kontakt i współpraca
Za chwilę wyjątkowe święto – Dzień Matki. Kto jak kto, ale chyba wszystkie mamy kochają kwiaty. Zarówno te młode jak i w kwiecie wieku.
W dzisiejszym poście przygotowałam dla Was moje prezentowe zestawienie z okazji Dnia Matki. A motywem przewodnim są oczywiście kwiaty w różnej postaci.
Wyjątkowa książka O KWIATACH Łukasz Marcinkowski, Radosław Berent / Kwiaty&Miut
Przepięknie wydana książka z cudownymi zdjęciami i inspiracjami. Zawiera również opisy kwiatów oraz instrukcje układania bukietów i sposoby na pielęgnację.
Każda mama będzie zadowolona kiedy takie Kwiaty staną na jej półce i nigdy nie zwiędną.
Testuję je od 10 dni i jestem zachwycona. Na moją mocno zmęczoną, niewyspaną twarz działa i to w widoczny sposób. Nie zapycha porów, a pozostawia skórę bardzo dobrze nawilżoną na długie godziny. Buteleczka wystarczy na długi czas, bo zaledwie 3 krople rozsmarowują się po skórze twarzy.
Do tego pięknie opakowane o delikatnym zapachu.
Dostępne od niedawna tutaj
Bluza w mniszka lekarskiego PTNS/Przepisownik Rzeczownik/Kubki Kalva/ Torba boho.lu
8. Duża szklanka na herbatę lub smoothie
Do tego na Dzień Matki zawsze sprawdzą się prawdziwe kwiaty.
Jeżeli szukacie jeszcze innych inspiracji prezentowych to polecam moje 2 wpisy, w którym prezentuję świetne pomysły na upominek dla kobiet.
Prezenty dla kobiet na różne okazje
Prezenty dla niej
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis dajcie mi znać tutaj lub kliknijcie „Lubię to” na profilu Nebule tutaj
Warszawa dzieciom to nasz cykl na temat atrakcji, które odkrywamy w stołecznych arkanach. Ostatnio było ich trochę mniej, bo najwięcej czasu spędzamy na podwórku na rowerze. Zebrałam kilka ciekawych miejsc w dzisiejszym poście.
Restauracja Benihana
Dla miłośników orientalnego jedzenia. Wybraliśmy się tam ze znajomymi na niedzielny obiad. Dla dzieci przewidziane są wysokie krzesełka, animatorka (w weekend), dziecięce menu, z którego można zrobić czapkę;) Jednym słowem restauracja przyjazna dzieciom.
Co jest wyjątkowego w tym miejscu? Otóż, kucharz przygotowuje danie na żywo – przy naszym stoliku , tzw. Teppanyaki. Jest to niesamowita atrakcja dla dzieci, bo mają okazję obserwować jak powstaje danie. A kucharze w Benihana potrafią zrobić prawdziwe show. Podrzucają jajka i łapią je w kieszeń lub robią pociąg z cebuli, który dymi. Lilka do tej pory wspomina wizytę w tej restauracji.
Bardzo polecam!
Kolejną restauracją na naszej mapie Warszawa dzieciom jest:
Włoska restauracja – położona na samym początku Ogrodu Saskiego. Polecam przede wszystkim ze względu na animacje. Pani potrafi tak zainteresować dzieci, że nawet nie chcą przyjść na obiad. Dodatkowo w weekendy dzieci jedzą za darmo. Jedzenie jest naprawdę pyszne. Wystrój może nie jest do końca w moim guście, ale przy tak wielu atutach jest to sprawa drugorzędna.
to są dzieła Lilki wykonane podczas 2 h spędzonych w restauracji
Nie jedzcie tylko tam deserów, a zachowajcie miejsce na gofry !
Na przeciwko San Antonio są najlepsze gofry belgijskie w mieście – cynamonowe z domową konfiturą!
Waff’love
A po gofrach obowiązkowy spacer po Ogrodzie Saskim.
Obok fontanny jest genialny plac zabaw. A nam się trafiły w ubiegły weekend bańki.
Jak widzicie Warszawa dzieciom oferuje naprawdę wiele atrakcji
Jeżeli macie do polecenia inne ciekawe miejsca przyjazne dzieciom na mapie Warszawy możecie napisać je w komentarzach. Myślę, że wiele osób z chęcią skorzysta również z Waszych rekomendacji i będą mieli możliwość zaplanowania interesującego weekendu w stolicy.
