się za zasłonę i nawoływać dziecko. Nam się wydaję, że to zwykła zabawa, maluchy w tym czasie ćwiczą uwagę słuchową i podążanie za źródłem dźwięku.
Wydawać się może, że ta zabawa nie jest wcale rozwijająca, ale to błędne myślenie. Wystarczy, że zbudujemy wieżę z kilku klocków na podłodze lub stoliku, a dziecko ją zburzy – będzie miało ubaw, a dodatkowo dziecko będzie zdawało sobie sprawę z celowości swoich czynów oraz ćwiczyło koordynację ręka- oko.
Mało tego, żeby dziecko nauczyło się budować z klocków to właśnie najpierw musi poćwiczyć burzenie. Polecam szczególnie zabawę ze starszym rodzeństwem. Tylko należy je uprzedzić, że zabawa na tym się opiera, bo inaczej awantura murowana;)
Daj mu do trzymania pieluchę lub kocyk i udawaj, że probujesz mu to wyciągnąć. Niemowlę będzie bardziej zaciskało dłonie na obiekcie. Ja w tej zabawie mówię: „Daj, daj, daj mi kocyk”, a on się śmieje. Jest to bardzo fajna zabawa na dostosowywanie siły mięśniowej do przedmiotu.
p.s. Na początku podłóżcie coś z tyłu żeby dziecko, które puści kocyk nie uderzyło potylicą o podłogę.
Chyba wszystkie dzieci uwielbiają swoje odbicie w lustrze. Kiedy dziecko siedzi można mu założyć czapkę na głowę żeby zobaczyło, że coś się zmienia, a jego twarz pozostaje taka sama. Warto do tego wykorzystać różne czapki. W ten sposób będzie się uczyło swojego ciała.
Nie wiem czy wiecie, ale niemowlętom, które nie raczkują bardzo ciężko jest zrozumieć, że mama, która zniknęła za drzwiami żyje i ma się dobrze. Wg nich po prostu znikacie. Im dziecko więcej raczkuje tym ma więcej informacji wzrokowo-przestrzennych.
Maluchy w tym wieku zazwyczaj już raczkują i właśnie wtedy odkrywają, że mama, która zniknęła za ścianą tak naprawdę jest. My codziennie żegnamy Tatę w drzwiach właśnie przez „papa” i gest machania ręką. Powoli, powoli Julek już zaczyna łapać. A jak Tata wraca z pracy to biegnie do niego na czworakach żeby się przywitać i powiedzieć „cześć”.
Na dziś to tytle zabaw. Już niedługo pokażę Wam nowości z Julkowej półki.
Jeżeli spodobał się Wam ten post kliknijcie „Lubię to” na moim profilu na Facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Wielu rodziców szuka w sieci informacji o zdrowiu, suplementach diety czy też radzi się innych rodziców na temat zdrowia dzieci. Gdzie jest ta cienka linia, której nie powinniśmy przekraczać i czy wchodząc w kompetencje lekarzy nie szkodzimy naszym dzieciom?
Owszem, sama jestem za naturalnymi metodami np. w leczeniu lekkich przeziębień, ale zawsze radzę się specjalisty, czyli lekarza. Spotkałam się niestety z postawami rodziców, którzy ukończyli studia z medycyny u dr. Google i eksperymentują.
Wywiad z Joanną Dronką – Skrzypczak, autorką strony dietaeliminacyjna.pl, z której pomocy korzystałam przy wyborze probiotyków dla moich dzieci.
Od dłuższego czasu współpracuję z jednostką zajmującą się diagnostyką między innymi alergii pokarmowych i mikroflory jelit. Stały kontakt z laboratorium i pacjentami uświadomił mi jak ważne jest, żeby mówić i pisać o odpowiedniej diagnostyce i rozsądnym podejściu do suplementacji i dietoterapii.
Żyjemy w czasach, kiedy przepływ informacji jest bardzo szybki: ludzie dzielą się doświadczeniami na forach internetowych, portalach społecznościowych. Z jednej strony to świetnie, ponieważ można uzyskać poradę i pomoc. Z drugiej strony niesie to za sobą ogromne niebezpieczeństwo jakim jest eksperymentowanie na zdrowiu własnym i swoich najbliższych.
Właśnie tutaj dochodzimy do tematu diagnostyki. Niestety, ale przyjęło się przekonanie, że jeśli ktoś napisze, że np. eliminacja glutenu pomogła jego dziecku na wysypkę, albo lek na odrobaczanie rozwiązał problemu żołądkowo–jelitowe to kusi, żeby to samo zastosować u siebie albo dziecka.
Tymczasem organizm do bardzo delikatna maszyna, przyczyn problemów może być wiele i nie powinno się bez podjęcia prób znalezienia źródła dolegliwości stosować jakichkolwiek dietoterapii czy leków na zasadzie eksperymentu. Jeśli np. dolegliwości żołądkowe spowodowane są celiakią, a wprowadzimy dietę eliminacyjną u dziecka bez diagnostyki to wykonanie późniejszych badań może być mocno utrudnione.
Poza tym inne zalecenia są w przypadku celiakii a inne nadwrażliwości na gluten.
Pół biedy, jeśli rodzice podają dziecku olejek z oregano czy pestki dyni. Jednak coraz częściej czytam ogłoszenia na temat odsprzedawania preparatów odrobaczających, które powinny być na receptę, a ich podanie powinna poprzedzać rzetelna diagnostyka.
Podanie każdego leku nie pozostaje obojętne dla organizmu. Pojawia się pytanie kiedy korzyści przeważają nad ewentualnymi konsekwencjami. Ja uważam, że wówczas, kiedy faktycznie jest problem, a preparat i terapia jest indywidualnie dobrana.
Znowu wracamy do Internetu i opisów różnych, nawet najbardziej szalonych metod diagnostycznych jak np. test śliny na obecność Candida. Jest także test buraczkowy (na nieszczelne jelita) i kilka niestandardowych metod sprawdzania obecności pasożytów.
Ja zawsze będę opowiadała się za metodami naukowymi, czyli badania laboratoryjne w dobrym, sprawdzonym laboratorium. W przypadku pasożytów i Candida najczęściej są to badania kału. Mówię „najczęściej” bo np. obecność owsików bada się w inny sposób.
Wiele osób nie wie, że np. badanie Candida z krwi lub sama jej obecność w badaniu z kału nie ma większego znaczenia. Istotna jest bowiem informacja nie tyle o obecności przeciwciał czy samego grzyba, ale przede wszystkim jego ilość. Tylko przerost Candidy powinien być powodem do podjęcia dietoterapii albo leczenia.
Tymczasem spotykam się z przypadkami, że dziecko jest leczone silnymi lekami przeciwgrzybiczymi kiedy nie ma do tego wskazań.
Zdaję sobie sprawę, że diagnostyka pasożytów żeby była wiarygodna musi być przeprowadzona prawidłowo, ale lepiej poświęcić czas i energię na szukanie dobrego laboratorium niż sposobów zdobycia leków na receptę bez recepty.
A co z suplementacją? Tran, witamina D, probiotyki? Czy tutaj także należy wykonać wcześniej badania?
W przypadku suplementacji ważny jest zdrowy rozsądek. Oczywiście badania poziomu witaminy D czy mikroflory jelit warto wykonać, ale nie jest to konieczne, chyba, że istnieją ważne przesłanki. Diagnostyka zawsze pomaga w lepszym dobraniu czy to samego preparatu czy tez jego dawki.
W przypadku suplementów większą uwagę zwracałabym raczej na ich jakość i skład. Wśród rodziców popularne są preparaty witaminowe np. w kształcie misiów czy tran w formie słodkiego syropu. Kryterium „bo dziecko chętnie je” nie jest najlepszą drogą do wyboru suplementu.
Najlepsze preparaty mają krótki skład, bez zbędnych dodatków i są przebadane naukowo. O tym jak wybrać probiotyk pisałam w moim artykule http://www.dietaeliminacyjna.pl/probiotyki-dla-dziecka-wybrac/
Warto zawsze poradzić się lekarza. Zdarza się tak, że nie do końca zgadzamy się z zaleceniami lekarza… wtedy najlepiej jest skonsultować to z innym specjalistą, a nie szukać pomocy w Internecie.
Rozszerzanie diety niemowlaka spędza sen z powiek wielu rodzicom (szczególnie kiedy mają pierwsze dziecko). Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie jest to łatwe, ale przy zachowaniu zdrowego rozsądku oraz podążaniu za dzieckiem można zrobić to w sposób miły i przyjemny.
Polecam Wam również mój wcześniejszy wpis na ten temat Rozszerzanie diety niemowlaka
Junior skończył 9 miesięcy i tak naprawdę dopiero niedawno zabraliśmy się za rozszerzanie diety. W porównaniu z Lilką idzie nam to zupełnie inaczej. Dlatego chciałam się z Wami podzielić moimi doświadczeniami w tym temacie.
Poszło nam w miarę gładko i książkowo. Dlaczego? Rozwijała się bardzo szybko i już w wieku 6,5 miesiąca sama siadała, miała również zęby i dosłownie próbowała łapać nasze jedzenie z talerza.
Jak pewnie się domyślacie to są najbardziej widoczne objawy gotowości do jedzenia. Stosowałam bardzo restrykcyjnie metodę BLW (Baby Led Weaning) i NIGDY nie nakarmiłam jej łyżeczką (BLW).
Bałam się, że jeżeli zacznę ją karmić to cała praca przy BLW pójdzie na marne. A poza tym czułam się z tym dziwnie, więc byłam trochę niewolnikiem tej metody. Teraz jestem odrobinę mądrzejsza i postanowiłam zdać się na MOJĄ intuicję.
Do 6 miesiąca jednemu i drugiem dziecku nie podawałam nic poza mlekiem. Żadnych herbatek, wody, ani przecieranych owoców. Są to wytyczne WHO dla dzieci karmionych piersią.
Każde dziecko jest inne i trzeba na to przede wszystkim zwracać uwagę. Junior sam usiadł dopiero niedawno. Nie chciałam aż tak długo czekać z rozszerzaniem diety. Co więc zrobiłam? Po pierwsze zapytałam fizjoterapeutkę Agnieszkę Słoniowską, co myśli o rozszerzaniu diety dzieci niesiedzących i karmieniu dzieci w leżaczkach:
Czy można dzieci karmić w leżaczkach?
Agnieszka Słoniowska, fizjoterapeuta
Nie, głowa i tułów powinny znajdować się na czymś twardym np. może to być ręka rodzica lub twardy fotelik samochodowy. Jeżeli dziecko je w leżaczku to łatwiej jest mu się zadławić.
Głowa dziecka jest biernie kontrolowana w odgięciu, jest nieodpowiednie napięcie mięśni centralnych w ciele a zatem i tych odpowiedzialnych za pracę języka. W takiej sytuacji dziecko bardziej wypluwa niż przełyka. Jeśli podajemy zupkę dziecku odchylonemu do tyłu to raczej pokarm spływa mu do gardła niż jest aktywnie przesuwany.
Dlatego znacznie lepszy jest twardy fotelik, który stabilizuje głowę. A najlepiej jest karmić na własnych kolanach twarzą w twarz. Oczywiście mowa o dzieciach, które z jakiegoś powodu nie mogą czekać z rozszerzaniem diety do czasu aż usiądą samodzielnie.
Nie sadzamy do krzesełka dziecka, które nie umie utrzymać pozycji czworaczej i nie na dłużej niż 20 minut. Dzieci niesiedzące sadzamy tylko do jedzenia.
Junior przyjął pozycję czworaczą bardzo szybko, bo w wieku 4.5 miesiąca. Ale samodzielnie usiadł ok 8 miesiąca. Do rozszerzania diety podeszłam więc o wiele ostrożniej niż przy Lilce. Pojawiły się papki, jedzenie w słoiczkach, przecierane zupy. A to wszystko dlatego, że widziałam niepełną gotowość. Dałam na luz i zaczęliśmy dopiero około 7 miesiąca.
Przy pierwszym dziecku nie mogłam się wręcz doczekać kiedy podam coś innego niż mleko. Wiązałam z jedzeniem również nadzieje przespanej nocy (o ja naiwna). Z Julkiem trochę odwlekałam ten moment, bo wiedziałam co nas czeka i nie miałam już tak entuzjastycznego podejścia.
Zaczęliśmy od papek, przecieranych zup. Kupowałam również jedzenie w słoiczkach i karmiłam go łyżeczką. Najbardziej lubił musy owocowe z tubek do wyciskania. Powiem Wam szczerze, że dopiero teraz zaczynamy prawdziwe BLW. Siedzi już bardzo stablinie i widzę, że to jest właśnie ten moment. Potrafi złapać jedzenie, włożyć do buzi, obrócić kawałek jedzenia.
Nie ukrywam, że karmienie łyżeczką jest wygodne – dla dziecka i dla rodzica. W pewnym momencie nawet się lekko zagalopowałam, bo wszystko podawałam przecierane. Do porządku postawił mnie mój mąż, który powiedział, że napisze moim czytelniczkom, że daje synowi same papki;)
Powiedział, że to właśnie dlatego Lilka jest taka jaka jest, bo jadła od początku sama. A co za tym idzie rozwijała mała motorykę, która ma wpływ na wiele funkcji np. na rozwój mowy. Ja to wszystko wiem, ale było mi tak wygodnie i tyle. Przemyślałam temat, zrobiłam rachunek sumienia i już wróciłam do podawania kawałków.
Jak mu idzie? Całkiem nieźle, lubi zdecydowane smaki i faktury. Mdłych rzeczy nie lubi. Podaję mu różne warzywa, owoce, makarony. Zdarza się, że karmię go również łyżeczką. Ostatnio nawet sama autorka metody BLW powiedziała, że karmienie łyżeczką jest ok, o ile odbywa się z poszanowaniem wyborów dziecka, bez zabawiania i odwracania uwagi.
Mój zjada niewiele. Ale ja się tym nie martwię. Je tyle ile chce, resztę popija moim mlekiem. Do picia podaję mu zwykłą wodę z bidonu lub z kubka Doidy.
Różne rzeczy, to co akurat my jemy. Przy okazji wyszła mu alergia na cytrusy i jogurt naturalny, więc trochę mniej mamy do wyboru. Bardzo lubi jabłko. Aby zminimalizować ryzyko zakrztuszenia obieram mu je w całości i daje do rąk. On sobie skrobie zębami i nie jest w stanie odgryźć dużego kawałka. A co z warzywami?
Podaję sezonowe: marchew, pasternak, pietruszka, batat lub mrożone (pamiętajcie, że lepiej kupić polską mrożonkę, która została zrobiona w czasie kiedy był sezon na to warzywo niż kupić mocno pryskane warzywa z zza granicy). Nie podaję oczywiście cukru, używam odrobiny syropu z agawy lub słodzę jabłkiem. Bardzo czekam na wiosnę i lato, bo wtedy o wiele łatwiej jest wymyślić zdrowy posiłek.
A czego używamy? Może dziś pokażę nasze minimum, z którego korzystamy codziennie, a w oddzielnym poście napiszę o różnych gadżetach przydatnych przy rozszerzeniu diety.
Przez pierwsze dwa miesiące Julian korzystał z Tripp Trappa Lilki. Myśleliśmy, że może odda go na zawsze, jednak ona któregoś dnia powiedziała: „Julian, już możesz oddać moje krzesło”. Nie pozostawiła nam wyboru i mamy nowe dla Julka. Napiszę jeszcze o nim więcej w oddzielnym poście. Krzesło, które rośnie z dzieckiem Kidsmill Up
Ma podstawkę na nogi, która jest bardzo wygodna i do tego spada na nią jedzenie.
Na sam poczatek najlepsze są te z rękawami. Wbrew pozorom nie łatwo jest znaleźć odpowiedni. Nie kupujcie białych ani jasnych śliniaków, ciężko z nich sprać różne rzeczy. Mi udało się znależć ideał.
Nie dość, że jest ciemny to jest w dobrym rozmiarze, zazwyczaj są dość duże. Nasz śliniak tutaj, a drugi dorwałam na targach Mamaville Nanolo. Do tego mam też różne inne.
Talerze totalnie się nie sprawdzają, więc na sam początek ich nawet nie kupujcie. Po pierwsze odwracają uwagę od jedzenia, a po drugie dzieci ja podnoszą i zrzucają z całą zawartością na ziemię. Można jedzenie kłaść na tacy dołączonej do krzesełka lub kupić bardzo fajne maty Ezpz.
To jest genialny wynalazek, nie dość, że przyczepiają się do stołu, to nie są kolorowe i nie odwracają uwagi od jedzenia. Łatwo się myją i przechowują. Przegródki zachęcają do włożenia kilku produktów do wyboru. Kubek mamy doidy cup oraz bidon Skip hop.
Te dwie rzeczy sprawdziły się przy Lilce i dlatego Juniorowi też je daje ( fioletowy kubek z brokatem nawet z nami został). A sztućce to łyżeczki. Wg mnie najlepsze są te zwykłe wąskie z Rossmanna. Są dość małe, mieszczą się w buzi dziecka i są płaskie, przez co dziecko może swobodnie ściągać z niej pokarm.
Julek bardzo lubi ten zestaw z Jerzykiem Skip hop. Łyżka jest mała i gruba. Dzięki temu sam próbuje nią operować. Wkłada ją również odwrotną stroną do buzi.
A ja uwielbiam ten śliniak, biorę go zazwyczaj na wyjścia bo składa się w malutką torebeczkę.
No i kultowy bidon Skip hop
Dziś polecę Wam nasze, najlepsze seriale. Maniakami serialowymi jesteśmy już prawie 10 lat. Zaczynaliśmy od kultowej Ligi dżentelmenów i chyba musimy do tego wrócić.
Co tu dużo pisać, wieczorem kiedy padamy na twarz po całym dniu włączamy coś ciekawego. To dla nas super sposób na chwilę relaksu.
Żeby nie przedłużać poniżej najlepsze seriale, jakie oglądamy lub oglądaliśmy. Stwierdziłam, że nie będę ich numerować, bo ciężko byłoby mi wybrać te naj.
This is us jest o relacjach rodzinnych. Niesamowita historia trojaczków, która przedstawiona jest dwutorowo – czasami przenosimy się do przeszłości, a czasami jesteśmy w czasie teraźniejszym kiedy mają 36 lat. Genialnie nakręcony serial, który ogląda się jak film. Wciągnął nas maksymalnie i obecnie jest na topie.
Most nad Sundem absolutnie wciągający kryminał duńsko-szwedzki. Kto obejrzy pierwszy odcinek już nie może się oderwać. Bije od niego skandynawskie zimno, co jeszcze bardziej potęguje mroczną atmosferę. Do tego porusza ciekawe, społeczne tematy. Obecnie są 3 sezony dostępne na Netflix
Good wife długo był naszym numerem jeden. Każdy sezon (a jest ich siedem na Netflixie) wciąga niesamowicie. Uwielbiam seriale o mocnych, niezależnych kobietach i ten właśnie taki jest. Wątek prawniczy mocno przewija się przez serial. W każdym odcinku przedstawiona jest zupełnie inna, wciągająca historia, a w tle przewijają się perypetie głównych bohaterów.
Shameless (wersja US) wiele razy rozbawił mnie do łez, pomógł się oderwać od wielu spraw i sprawił, że trochę inaczej patrzymy na nasze rodzicielstwo.
To serial o patologicznej rodzinie, która ma wiele problemów. W niektórych momentach jest dość mocny i przerysowany. Bardzo go polecam, bo naprawdę jest tego wart.
Get down serial wbrew pozorom jest bardzo niepozorny, ale wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki. Nowy Jork lat 70-tych, Bronx jest kolebką hip hopu.
Polecam bardzo wszystkim wielbicielom gatunku. Chociaż mój mąż, który wychował się raczej w innych gatunkach muzycznych też jest tym serialem zachwycony. Jest pięknie nakręcony, muzyka w tle dosłownie porywa, a tak naprawdę jest to serial o spełnianiu marzeń. Dostępny jest na Netflixie, a kto go obejrzy to polecam jeszcze dokument w tej samej tematyce Hip-hop evolution również na Netflixie.
The Crown genialny, brytyjski serial o panowaniu Elżbiety II. Przepięknie nakręcony, opowiada historię życia i panowania królowej. Nie przepadam za serialami historycznymi, ale ten mnie porwał. Kostiumy, myzyka i charyzmatyczne postaci sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon na Netflixie.
Belfer to polski serial, w którym główną rolę gra Maciej Stuhr. Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że okaże się tak dobry. Trzyma w napięciu, fajnie nakręcony, bez sztywnej gry nastolatków. Więcej o nim możecie przeczytać u Janka. Wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki.
Younger to serial raczej kobiecy. Może nie jest bardzo ambitny, ale ja go lubię. Oglądam dla totalnego relaksu. Opowiada o mamie, która wraca po 18 latach na rynek pracy… no i jest ciężko. Trochę przerysowany, ale ja go lubię i czekam na następny sezon.
The Killing to chyba pierwszy kryminał jaki oglądaliśmy. Bardzo mroczny, ale bardzo wciągający. Zaczyna się typowo, bo od morderstwa, jednak później wiele razy nas zaskakuje.
Pytanie „Kto zabił?” zadawaliśmy sobie chyba z 50 razy. Serial jest kopią duńskiego Forbrydelsen, która podobno jest lepsza (zależy jaki klimat lubicie).
Black mirror jest serialem opowiadającym o negatywnym wpływie technologii w życiu człowieka. Jest dość mocny i daje do myślenia.
Każdy odcinek skłania do refleksji w jakim świecie żyjemy i jak będą dorastać nasze dzieci. Mam nadzieję, że nie okaże się wizjonerski. Ale obejrzeć wart. Dostępny na Netflix.
Tak wygląda zestawienie naszych najlepszych seriali. Jeżeli macie swoje typy, napiszcie w komentarzach.
A tu znajdziecie nasze rankingi:
najlepsze seriale Netflix a tu Najlepsze seriale MAX
Tu znajdziecie odpowiedź Jak wprowadzać dzieci w świat bajek
a jak już je wprowadzicie zapraszam po:
Najlepsze bajki na Netflix
Najlepsze bajki MAX
najlepsze bajki edukacyjne
Macie czasami wrażenie, że jesteście na każde zawołanie swojego dziecka? Ja tak! Jestem otwarta na wszystkie emocje, szczególnie na te trudne. Jestem, trzymam za rękę, przytulam, głaszczę, noszę, ocieram łzy. Przyjmuję wszystkie uczucia, które nie odbijają się ode mnie. Moje dziecko powraca do normalnego stanu dość szybko i o tym zapomina. A ja? Trawię to wszystko przez cały czas.
Czasem mam takie dni kiedy mam ochotę powiedzieć: „A dajcie mi wszyscy święty spokój. Nie interesuje mnie zgubiona kredka, mokra pielucha, czy nie zapłacony rachunek.
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnościądr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnością
Każde słowo w tym cytacie mam ochotę zakreślić na czerwono i powiesić na lodówce. Jeżeli wypalenie spotyka nas w pracy możemy pomyśleć o zmianie, szukać czegoś innego, wyprowadzić się w Bieszczady i paść owce.
Oczywiście „wypalenie zawodowe” jest o wiele głębszym i bardziej złożonym tematem, którym zajmują się psychologowie. Ja moje wypalenie odczuwam tak, że brakuje mi tej iskry do działania. Wszystko mnie wkurza i sama mam ochotę tupać. Niewyspanie i zmęczenie tylko ten stan potęguje. W domu robię totalne minimum na dopalaczu w postaci kawy.
Z pracy wychodzimy o 17 i zajmujemy się czymś innym. Jest to zmiana. A rodzicem jesteśmy 24h na dobę. Nawet będąc w pracy jesteśmy rodzicem.
Nie możemy przecież rzucić tego wszystkiego i szukać czegoś bardziej zajmującego.
Kocham być mamą, uwielbiam swoje dzieci, ale czasami naprawdę mam powyżej uszu. Żałuję, że drzwi od łazienki może otworzyć 9-miesięczne niemowlę (taki wymysł architekta).
Przyszedł i do mnie taki czas, że mam dość. Po wielkiej euforii macierzyństwa po raz drugi, moja krzywa mocno opadła. Poniżej zera. Wiem też że przyrost mojej energii będzie wprost proporcjonalny do ilości słońca na niebie.
Przedwczoraj o godzinie 14.25 zauważyłam, że jestem jeszcze w piżamie. Spojrzałam na siebie w lustrze i uznałam, że coś ze mną kiepsko. Za mało czasu dla siebie, za dużo mnie dla wszystkich. Stwierdziłam, że zrobię coś dla siebie i poćwiczę. Udało się, Junior się nie obudził i zrobiłam 40-minutowy trening.
Tak ustawiłam sobie pisanie postów w tym tygodniu żeby móc zrobić to jeszcze 2 razy. No i oczywiście się nie udało, Jul się pochorował i ledwo jadę na rezerwie. O żadnych ćwiczeniach nie ma mowy.
Jedna błahostka zapala mnie w sekundę i do końca dnia już nie dam rady powrócić do mojej homeostazy.
Ja wiem, że one przeminą, że będzie lepiej. I tak naprawdę tylko to trzyma mnie na nogach. Tak bardzo żałuję, że moja wioska jest daleko ode mnie. Ten wpis nie jest po to żeby się żalić czy też marudzić. On jest po to żebyśmy spojrzały na siebie łaskawszym okiem. Poszukały czegoś tylko dla siebie i o to dbały.
Pisałam Wam nie raz, że moja mama wychowała mnie samodzielnie. Jak czasami jest mi ciężko to myślę właśnie o niej. Pamiętam, że w każdy weekend jeździliśmy do babci. Od piątkowego popołudnia do niedzieli wieczór byłyśmy u rodziny. Już teraz wiem dlaczego. Żeby złapać oddech na pozostałe dni, żeby móc z kimś pogadać, żeby ktoś inny zajął się Twoim dzieckiem, żeby pomyśleć o czymś innym niż „dziecko”…
Takie kryzysy są normalne. Często, chwilę po tym wychodzi słońce. A jeżeli nie, to szukałabym pomocy u specjalisty. Polecam tekst u Natalii
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatemdr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatem
Cieszę się bardzo, że mam blog, że mam Was. To właśnie praca, którą wkładam tutaj jest moim wentylem. Spuszczam wszystkie emocje kiedy siadam przy komputerze i piszę. Wciąż szukam nowych inspiracji i to one właśnie mi pomagają. Kursy fotograficzne, spotkania biznesowe pomagają mi zatęsknić.
Nie potrafiłabym nie pracować na macierzyńskim i w 100 % oddać się rodzicielstwie.
Jeżeli macie chęć napiszcie w komentarzach jak Wy wyłączacie się z bycia rodzicem, chociaż na 15 minut.
Zdjęcie tytułowe by https://travelicious.pl z tych lepszych dni, bo takie chce pamiętać
Dziś pokażę Wam co lubiliśmy w 2016 roku. Tak, wiem, że już luty:) Są rzeczy dla dzieci i dla dorosłych. Troszkę ten wpis mi się przesunął, bo żyję ostatnio w dużym niedoczasie. Najważniejsze, że jest!
Zaczynamy
Pamiętacie jak pisałam Wam, że moje dziecko nie przepada za rysowaniem? (Mamo nie lubię rysować) To się mocno zmieniło w ubiegłym roku. Na pewno wpływ miało wiele czynników, ale jeden to na pewno narzędzie. Nie chcę żeby to tak zabrzmiało, ale naprawdę Lilka zaczęła dużo rysować kiedy kupiłam jej pastele żelowe. Znacie ten wynalazek?
Czym się różnią od standardowych kredek ołówkowych czy kredek świecowych?
Przede wszystkim tym, że bardzo lekko się nimi rysuje. Nie trzeba naciskać mocno żeby uzyskać mocną pigmentację koloru. Trzymanie kredki przez długi czas wbrew pozorom nie jest takie łatwe. A podczas rysowania dłoń jest luźna (nie męczy się) a kreska jest bardzo nasycona.
Sama uwielbiam nimi rysować, bo robi się to lekko i przyjemnie. Pastela dosłownie płynie po kartce. Używamy ich również do kolorowania w kolorowankach. Jeżeli ich jeszcze nie znacie to sprawdźcie. Jedno opakowanie wystarcza u nas na około pół roku.
Jako pierwsze mieliśmy DJECO <– klik
A teraz mamy tańsze MAPED<–klik
Nie widzę różnicy w użytkowaniu:)
Jedyny minus to lekko się rozmazują.
Kolorowanki wodne to genialny wynalazek! Czy w podróży, czy też w domu – dziecko może malować samą wodą, a efekt jest wspaniały. Zdecydowanie jest też łatwiej malować samą wodą niż farbami. Zobaczcie jakie świetne:
Do pisaka nalewamy wodę (Lilka robi to sama) i prowadzimy po kolorowance. Pod spodem jest ukryty rysunek. Można łączyć też punkty (dla starszych). Kiedy strona wyschnie – ilustracja znika. Możemy od nowa wypełniać stronę. GENIALNE! Zabieram to zawsze do restauracji czy na wyjazd. Cicha, świetna zabawa:)
Aby malować po kartce potrzebujemy oddzielny kubek z wodą. Zanurzamy pędzelek w wodzie i ciągniemy po stronie i już wydobywa się nam piękny kolor. Mieliśmy wiele kolorowanek tego typu, jednak te z Usborne są najpiękniejsze. Mają najładniejsze ilustracje i najbardziej nasycony kolor.
O kawie mogłabym pisać poematy, wiersze, powieści… Ale odkąd mamy ekspres do kawy to mogłabym nawet popełnić hymn pochwalny. Od zawsze jestem kawoszem, ale odkąd rano czeka na mnie kawka ze świeżo zmielonych z ziaren, z mleczną pianką o wiele łatwiej mi się wstaje z łóżka.
Czasami mam wrażenie, że wstaję właśnie po to żeby wypić kawę. Uwielbiam też ten moment w ciągu dnia, kiedy Junior śpi, a ja mam chwilę dla siebie.
W tamtym roku zaczęliśmy również przygodę z sokami owocowo-warzywnymi. Najpierw miksowałam w blenderze kielichowym, a później przeszedł czas na sokowirówkę. Uwielbiam z prostotę, ogromny ładunek witamin i smak. W takiej formie również Lilka przyswaja większość warzyw, które normalnie nie przechodzą jej przez gardło. Polecam! tu macie wpis Czy warto kupić wyciskarkę wolnoobrotową
Razem z serum Resibo są moimi ulubionymi kosmetykami. Uwielbiam je ze względu na to, że są dobre dla mojej skóry. Żel nie wysusza skóry podczas mycia, a krem pod oczy naprawdę dobrze nawilża skórę.
Coraz mniej mam czasu na czytanie książek i często nie dam rady przeczytać więcej niż 5 stron na raz. Dlatego wciąż uwielbiam ten magazyn. Akurat mogę te 10-15 minut się skupić i coś przeczytać.
A gazeta, jak żadna inna wciąga mnie z każdym numerem. Powiem szczerze, że w codziennej gonitwie obowiązków często zapominam o sobie. Ten magazyn mi o tym przypomina.
Długo u nas trwały poszukiwania rajstop idealnych. W końcu trafiłam na Gattę. Polecam je każdej mamie dziewczynki (nie wiem czy mają modele uniseks). Kosztują około 20 zł, mają szeroką gumkę, która trzyma rajstopy na miejscu, nie mechacą są, dobrze się piorą i świetnie wyglądają.
Czego więcej chcieć? No może dostępności w sklepie online. Ja kupuję je stacjonarnie. Rozmiarówka jest typowa – kupuję na tyle ile dziecko obecnie mierzy i są ok.
Uwielbiam pić z nich wodę, a nawet soki świeżo wyciskane. Co prawda nie są lekkie, ale wg mnie są świetne. Woda z plastiku już mi nie smakuje. Mamy dwa modele – jeden większy i jeden mniejszy (oba z ustnikami). Kiedy Junior urośnie też mu taką kupię z rurką.
W końcu znalazłam jeansy, które nie wyglądają na mnie jak getry, nie mają też mocnych przetarć oraz dziur. Nie są też za długie. Bardzo długo szukałam takiego modelu, a w Mango dopadłam aż 3 pary. Chodzę w nich non stop. Jeżeli również macie problem z jeansami idealnym zajrzyjcie do Mango. Moje to modele: Lonny, Boyfriend
Mój hit! Super maluje, nie kruszy się i ładnie podkreśla oko. Za taką cenę naprawdę jest świetny! Jest dostępny w Douglas, ale ja kupuję tutaj
Po świątecznym obżarstwie i jedną nogą w nowym roku często podejmujemy decyzję o zgubieniu kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilogramów. W styczniu czujemy już lekki powiew wiosny i tak naprawdę to ostatni dzwonek żeby zacząć myśleć o zmianach. Przyznaję się, że sama co roku myślę o tym żeby w końcu zgubić kilka centymetrów tu i ówdzie.
Wystarczy nawet, że przez kilka dni nie pilnuję zdrowego jedzenia i już mam dodatkowy kilogram na wadze. Pierwszy raz w swoim życiu byłam na diecie około 10 lat temu. Bardzo szybko doszłam do wymarzonej wagi, ale równie szybko kilogramy wróciły. Stosowałam popularną wówczas dietę Dukana.
Drugi raz odchudzałam się przed ślubem – również bardzo szybko schudłam. Później zaszłam w ciążę, więc o żadnych dietach nie było mowy. 8 miesięcy po porodzie znów wzięłam się za siebie i zrzuciłam nadliczbowe kilogramy (dietą i ruchem).
2 lata temu moja lekarka zdiagnozowała u mnie insulinooporność i w związku z tym również musiałam przejść na dietę. Wtedy również odkryłam przyczynę moich problemów z wagą. Tak naprawdę od tego czasu do końca mojego życia powinnam stosować dietę o niskim indeksie glikemicznym.
Jednak karmienie piersią mnie powstrzymuje przed ograniczeniem cukrów w diecie. Od niedawna staram się jednak nie jeść produktów, które podnoszą mocno glikemię (np. kasza jaglana, ryż, owoce). Jednak boję się zastosować dietę w pełni. Zamierzam jednak w końcu zrzucić pociążowe kilogramy lekką dietą i ruchem.
Pamiętam jak kiedyś byłam sama z Lilką w domu i ubierałam się. Założyłam koszulę, która wisiała w czeluściach szafy i nie mogłam jej dopiąć na brzuchu. Spojrzałam na siebie w lustrze z politowaniem i wypaliłam do siebie z automatu:
„Ale jestem gruba. Muszę w końcu coś ze sobą zrobić”. Lilka była kilka metrów ode mnie, ale widocznie usłyszała, bo już przed kąpielą pokazała na swój malutki brzuszek i nazwała go grubym. Później kilka razy przed lustrem podnosiła bluzkę i klepała się po swoim „grubym” brzuchu.
Nie zdawałam sobie sprawy jak łatwo możemy zaszczepić dzieciom odchudzanie, diety, zaburzony wizerunek swojego ciała. Skoro dziecko obserwuje mamę, która wg niego jest piękna, a nazywa siebie „grubą” to znaczy, że i ze mną może być coś nie tak.
Dzieci obserwują nas na każdym kroku. Kiedy byłam na diecie przed ciążą Lilka doskonale wiedziała, że się odchudzam. Nie musiałam wtedy nic nawet mówić. Nie myślałam wtedy, że ona to rozumie i to wie.
W naszym dzieciństwie tego nie było. Przerażają mnie 9-latki, które są na diecie i zwyczajnie nie chcę żeby moja córka również poddała się tej modzie. Dlatego przed zaczęciem mojej kolejnej już diety zapytałam specjalistkę o to jaki to może mieć wpływ na dzieci.
Zapytałam Zuzannę Antecką – psychodietetyk, autorkę bloga o pozytywnym żywieniu dzieci Szpinak robi bleee (<-klik), co myśli na ten temat.
Zuzanna Antecka: To niezwykle złożona kwestia. Nie da się wskazać jednej prostej przyczyny. Jak w większości chorób i zaburzeń powstają one na skutek interakcji predyspozycji osobniczych (genów, cech charakteru, temperamentu), działań środowiska (sposobu, w jaki funkcjonuje rodzina, znajomi, wpływ mediów itp.), czynników społecznych.
Zaburzenia odżywiania to zazwyczaj reakcja na jakąś trudną sytuację. Sposób radzenia sobie z nią. Bardzo rzadko są przypadkowym efektem dążenia po prostu do idealnej sylwetki. Na pewno przyczyny są znacznie głębsze i ogromną rolę odgrywają tu relacje rodzinne. Szczególnie jeśli zaburzenia odżywiania rozwijają się w dzieciństwie czy młodości.
Te same problemy w rodzinie, w relacjach, z akceptację samego siebie mogą wywołać u dzieci różne zaburzenia – uzależnienia, depresje czy właśnie zaburzenia odżywiania.
Z.A.:Oczywiście. Najtrwalsze nawyki żywieniowe kształtują się już w pierwszych latach życia naszych dzieci. Wtedy przyzwyczajamy je do konkretnych smaków, uczymy schematu posiłków, pokazujemy, jakie znaczenie i jakie funkcje pełni w naszym życiu jedzenie. Przekazujemy nasz sposób myślenia o jedzeniu.
Realny wpływ na to, co jedzą nasze dzieci mamy jedynie przez ok. 10 pierwszych lat ich życia
Potem dzieci coraz częściej podejmują samodzielne decyzje żywieniowe, więcej posiłków spożywają poza domem. Wtedy, można powiedzieć, zbieramy żniwo naszej wcześniejszej pracy. Jeśli udało nam się ukształtować u dzieci dobre relacje z jedzeniem, dobre nawyki żywieniowe, to w przyszłości będą one same podejmować mądre decyzje, jeść dobrze.
To jest nasz wpływ pośredni na odżywianie naszych pociech. Na pewno jako nastolatki czy osoby dorosłe będą miały jeszcze okresy, gdy to jedzenie będzie lepsze lub gorsze, ale ta baza nawyków żywieniowych z dzieciństwa jest czymś, do czego z łatwością wrócą.
Z.A.:Jedna negatywna uwaga, krótkotrwała dieta, czy rozsądne odchudzanie się nie wywoła od razu u naszego dziecka zaburzeń odżywiania. Tak jak wspomniałam, zaburzenia odżywiania mają znacznie bardziej złożoną przyczynę. Ale z pewnością nasze dorosłe relacje z jedzeniem, stosunek do własnego ciała i stosowania diet mogą mieć wpływ na rozwój nadwagi czy zaburzeń odżywiania u dzieci.
Badania pokazują, że w rodzinach, w których unika się negatywnych uwag na temat wyglądu ciała (swojego, dziecka, innych osób), zaburzenia odżywiania pojawiają się rzadziej. Co ciekawe znaczenie ma również to, w jaki sposób jadamy posiłki. Ogromną wartością jest po prostu jedzenie posiłków wspólnie, rodzinnie. Okazuje się, że w rodzinach, których członkowie jadają razem, zaburzenia odżywiania są rzadsze.
Na pewno dziecko widzi i słyszy znacznie więcej niż nam się wydaje. Nasze uwagi dotyczące naszego ciała, naszego sposobu żywienia (np. “za dużo zjadłam”, “ale się objadłam”, “te słodycze są takie tuczące”, “ale mam brzuch wielki po tych chipsach”) wpływają na to, jak o własnym ciele myślą nasze dzieci. Pamiętajmy, że dzieci postrzegają nas w sposób wyidealizowany. Stawiają nas za wzór i po prostu naśladują nasze zachowanie.
U malutkiego dziecka to może być właśnie “klepanie się po grubym brzuchu”, u nastolatki już restrykcyjna dieta odchudzająca
Z.A. Na pewno nadmierne zaabsorbowanie wyglądem własnego ciała. Krytyczny jest tutaj okres dojrzewania. Ciało nastolatków drastycznie się zmienia, jest to dla nich wyjątkowo trudne w dzisiejszych czasach, kiedy promowany ideał piękna (przynajmniej kobiecego) bardziej podobny jest do dziecięcej sylwetki niż figury dojrzałej kobiety.
Jeżeli my, rodzice, nie pomożemy dziecku zrozumieć tych zmian, patrzeć w sposób krytyczny na to, co przedstawiają rówieśnicy i media, nie ukształtujemy pozytywnego obrazu własnego ciała u dziecka, to w okresie dojrzewania może ono zwrócić się właśnie w kierunku tzw. niezdrowych metod kontroli wagi.
To mogą być np. intensywna aktywność fizyczna, omijanie posiłków, regularne pozostawianie jedzenia na talerzu, gwałtowne przejście na wegetarianizm, napady objadania się, restrykcyjne diety.
Im więcej rozmawiamy z dzieckiem, im baczniej się mu przyglądamy, tym łatwiej będzie nam dostrzec te sygnały alarmowe. Nie bagatelizujmy nawet zwykłego powiedzenia “Ale grubo w tym wyglądam”.
Wykorzystajmy to jako pretekst na temat rozmowy o lubieniu własnego ciała. Zamiast proponować dietę w odpowiedzi na słowa “Muszę schudnąć”, usiądźmy i pogadajmy o zmianach w nawykach żywieniowych rodziny, które pozwolą nam wszystkim być zdrowszym.
Z.A.:Można by wymienić ze 100 dobrych nawyków żywieniowych, które warto ukształtować u naszego dziecka. Ale warto mieć świadomość, że to, co dzisiaj uznawane jest za zdrowe, za 20-30 lat może już nie być polecane w żywieniu. Dietetyka to dziedzina wiedzy, która bardzo mocno się rozwija. Dlatego ja polecam trzymać się zasad, które się zawsze sprawdzą i tak naprawdę tłumaczą niemal każdą decyzję żywieniową.
Te zasady to: umiar, różnorodność i proporcja.
.
To dokładne przeciwieństwo tego czym są zaburzenia odżywiania. Nauczmy dzieci, że jedzenie ma być owszem smaczne, ale jest po prostu jedzeniem. Nie pełni roli pocieszacza i wypełniacza czasu. Jedzmy posiłki wspólnie, przy stole, bez telewizora. To ma znacznie większe znaczenie niż to, co na ten posiłek podamy.
Z.A.:Umiar należy mieć we wszystkim, również w zakazie. Akurat zakaz jedzenia słodyczy najprawdopodobniej sprawi, że nasze dziecko zacznie pożądać ich jeszcze bardziej. Choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy silna restrykcja w zakresie jedzenia słodyczy jest konieczna. Zamiast zakazywać musimy nauczyć nasze dziecko jeść słodycze z umiarem.
Ukształtować u niego dobre relacje ze słodyczami, to znaczy, by traktowało je jak zwykłe jedzenie, nie sposób na nudę, smutki czy złości.
Pokażmy również, że inne pokarmy też mogą być smaczne. Tu znowu – ogromna rola naszych własnych relacji ze słodyczami. Jeżeli my nie radzimy sobie z ich jedzeniem, jemy zbyt dużo, na zmianę rezygnujemy i objadamy się, nie potrafimy jeść ich z umiarem i sięgamy po nie w przypływie emocji, to obawiamy się, że w ten sam sposób reagować będą nasze dzieci.
I tu leży tak prawdziwe źródło problemów ze słodyczami u dzieci. W naszym dorosłym lęku i w naszych własnych problemach związanych z jedzeniem słodkich produktów.
Jasne, dzieci kochają słodycze. Oczywiście, że sprawy nie ułatwiają spece od reklamy wmawiający nam i naszym pociechom, że batonik to idealne rozwiązanie na drugie śniadanie i wszystkie smutki ani producenci żywności wciskający cukier do każdego możliwego produktu z napisem “dla dzieci”. Ale jeśli my pokażemy dzieciom, że ze słodyczy można mądrze i bezpiecznie korzystać, to będą to wiedziały przez resztę swojego życia 🙂
Z.A.:Wszystko zależy tak naprawdę od punktu wyjścia. Nie ma nic złego w tym, by chcieć schudnąć. Nie ma nawet nic złego w tym, że uważamy nasz brzuch za zbyt duży i chcielibyśmy mieć mniejszy. Problem w tym, jak o tym mówimy i z jakiego powodu chcemy dokonać tych zmian. Klasyczny sposób odchudzania zakłada taki schemat:
nie lubię siebie, czuję się grubo – chcę schudnąć – jak schudnę, wreszcie siebie zaakceptuję. Zatem odchudzamy się z nienawiści do własnego ciała.
Z mojego doświadczenia wynika, że odchudzanie jest skuteczne jedynie wtedy, gdy za punkt wyjścia przyjmiemy miłość do naszego ciała, akceptację. Wtedy schemat będzie wyglądał mniej więcej tak:
dbam o siebie, moje ciało jest dla mnie ważne – czuję, że moja waga, źle wpływa na funkcjonowanie mojego ciała – chcę to zmienić – zmieniam nawyki żywieniowe.
Jeżeli pokażemy naszemu dziecku taki sposób myślenia, na pewno nie zaszkodzimy mu swoim odchudzaniem. Bo dbanie o własne ciało, akceptacja go, mimo różnych wad, które nam nie odpowiadają, jest naprawdę wspaniałym nawykiem. Uczmy dzieci kochać swoje ciała, dbać o nie, również poprzez dobre żywienie i zdrową aktywność fizyczną.
A.T. Bardzo dziękuję za rozmowę.
A Was zapraszam do obserwowania bloga Szpinak robi blee i fanpage na Facebooku
Jeżeli spodobał się Wam ten post kliknijcie „Lubię to” na moim fanpage’u TUTAJ
Chyba każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko potrafiło samo się ubrać od stóp do głów, szczególnie rano kiedy mamy niewiele czasu na to żeby się przygotować do wyjścia. My dorośli ubieramy się automatycznie i nie zwracamy już na to uwagi. A dzieci? Będą musiały się tego nauczyć. Nie jest to dla nich takie proste. Wbrew pozorom na te czynności składa się mnóstwo precyzyjnych ruchów, które dziecko musi wykonać.
Nigdy nie wyręczaj dziecka w tym, co może zrobić samodzielnie.Maria montessori
Nigdy nie wyręczaj dziecka w tym, co może zrobić samodzielnie.
Ten cytat często mam w głowie kiedy chcę coś zrobić za moje dziecko. Zapala mi się wtedy czerwona lampka i wiem, że powinnam odpuścić – szczególnie wtedy kiedy dziecko komunikuje: „Ja siama/ja siam” i przez godzinę zakłada jedną skarpetę. Często rodzice nazywają to buntem 2-latka lub opieraniem się. Jest to bzdura, dzieci w ten sposób budują swoją osobowość.
Nie ma nic lepszego jak namacalny dowód wykonanej przez nie pracy. Nam może się wydawać, że to takie banalne – dziecko włożyło jeden but i to do tego nie na tą nogę co trzeba. Jest z siebie dumne, a rodzic podchodzi i mówi: „Nie na tą nogę założyłeś”. Jak się czuje wtedy dziecko? Chyba sami wiecie.
Przede wszystkim buduje poczucie własnej wartości. Naprawdę w życiu jest tak niewiele czynności, których efekt widać od razu. Tak jest właśnie z samodzielnym ubieraniem się. Nawet to, że dziecko ściągnęło jedną skarpetę może być dla niego budujące.
To właśnie wtedy uczy się, że ma moc sprawczą. Wie, że ma wpływ na siebie i swoje otoczenie. Jest panem swojego ciała. Uczy się, że to co robię jest ważne i widzę efekt mojej pracy. Nie widzę powodu żeby bić brawa w sytuacji kiedy dziecko samo coś zrobi. Owszem radujemy się i cieszymy z kolejnego kroku milowego, ale uzależniając dziecko od swojej opinii stąpamy po cienkim lodzie.
Kolejnym razem dziecko będzie zakładało skarpetę po to żeby dostać owacje na stojąco. Naprawdę jest to zbędne, dziecko samo widzi, że coś zrobiło i nie musi otrzymywać wzmocnienia z zewnątrz.
Wyobraźcie sobie, że wieczorem lub rano przygotowujecie ubrania dla dzieci, a rano po śniadaniu Wasze dziecko myje zęby idzie do pokoju i ubiera się. Od stóp do głów SAMO wszystko zakłada, wywraca nawet rajstopy i wyciąga rękawy z bluzki, zapina nawet guzik w spodniach i rozporek.
Później przed wyjściem zakłada ciepłe spodnie, buty, zapina kurtkę, zakłada rękawiczki i prosi tylko o zawiązanie szalika. Wydaje się niemożliwe? Mam taki 4- letni model w domu.
To nasza praca i cierpliwość. W tym poście zdradzę jak tego dokonaliśmy oraz przekażę Wam kilka trików, które ułatwiły naukę samodzielnego ubierania się.
Już przed pierwszymi urodzinami nasza córka z uporem maniaka sama ściągała sobie skarpety. Niektórym może się wydawać, że to zabawa albo nawet zwykła złośliwość. A ja z racji z swojego wykształcenia, wiedziałam, że dzieje się coś ważnego – dla niej i dla nas. Uczy się samodzielności.
Ściągała skarpety z coraz większą wprawą, a ja tylko obserwowałam. Widziałam, że sprawia jej to radość i czuje, że robi coś niesamowitego. Miałam komfort, bo rano zazwyczaj nigdzie się nie spieszyliśmy i nie musieliśmy być na umówioną godzinę, dlatego przez 3 lata codziennie ćwiczyliśmy samodzielne ubieranie się.
Przede wszystkim akceptacja tego co robi dziecko.
Najłatwiej jest się rozebrać, dlatego pozwólmy dzieciom w ciągu dnia ćwiczyć tę umiejętność.
Rodzice często postrzegają samodzielne rozbieranie jako nieposłuszeństwo. Dziecko mi robi na złość, bo je ubrałem, a ono poszło w kącik i się rozebrało. Jest to BŁĘDNE myślenie.
Oczywiście wiek podany jest orientacyjnie. To, że dziecko nie potrafi czegoś w danym wieku zrobić nie świadczy o żadnych problemach.
⇓
Poniżej zamieszczam nasz SPOSÓB na zakładanie: swetra, rozpinanej bluzy, kurtki, plecaka:
A tu znajdziecie jeszcze inne dwa sposoby jak to zrobić:
Sposoby na samodzielne ubieranie się
Naprawdę warto uczyć dzieci samoobsługi. Te proste, na pozór czynności są ważne w budowaniu swojej wartości. Dzieci zupełnie nieświadomie ćwiczą wiele ważnych funkcji, które później będą im niezbędne np. przy nauce pisania.
Dziś mam dla Was przepis na przepyszne pączki, donuty czy też oponki. Dawno nic nie piekłam, bo powiem Wam w sekrecie, że trochę ograniczam produkty z bardzo wysokim indeksem glikemicznym. Staram się nie jeść białej mąki, cukru i innych produktów, przez które nie mogę zrzucić pociążowych kilogramów.
Szukam zdrowszych alternatyw, ale wciąż mam smaki na dobre rzeczy. Tak zrobiłam gryczano- pełnoziarniste pieczone pączki, a zwykły lukier zastąpiłam tajemnym składnikiem.
1 1/3 letniego mleka (użyłam orkiszowego)
2 łyżki roztopionego masła
2/3 szklanki cukru trzcinowego
2 jaja
5 szklanek mąki (użyłam: 1 szklanki mąki pszennej, 2 szklanki mąki pełnoziarnistej, 2 szklanki mąki gryczanej) Im więcej mąki ciemnej tym pączki będą twardsze.
szczypta soli
1 paczka drożdży instant (7 g) lub 14 g drożdży świeżych
Jeżeli robimy ciasto z dodatkiem świeżych drożdży to trzeba zrobić rozczyn ,a jeżeli robimy z drożdży suchych – wystarczy dodać je do mąki.
Mąkę przesiać przez sito z drożdżami, a później dodać wszystkie składniki, na końcu rozpuszczony tłuszcz. Wyrabiamy przez kilka minut, aż ciasto będzie sprężyste i gładkie. Kiedy już wyrobimy, wkładamy ciasto do miski, nakrywamy bawełnianą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (1,5 h).
Po tym czasie odrywamy kawałki i wałkujemy dość grubo (na 13 mm) i wykrawamy kołka (duże kółko to u mnie kubek, a małe to kieliszek). Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, nakrywamy ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (45 min).
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. (bez termo) i pieczemy po 8-10 min.
Jeżeli macie multicookera (ja w tym robiłam) to najpierw wrzucacie składniki mokre, później suche a na górę drożdże. Nastawiamy program do ciasta drożdżowego. A po wyjęciu można od razu wałkować i wykrawać.
Oryginalny przepis był inny, jednak ja go zmieniłam na zdrowszy.
3 łyżki zmielonych wiórków kokosowych (mieliłam w młynku do kawy)
łyżka cukru trzcinowego
2 łyżki wody
pół łyżki oleju lub oliwy z oliwek
Wszystkie składniki utrzeć na masę. Aby uzyskać kolor wrzuciłam 3 mrożone maliny i podgrzałam na małym ogniu. Lukier przełożyłam do strzykawki i udekorowałam pączki.
a tu macie Zdrowe przekąski dla dzieci
Leżaczek niemowlęcy – jaki ma wpływ na rozwój dzieci? Czy warto go kupić, czy też lepiej omijać leżaczek z daleka? Rozmawiam dziś z Agnieszką Słoniowską – mgr rehabilitacji, terapeutą NDT-Bobatht, terapeutą Integracji Sensorycznej, trenerką Masażu Shantala, a prywatnie mamą czwórki dzieci.
Anna Trawka: Czy istnieją badania na temat wpływu jaki może mieć leżaczek niemowlęcy na rozwój dziecka? Tak jak kiedyś masowo dzieci chodziły w chodzikach, to teraz siedzą w leżaczkach.
Agnieszka Słoniowska: Może nie tyle są potrzebne badania, a obserwacja dziecka. Rodzic powinien obserwować swoje dziecko – jak wygląda napięcie mięśniowe w stopach i dłoniach, jak leży na twardym podłożu (np. na macie piankowej), a jak ono się zmienia kiedy włożymy je do leżaczka, czyli na miękkie podłoże.
A.S.: Różnica jest taka: jeżeli leżymy na twardym podłożu – ono daje informację dla tułowia gdzie ono się znajduje i wtedy odpowiednie mięśnie napinają tułów czyniąc go stabilnym i dają bazę dla ruchów kończyn. W drugim przypadku tą bazą jest leżaczek niemowlęcy. Dziecko nie musi wykonywać żadnej pracy w centrum ciała i dziecko napięcie mięśniowe buduje na obwodzie.
A.S.: W postaci zaciskania rąk, spinania, ściągania palców stóp w dół. Stopa, która dobrze się porusza to jest tzw. stopa pływająca, która porusza się spontanicznie we wszystkich kierunkach. Natomiast stopa dziecka, które przebywa w leżaczku jest stopą często obciągniętą w dół albo skrajnie zgiętą do góry. Nie jest to stopa luźna. Żeby luz był w stopie musi być aktywność w centrum ciała.
A.S.: Myślę, że nie. Jeżeli ja bym pokazała te różnice to pewnie tak. Jednak bez takiego instruktażu rodzic nie wie, że nie jest to prawidłowy wzorzec. Rodzic najczęściej widzi, że dziecko kopie nogami i nawet się cieszy z tego powodu, że dziecko nauczyło się bujać w leżaczku niemowlęcym. Tymczasem dziecko nauczyło się huśtać mięśniami zginającymi i prostującymi nogi, nie wiedząc nic o swoim tułowiu. Siedząc w leżaczku tułów nie wymaga koordynacji mięśniowej.
Stelaż leżaczka przejmuje kontrolę za dziecko. Rodzic często się z tego cieszy, że dziecko nauczyło się kopać, ale kiedy przełoży dziecko na twarde podłoże to jest zdziwiony, że już tego nie potrafi. Przykleja wtedy ręce, nogi do podłoża i nie wie co ma z nimi zrobić, bo musi ich używać żeby stabilizować tułów.
A.S.: Tak, a na brzuchu to już zdecydowanie. Dziecko siedząc w leżaczku nabiera przekonania, że jego głowa jest przez kogoś lub coś zawsze trzymana. Nie jest odpowiedzialne za pracę głowy, przy czym w leżaczku jest położona ona najwyżej i dziecko więcej widzi. Przez to, że się buja prawie cały czas to dostarcza sobie wiele bodźców wzrokowych – tak jak na huśtawce. Obraz jest lekko zawirowany i nie może fiksować wzroku na konkretnych przedmiotach.
A.S.:W momencie kiedy dziecko jest na brzuchu to musi samo dźwignąć głowę, co więcej – musi wypychać ręce przed ciało napinając mięśnie brzucha. A dziecko leżąc w leżaczku nie ma możliwości napiąć mięśni brzucha. Rodzic sam może spróbować czy jest to wykonalne próbując wstać z miękkiego leżaka mając np. książkę w ręku. Jest to zwyczajnie niemożliwe. Na miękkim podłożu nie da się pracować mięśniami brzucha.
A.S.: Leżaczek niemowlęcy również opóźnia pozycję czworaczą. Wszystko to rozbija się o wzorzec podciągania i pchania:
pchanie: wyciąganie rąk przed twarz, napinanie brzucha i stanie na całych stopach np. podczas stania przy ścianie. Jeżeli ją pchamy rękami to stopy będą stały mocno na ziemi i jeżeli dzieci stosują ten wzorzec to są dobrze skoordynowane np. później wstają z pozycji „na misia” lub opierając się o coś.
Dzieci, które większość czasu spędzają w leżaczku wstają przez podciąganie. Czyli przez przyciąganie rąk do ciała, zaciskanie dłoni. W efekcie stają na palcach lub mają bardzo szeroko rozstawione stopy.
A.S.: Jeżeli dziecko staje przez pchanie to wtedy buduje się baza w centrum, która jest niezbędna do rozwoju małej motoryki. Dziecko czuje że stoi twardo na ziemi – dosłownie i w przenośni, bo równowaga w ciele korzystnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. A jeżeli dziecko rozwija się przed podciąganie (do siadu, do stania) to wciąż pozostaje w odruchach pierwotnych i one uniemożliwiają dziecku dalszy rozwój np. koordynację oburęczną, umiejętność pisania, koordynację wzrokowo-ruchową.
Możemy powiedzieć że dziecko nie staje na nogi, a pionizuje się dzięki rękom. Kontrola postawy oparta na informacji płynącej z kończyn górnych upośledza ich funkcje np. Ma to wpływ na dalsze życie: dzieci mają napięte mięśnie karku, szybko męczą się im oczy podczas czytania. To wszystko utrudnia również obuoczne widzenie, patrzą raz jednym raz drugim okiem. Powstają również zezy ukryte. Niestety, niewłaściwa pielęgnacja w okresie niemowlęctwa ma wpływ na gotowość szkolną
A.S.: Dokładnie, a my musimy przerobić cały rozwój motoryczny od początku. Zamieniamy wzorce podciągania na pchania. Znowu uczymy pozycji czworaczej, stabilizacji obręczy, wyciągania rąk nad głowę, siedzenia bez podpierania głowy i bez potrzeby ciągłego poruszania się na krześle. Rodzice na początku często zaprzeczają diagnozie, bo ich dziecko wygląda na bardzo sprawne, ruchliwe. Lubi się wspinać, być ciągle w ruchu.
A.S.: Nie, bo ma zły wzorzec. To wszystko wykonuje kończynami, a nie tułowiem. Jak poprosimy dziecko, żeby stanęło w czworakach i np. podniosło jedną rękę do góry (po pierwsze wiele z tych dzieci nie potrafi przyjąć takiej pozycji, bo narzekają, że boli je nadgarstek albo łokieć), a już oderwanie jednej ręki od podłoża i wyciągnięcie jej z wyprostowanym łokciem jest niemożliwe. To jest właśnie paradoks, bo te dzieci wydają się być świetnie rozwinięte.
A.S.: Żeby prawidłowo rozwijała się koordynacja wzrokowo-ruchowa dziecko potrzebuje stabilnego, nieruchomego podłoża. Aby dziecko rozwinęło koordynację ręka-oko czyli np. sięgnęło po rzecz, która je interesuje musi najpierw ZAFIKSOWAĆ, zatrzymać wzrok na danym przedmiocie. Jeżeli dziecko cały czas jest w ruchu spowodowanym bujaniem leżaczka to ta fiksacja jest znacznie opóźniona i dziecko będzie sięgać po przedmioty o wiele później.
A.S.: Dziecko, które siedzi w leżaczku nie jest w stanie używać obu rąk na raz. Nie da rady badać swojego pępka, kolan, stóp obiema rękoma na raz. Jest w stanie dotknąć tylko prawą ręką prawego kolana i nic więcej. Pasy również uniemożliwiają przekraczanie linii środka ciała, która jest niezbędna do dalszego rozwoju.
Te wszystkie trudności wychodzą później kiedy np. musi zapiąć sobie guziki, nawlec sznurówkę do buta, jeść sztućcami lub też pisać w szkole. Do tego potrzebna jest koordynacja oburęczna. Te czynności są uwarunkowane pielęgnacją już w wieku niemowlęcym.
A.S.: Wiele dzieci, które przebywało w niemowlęctwie w leżaczku wychodzą na prostą. To są te dzieci, które oprócz leżaczka spędzały czas również na podłodze, w chuście, w wózku na brzuchu, były prawidłowo noszone, a ok. 2 roku życia były motywowane do bardzo intensywnego treningu ruchowego i mogą nadrobić zaległości. Niestety większość rodziców korzysta z dobrodziejstw cywilizacji i dzieci jeżdżą w wózkach do 3, 4 roku życia i nie są w stanie wyrównać tych deficytów.
Coraz częściej spotykam dzieci wyręczane w samoobsłudze, nie wdrożone do obowiązków domowych. Bezsprzecznie, codzienne praktyki w postaci zamiatania, odkurzania, składania ubrań, skarpetek czy wreszcie wiązania butów są doskonałą bazą ruchową dla prawidłowego rozwoju.
A.S.: Jestem zdania, że specjaliści POWINNI rodziców informować o zagrożeniach, a rodzic ma sam zadecydować mając już tę wiedzę. Ja rodzicom nigdy nie zakazuję niczego, ale informuję, że jeżeli muszą korzystać z leżaczka to żeby było to rzeczywiście 20 minut dziennie (a nie 40, czy godzina) i żeby od razu po wyjęciu dziecko przebywało na podłodze.
Najważniejsza w rozwoju jest różnorodność: dzieci powinny przebywać trochę na rękach, trochę w chuście, na podłodze, w wózku itd. Trzeba zachować zdrowy rozsądek. NIEBEZPIECZNE jest kiedy dziecko spędza czas wyłącznie: w chuście lub w leżaczku albo jest stale na rękach i to w jednej, i tej samej pozycji..
A.S.: Bo otrzymuje dwie narzucone z zewnątrz rodzaje stabilizacji. Chusta daje przepiękną stabilizację, dziecko czuje siebie w kontekście rodzica, czuje bliskość. Później wkładamy je do leżaczka i jest tam przeszczęśliwe, bo nie musi dużo pracować. Wystarczy, że lekko ruszy nogą i już się kołysze, ma bardzo dużo bodźców wzrokowych. Leżaczek świetnie karmi wzrok. Jeżeli są to tylko dwa środowiska i jest w końcu położone na podłodze musi się zmierzyć samo ze sobą, to często powoduje bardzo dużą frustrację. Jest oczywiste, że oglądanie kurzu pod kanapą jest znacznie mniej atrakcyjne niż krajobraz z nad barku rodzica.
A.S.: Najlepsza jest różnorodność i w jej ramach również aktywności podłogowe. Wtedy umożliwiamy dziecku rozwój samodzielności. Dziecko, które ma władze nad swoim ciałem ma kompetencje do tego by uczyć się słuchać swojego ciała, swoich potrzeb, rozpoznawać emocje. Dzieci sprawne ruchowo znacznie lepiej radzą sobie w sytuacjach stresujących, łagodniej przechodzą okres lęku separacyjnego. Pomagamy dziecku uczyć się samodzielności i prawidłowo interpretować informacje ze swojego ciała: ”Masz kompetencje do tego żeby czuć siebie. Masz władzę nad swoim ciałem.”
A.S.: Kiedy dziecko zaczyna marudzić to najczęściej się nudzi. Warto z dzieckiem bawić się jego własnym ciałem, a nie od razu sięgać po stymulujące zabawki. Pokazać dziecku gdzie ma kolana, a gdzie stopy. Próbować się turlać, czy też dociskać stawy. Doskonałą formą stymulacji jest masaż, spontaniczny, może być przez ubranie, czy tez na gołe ciało, dłonią, pluszaczkiem, czy każda inną zabawką. Pamiętając o różnorodności również w tempie i sile dotyku z pewnością będziemy korzystnie wpływać na rozwój malucha.
Większość zabawek stymuluje tylko wzrok, a to właśnie ten zmysł jest najsłabiej rozwinięty. Tak naprawdę to dotyk i ukł. przedsionkowy są najlepiej rozwinięte. Lepiej jest używać tych zmysłów w zabawach. A my wkładając dziecko do leżaczka i owszem stymulujemy zmysł przedsionkowy, ale z różnorodnością ruchu ma to niewiele wspólnego. chcemy je spacyfikować żeby jak najmniej czuło i ruszało się, a na dodatek karmić wzrok, który jest niedojrzały. Przez to przestymulowujemy dziecko i ono zapomina o swoich kompetencjach dotykowych i ruchowych, z którymi się rodzi.
A.S.: Pas na kroku, zarówno w leżaczkach jak i fotelikach może stymulować krocze. Dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym w centrum ciała mogą stosować onanizm jako formę poznania/czucia własnego ciała, gdyż ich bazowe napięcie jest niewystarczające do kształtowania prawidłowego schematu ciała. Krótko mówiąc – dziecko spinając mięsnie miednicy może wreszcie poczuć ten obszar. Z tego samego powodu te same dzieci mogą mieć potrzebę gryzienia i ściskania przedmiotów, ludzi – dopiero wtedy czują mięśnie żuchwy, rąk.
Ten wpis jest źródłem wielu bardzo ważnych informacji jeśli chodzi o leżaczek niemowlęcy i temat jego używanie. Nigdzie indziej w sieci nie znajdziecie tak rzetelnej wypowiedzi w tym temacie. Dlatego mam do Was prośbę o kliknięcie „Lubię to” oraz udostępnienie TUTAJ. W ten sposób dotrze do jak największej ilości osób.
Agnieszka Słoniowska oprócz terapii prowadzi również warsztaty dla rodziców (przyszłych rodziców) na temat pielęgnacji neurorozwojwej i masażu Shantala. Warto obserwować jej profil klik
zobaczcie tez wpis Leżaczek bujaczek i Skoki rozwojowe
zapraszam też na wpis 10 ciekawostek o rozwoju dzieci o których nie przeczytasz w żadnym poradniku!
Jeszcze niedawno kiedy pisałam o zabawkach dla niemowląt, byłam dość mocno zaskoczona, że mój syn rzeczywiście się nimi bawi. Każdy przedmiot, który pokazywałam w poście zajmował go na kilka minut (co jest całkiem normalne w tym wieku i nie należy się spodziewać, że dziecko pół godziny będzie się bawić jedną grzechotką).
Wraz z szybkim rozwojem motorycznym pojawiło się zainteresowanie przedmiotami codziennego użytku. Odkąd Julek się przemieszcza to eksploruje otoczenie z ogromną pasją. Wszystkie napotkane przedmioty bada organoleptycznie, ZAWSZE wkładając ów obiekt do jamy ustnej. To również jest normalne, w końcu w buzi jest dużo więcej receptorów niż na opuszkach palców i tak dzieci poznają faktury, smaki, a nawet temperaturę.
Musieliśmy usunąć wiele niebezpiecznych przedmiotów oraz zabezpieczyć mieszkanie przed ruchliwym niemowlakiem. Zabawki przestały go interesować, a na topie są przedmioty codziennego użytku. Nakrywka od garnka i drewniana łyżka zajmie go na wiele dłużej niż grzechotka. W związku z tym często buszuję po szufladach i szukam ciekawych i BEZPIECZNYCH dla niego rzeczy.
Często zbieram przedmioty i wkładam do koszyka. Tak łatwiej jest je przenosić i nawet wyjmować.
Jak je zrobić? Właściwie nie potrzebujecie niczego specjalnego. Za koszyk może nawet służyć miska. Zbieracie przedmioty wg jakiejś cechy i wkładacie do koszyka i podajecie dziecku do zabawy. Chociaż podczas selekcji rzeczy zwracam uwagę na bezpieczeństwo to i tak mam zawsze dziecko na oku. Nie są to przedmioty z atestami itd. dlatego jestem wtedy blisko.
To tyle! Miłej zabawy i smacznej kawy:)
Zawsze można też dziecko włożyć do ogromnego „kosza sensorycznego” 😉
Basen z kulkami MiniBe
A jeżeli macie w domu starszaka, którego też chcecie czymś fajnym zająć to polecam układanie patyczków.
Pomysł stąd. Szablon do wydruku Snowflake-Busy-Bag
Jeżeli szukacie podobnych zabaw dla starszaków to polecam moje wpisy: zabawki z recycylingu, 10 zabawek, które każdy ma w domu, zabawki z gospodarstwa domowego
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Każdy z nas ma ogromny wpływ na to jak i kiedy będą mówiły nasze dzieci. Pewnie jesteście ciekawi jak w sposób naturalny stymulować rozwój mowy dziecka.
Jeśli masz wątpliwości co do rozwoju mowy swojego dziecka zapisz się na konsultację do logopedy.
Jakiś czas po napisaniu tego wpisu zostałam autorką serii książek dla dzieci – są idealne jako pierwsze książki dla dzieci . Ich głównym zadaniem nie jest dostarczanie rozrywki – ale właśnie stymulacja najmłodszych do komunikacji z rodzicami. Dostępne tylko tu:
Żeby było obiektywnie, tu ich recencja od Aktywne Czytanie:
To już tradycja, że co roku robimy własnoręczne prezenty na Dzień Babci i Dziadka.
Dwa lata temu robiliśmy takie odciski wg wpisu Pomysły na prezent
A rok temu świece i kubki Prezent dla babci i dziadka
Co roku staram się wymyślać takie prezenty żeby to Lilka umiała je zrobić (z niewielką moją pomocą). Zawsze biorę pod uwagę jej zainteresowania i umiejętności. Wolę żeby rzecz, którą wykonuje była krzywa, ale zrobiona przez nią. Jak najmniej staram się ingerować w cały proces. W tym roku moje dziecko uwielbia różnego rodzaju wyklejanki, wycinanki, kolaże itd.
Wykorzystałam wszystko to co mieliśmy w domu, nawet nie musiałam nic kupować. Zdaję sobie sprawę, że półprodukty, które pokażę poniżej nie znajdują się w każdym domu. Ale wiele z nich można przecież zastąpić tym co akurat mamy w domu. Na nitkę można nawlec stare koraliki lub nawet drobny makaron i pomalować farbami.
Zakładka może być z kartonu z rysunkiem albo nawet można wszystkie rzeczy wkleić do… szerokiej przeźroczystej taśmy klejącej. Będzie taki sam efekt jak z laminarki. Można również powycinać literki z gazet i poprzyklejać.
O drewnianych koralikach pisałam we wpisie Niebanalne pomysły na prezent
Dzieci będą mogły stworzyć coś same i naprawdę będą z siebie dumne.
Nasza praca:
Wydrukowałam zdjęcia z naszego Instagramu
Do środka włożyła różne ozdoby: brokat, piórko, cekiny, śnieżynki. Kupuję te półprodukty tutaj Mają również sklep stacjonarny na Żelaznej. Często tam zaglądam z Lilką, bo ona uwielbia tworzyć różne rzeczy, a tam jest wszystko.
Kiedy kompozycja była już gotowa całość skleiłam laminarką. Ale tak jak pisałam wyżej można równie dobrze użyć szerokiej, przezroczystej taśmy klejącej – efekt będzie podobny.
Na koniec zrobiłam dziurkę i przyczepiłam na sznurku koraliki z napisami.
Gotowe:)
Myślę, że dziadkom spodoba się ten prezent. Wydrukuję jeszcze z Printoteki gotowe laurki z napisami i wszystko wyślemy razem.
Jak wiecie nie przepadam za typowymi kuleczkami (Dlaczego) i przed takimi miejscami wzbraniam się maksymalnie. Jednak moja czytelniczka napisała do mnie meila o treści:
Hej Aniu, jestem stałą czytelniczką Twojego bloga i wielokrotnie korzystałam z polecanych przez Ciebie na jego łamach sposobów spędzania czasu z dzieckiem w Warszawie. Teraz sama chciałam Ci polecić miejsce, które odwiedziliśmy niedawno z naszym prawie 3 -letnim synkiem. To miejsce to Klockownia – sala zabaw z klockami (różne rodzaje i wielkości). Naprawdę świetnie się bawiliśmy, w załączeniu przesyłam kilka zdjęć 🙂 Jest tam też kącik dla mniejszych dzieci więc Julek też by pewnie miał się czym bawić. Co do ceny – to my akurat trafiliśmy na promocję i drugi rodzic wchodził bezpłatnie więc 2h zabawy kosztowały nas łącznie 35 zł. Dzieci do 9 miesiąca chyba wchodzą bezpłatnie. Może będziesz chciała odwiedzić 🙂
Klockownia znajduje się na Bródnie, na ul. Rembielińskiej w malutkiej galerii handlowej. Świetnie, że jest parking podziemny – jest to duże ułatwienie szczególnie zimą.
Na 2 piętrze na dość dużym metrażu znajduje się Klockownia. Julek akurat zasnął, więc uznałam to za sprzyjający warunek. Powitała nas bardzo miła Pani animatorka i przedstawiła panujące zasady.
Dzieci bawią się w skarpetkach lub miękkich kapciach. Nie można wjeżdżać wózkami – nie ukrywam, że byłam lekko rozczarowana, ale później już zrozumiałam dlaczego. Podłoga jest wyłożona dywanem i mogłaby się zabrudzić. Jednak Pani z obsługi pozwoliła mi postawić wózek tak żebym widziała śpiącego w wózku Jula.
Za 2 h zabawy zapłaciłam 30 zł. Drugi rodzic również płaci ze wejście. Dostałam kluczyk do szafki i żółty zegarek, który mierzy czas i można nim płacić w kawiarni.
Sama Klockownia jest ABSOLUTNIE genialna. Lilka bawiła się znakomicie w różnych strefach, a kiedy obudził się Junior to również skorzystał z ogromnej powierzchni do eksplorowania. Dzieciom bardzo się podobało. Z Lilką musiałam negocjować wyjście, a to się rzadko zdarza, bo zazwyczaj po godzinie jest już znudzona.
Miałam oczywiście obawy, czy jest czysto itd. jednak miejsce jest bardzo zadbane i nie miałam żadnych wątpliwości. Julian raczkował i stawał przy większych konstrukcjach. Bez problemu ogarnęłam 2 dzieci, a nawet napiłam się kawy.
Od jakiego wieku jest Klockownia? Myślę, że raczkujące niemowlę będzie się tam już dobrze bawiło.
A jaka jest górna granica? To zależy od dziecka, ale myślę, że do 10 lat spokojnie.
Dodam, że starsze dzieci można tam zostawić i np. iść na zakupy spożywcze obok. Pierwszy raz mogłabym taką ewentualność rozważyć, bo miejsce jest naprawdę bezpieczne.
Na terenie Klockowni jest mała kawiarnia, gdzie można zamówić (dobrą) kawę i ciastka.
Podsumowując jest to naprawdę ciekawe miejsce na mapie Warszawy. Klockownia jest dobrą alternatywą dla placu zabaw- szczególnie w okresie zimowym.
Z pewnością tam wrócimy, a może nawet zorganizujemy tam Lilki urodziny (jest taka opcja).
Koniec roku to dobry czas na podsumowania. Ja już nie robię postanowień noworocznych, bo prawie ZAWSZE ich nie spełniam. Jednak jest coś do czego dążę i dziś chciałabym się z Wami tym podzielić.
Moje postanowienie, które realizuję już od dawna to być szczęśliwym. Tak po prostu. Być szczęśliwą matką, żoną, kobietą i nic więcej.
Tak, dokładnie. Nie stosuję żadnych zasad. Wiecie dlaczego? Bo powodują odwrotny skutek niż był zamierzony. A każda próba kończy się wyrzutami sumienia i poczuciem beznadziejności. Tak więc, wyzbyłam się wielu zasad, których trzymałam się kurczowo i jestem bardziej szczęśliwa.
Mówisz tak czasami na siebie? Ja tak. Szczególnie wtedy kiedy robię coś co sobie inaczej założyłam. Jeżeli myślisz o sobie tak kilka razy dziennie, że jesteś złą matką to znaczy, że jesteś… BARDZO DOBRĄ MATKĄ. Prawdziwe „złe matki” nie zastanawiają się nad tym i nie mają autorefleksji.
Pamiętam jak kiedyś na grupie facebookowej przeczytałam post mamy dwójki dzieci, która zapytała co inne mamy robią z pracami swoich dzieci. Chodziło oczywiście o te na kartkach: rysunki, głowonogi, niedomknięte kołka, bohomazy i inne wytwory. Byłam tego ciekawa, bo sama wieszałam na ścianie je bardzo rzadko.
Ta mama napisała, że prawie wszystkie prace skanuje i wrzuca ja do specjalnego folderu na komputerze. Trzyma je na pamiątkę żeby dzieci mogły je sobie kiedyś obejrzeć.
A co robię ja?
Najczęściej wyrzucam jak Lilka nie widzi. Czasami zdarza się, że później ona tego szuka, więc jej mówię, że skoro obrazek nie został przypięty do lodówki lub taśmą do ściany to uznałam, że jest jej niepotrzebny i można go wyrzucić.
Ale poczułam zakłucie w serduszku mojego cudownego macierzyństwa. ZŁA MATKA ZE MNIE, że nie skanuje tych wszystkich wytworów.
A później sobie pomyślałam, że to bez sensu. Czy ja bym chciała teraz w życiu dorosłym oglądać swoje bohomazy? Nie! Nie ma sensu tak się kotwiczyć w przeszłości. Żyję tu i teraz.
Tak, wiem czasami trudno wyluzować. Ale czasami jest to najlepsza metoda. Nie ma idealnych ludzi, każdy popełnia błędy i na nich się uczy. Milion razy dziennie zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze czy też nie. Teraz mam taką metodę, że w chwilach wątpliwości tłumaczę sobie, że widocznie to było wówczas najlepsze wyjście.
Tak jak Wam już pisałam wieczorem ogarniam lekko ten rozgardziasz bajzel na kółkach tak żeby rano nie wstać w mieszkaniu, które wygląda jak po wybuchu granatu. Mój mąż wieczorem sprząta kuchnię, a ja resztę. Dziś np. odkurzałam z Julem w nosidle żeby mieć czas na pracę na drzemce.
Taaaak, pewnie myślicie, że u nas codziennie jest pyszne pożywne śniadanko. Jak już jestem taka szczera, to piszę prawdę. W tygodniu śpię z Julem do około 8.30 i Daniel nasypuje Lilce płatki – dodaje mleko.
Posmaruje bułkę masłem lub naleje oliwy z oliwek na talerz. Ona o 8.30 ma dobre, ciepłe śniadanie w przedszkolu, więc tam ją lepiej karmią niż w domu. Czy mam z tego powodu wyrzuty. Kiedyś miałam, a teraz jestem wdzięczna.
BARDZO BYM CHCIAŁA robić owsianki, jaglanki itd. Ale odkąd jest Jul nie mam jak. Odpuściłam temat.
Bywa i tak (nawet 3 razy w tyg), że nie robię obiadu. To się już zmienia, bo Jul zaczyna jeść coraz więcej i zwyczajnie muszę. Najczęściej kupuję obiad w barze mlecznym przy Lilki przedszkolu lub wyjmuję z zamrażarki pierogi. Z tego powodu też ma wyrzuty sumienia. Ale zamierzam się poprawić!
p.s. Czasami jemy parówki i słodkie serki.
Oj jakże ja bym chciała żeby to było DUŻO I BARDZO EFEKTYWNEGO czasu. Niestety biorę to co mam i się nad tym nie zastanawiam. Nie odpuszczam jedynie usypiania Lilki. Mogłabym włączyć jej kołysankę z DUBI, czy też projektor z muzyczką, ale nie chcę.
Chcę jak najdłużej móc ją usypiać. Może wydawać się Wam to dziwne, bo Lilka dałaby radę sama zasnąć. Ale to jest właśnie ten, mój czas 1:1 tylko z nią. Bardzo rzadko się zdarza, że usypiam dwójkę na raz. Staram się mieć właśnie ten czas dla niej i mam.
W tym roku chcę kilka razy wyjść z nią sama, tak jak było kiedyś.
Słucham biernie, kiwam głową, robię po swojemu. Zasada, która uratowała moje macierzyństwo. To TY znasz najlepiej swoje dziecko, nie jakaś Anka z bloga nebule. Zajęło mi to trochę czasu, jednak wiem, że „złote rady” nie działają.
Tak rzadko słuchamy swoich dzieci, szczególnie tych mniejszych. Naprawdę wiele razy to one pokazują nam najwłaściwsze rozwiązanie, a my szukamy, myślimy, zastanawiamy się. Robienie rzeczy na siłę NIE DZIAŁA. Uwierzcie mi!
Myśl czasami o sobie i swoich potrzebach. Kiedy jestem zła, chodzę i podnoszę głos – wiem, że to moja wina. Dlaczego moja? Bo gdzieś wyczerpałam swoją energię i jej nie odbudowałam. Najczęstszym winowajcą u mnie jest praca (za dużo siedzę na telefonie).
Matkom tak często brakuje takiego poczucia, że są wystarczająco dobre. Ja też na wielu polach mocno odpuszczam, ale wiem, że tego właśnie mi trzeba. Bez przesady z tym krytycyzmem.
Nie planuję, nie zapisuję swoich planów, nie myślę o tym co będzie za pół roku. Nie mam żadnego planu dnia, idę na żywioł. Wiele razy sobie coś zaplanowałam i to nie wyszło, byłam zła na siebie i zwalałam winę na siebie. Tymczasem to nie tylko moje przewinienia.
Przy drugim dziecku bardzo rzadko spoglądam na zegarek, nie wiem ile czasu spało, o której poszło spać lub ile razy się obudziło. Dzięki temu jestem szczęśliwa, bo skupiam się na rzeczach ważniejszych.
Teraz po dwóch tygodniach chorowania cieszy mnie wszystko. Bardzo spokorniałam i niewiele mi trzeba do szczęścia. Ten cały antyporadnik jest właśnie po to, żebyś inaczej spojrzała na siebie, na swoją rodzinę i się zastanowiła co jest naprawdę ważne.
Zdjęcie tytułowe Fabryka przygody
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Test Nifty jest jednym z badań prenatalnych, które można wykonać będąc w ciąży. W dzisiejszym wpisie napiszę Wam moją opinię oraz wnioski, czy warto zrobić ten test.
Jak wiecie moja droga do macierzyństwa po raz drugi nie była usłana różami (Przerwane oczekiwanie). Kiedy w końcu dotarłam do 13 tygodnia wierzyłam, że się uda. Skoro jestem już tak daleko to znaczy, że teraz będzie inaczej i donoszę tę ciążę. Jednak życie znów dało nam prztyczka w nos i sprowadziło na ziemię.
Boisz się cieszyć. Nie ma minuty żebyś o tym nie myślała. Raz masz w głowie szczęśliwe zakończenie, a za chwilę lecisz do łazienki, bo poczułaś malutki skurcz w podbrzuszu. Każde badanie USG to koszmar. Czekasz tylko żeby usłyszeć tętniące serce.
Teraz już prawie tego nie pamiętam. Ale kiedy zaczynam drążyć to przypominam sobie masę niepewności, strachu, łez i… nadziei. Nadzieja podobno umiera ostatnia. Tak też było u nas.
Drugą ciążę straciłam dzień przed USG prenatalnym w 12 tygodniu. Do tego czasu w ciąży z Julkiem byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Żyłam z dnia na dzień. Wiedziałam dokładnie, który to tydzień ciąży, a nawet który dzień. Dzień przed tym USG nie mogłam nic nawet jeść. W drodze na badanie kręciło mi się w głowie, a przed gabinetem myślałam, że zemdleję.
Kiedy w końcu lekarka przyłożyła głowicę USG do mojego brzucha i usłyszałam bijące serce – odetchnęłam z ulgą. „Teraz już będzie dobrze”- pomyślałam. Spojrzałam ze łzami w oczach na mojego męża i ścisnęliśmy sobie dłonie.
Lekarka przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Najpierw myślałam, że tak bardzo przykłada się do swojej pracy i milczy. Widziałam też, że kilkanaście razy wykonuje różne pomiary. W końcu się odezwała, a mi zrobiło się słabo…
„Niestety przezierność karkowa jest w samej górnej granicy normy. To wciąż norma, ale z jakiegoś powodu jest podwyższona. Reszta parametrów ok”
Nie musiała mi tłumaczyć co to znaczy, bo ja to wiem. Podwyższone NT może świadczyć o wadach genetycznych u płodu.
Wyszliśmy stamtąd i byliśmy mocno skołowani. Co robić? Jakie wyjście będzie dla nas najbardziej korzystne?
W domu przemyśleliśmy na szybko, że test Pappa nie jest dobrym wyjściem, bo jednak bazuje na statystyce. Może nas zmylić, a na amniopunkcję po złym wyniku testu bym i tak się nie zdecydowała.
Najpierw uznaliśmy, że nie zrobimy nic. Dziecko na pewno jest zdrowe i wszystko będzie dobrze. Jednak, jak to ja, zaczęłam czytać historie w sieci. Przeczytałam również, że u kobiet z mutacją MTHFR jest zwiększone ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną.
Nie mogłam spać, bo tylko się zastanawiałam czy dobrze robimy. W końcu pomyśleliśmy, że może warto zrobić test Nifty. Jedyne co nas powstrzymywało to cena (2300 zł). Jednak mój mąż widział w jakim jestem stanie i wiedział, że jeżeli ten test może rozwiać wszelkie (99,5 %) wątpliwości to warto zapłacić tyle pieniędzy.
Okazało się, że w wielu warszawskich przychodniach wykonują go od ręki. Przeczytałam, że wystarczy być na czczo i udać się do wybranego miejsca. Nie zalecano picia dużej ilości wody przed pobraniem próbki (krew wtedy jest bardziej gęsta).
W rejestracji powiedziałam, że chcę wykonać ten test, zapłaciłam i czekałam na swoją kolej do gabinetu pielęgniarki. Przed badaniem przeprowadziła ze mną krótką ankietę. Jest kilka przeciwwskazań do wykonania testu. Pielęgniarka pobrała próbkę krwi i poinformowała mnie, że na wynik czeka się ok 9 dni roboczych.
Dni na szczęście płynęły szybko i kiedy dostałam SMS (po 5 dniach roboczych), że wynik jest do odbioru pędziłam z Lilką pod pachą do przychodni. Kiedy otworzyłam kopertę i zobaczyłam słowa:
„Nie stwierdzono podwyższonego ryzyka trisomii chromosomów 21, 18 lub 13 pary ani nieprawidłowości w zakresie liczby chromosomów płci. Zespołów delecyjnych nie stwierdzono. Badany płód jest płci męskiej.”
Z perspektywy czasu myślę, że to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. Z racji tego, że wcześniejsze wydarzenia mocno nas doświadczyły to wynik testu Nifty naprawdę nas uspokoił. Od momentu kiedy go odebrałam moja ciąża przebiegała o wiele spokojniej. Wiedziałam, że syn jest zdrowy i tego się trzymałam.
Jedynym minusem testu Nifty jest cena. Jednak z perspektywy czasu wiem, że spokój w ciąży jest bezcenny i zrobiłabym go ponownie.