W dzisiejszych czasach tak dużo się mówi na temat szczęścia. Od wielu lat filozofowie dywagują na ten temat, pisarze próbują zamknąć je w ciągu liter, artyści próbują nakreślić za pomocą pędzla, a zwyczajni ludzie po prostu dążą do szczęścia. Czasami są nawet oślepieni łuną połyskującego szczęścia gdzieś daleko. Każdy ma swoją teorię tego nie dającego się zmierzyć „szkiełkiem i okiem” uczucia. Ale czy warto walczyć za wszelką cenę i burzyć szczęście innych osób?
Dziś o książce, którą pochłonęła mnie na długie godziny, a ja wciąż nie mogę przestać o niej myśleć.
To powieść dla kobiet takich jak my. Po trzydziestce zaczynamy się głębiej zastanawiać nad sensem naszego życia, przewartościowujemy pewne sprawy i rzadziej myślimy o przeszłości. To jest też ten czas kiedy dzieci są już trochę odchowane, my wracamy na rynek pracy i zastanawiamy się co dalej.
Czy jestem szczęśliwa? – to pytanie zadaje sobie wiele kobiet, ale mało która potrafi odpowiedzieć na nie ze 100% pewnością.
Przede wszystkim to piękna powieść o relacji dwóch kobiet, których losy splotło życie po raz pierwszy w szkolnej ławie. Później jak to w życiu bywa – ich losy rozeszły się w różne strony. Każdą z nich pochłonęło życie rodzinne i zawodowe. Zabrakło czasu (pewnie trochę też chęci) aby przyjaźń pielęgnować.
„… przyjaźń to relacja najwyższej próby. Nie łączy Cię z drugą osobą kod genetyczny, wspólny kredyt, powołane na świat potomstwo, poczucie obowiązku lub winy. To uczucie i cnoty z nim związane w najczystszej postaci.” (str. 113)
Magda i Jagoda przypadkowo spotykają się podczas łowów w warszawskim second handzie. Wspomnienia i przygody jakie przeżyły kilkanaście lat temu powracają. Każda z nich ma już bagaż doświadczeń, a życie łączy ich losy na nowo. Niby takie same jak dawniej – jednak stoją na życiowym zakręcie i nie wiedzą, w którą stronę pójść. Wieloletnia przyjaźń tak łatwo na nowo odżywa, że nie pamiętają kilkuletniej przerwy.
Rodzina, praca zawodowa ustępują lekko uczuciom tak mocnym, że są gotowe na życiową rewolucję.
Powieść napisana jest dość nietypowo – to zapis e-mailowych rozterek przyjaciółek. Dzięki takiej formie, jako czytelnicy, możemy poznać lepiej bohaterki. W końcu łatwiej jest napisać co nam leży na sercu niż o tym powiedzieć. Bardzo żywa wymiana zdań (i myśli) wprowadza nas w umysły Magdy i Jagody. Obie dziewczyny są zawodowo związane ze słowem pisanym, więc ich wyznania czyta się z fascynacją. Trafne pointy i zabawne bon moty sprawiają, że książkę dosłownie pochłania się w całości.
Magda, mama 3-letniej Irenki, rozwódka i redaktor w czasopiśmie poznaje czarującego mężczyznę, który kradnie jej serce. Oczywiście nic nie jest proste ponieważ jej wybranek jest żonaty. Łamie własne przekonania i brnie w obietnicę szczęścia. Czy ona się spełni?
Jagoda, również mama chłopca i dziewczynki jest nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Mimo prób ratowania związku nie udaje jej się utrzymać przysięgi danej mężowi. Los ją łączy z dużo starszym mężczyzną, z którym będzie próbować odnaleźć pasję i miłość.
Z jednej strony życzymy im powodzenia i trzymamy za nie kciuki, a jednocześnie potępiamy. Podobno nie da się budować szczęścia na czyimś nieszczęściu… Czy jest to prawda? Obie mają dzieci, które jak papierek lakmusowy chłoną ich emocje i problemy.
„Dzieci to taki czuły barometr. Pokaż mi dziecko, a powiem ci jak wygląda jego dom rodzinny. Mój musi wyglądać źle…” (str. 84)
Powieść Agnieszki Jeż i Pauliny Płatkowskiej nie jest łatwa i przyjemna – jakby się mogło wydawać. To historia słodko-gorzka, która wzbudza wiele emocji u czytelnika. Każda z nas może w pewnym stopniu odnaleźć w ich kreacjach siebie. Bardzo podoba mi się forma – zapisy korespondencji sprawiają, że dosłownie siedzimy w głowach bohaterek i znamy ich prawie każdą myśl. To nowoczesna epistolografia, która w dzisiejszych czasach pomaga utrzymać przyjaźń na odległość lub kiedy nikt nie ma czasu na spotkania. Ja po lekturze wzięłam telefon i od razu zadzwoniłam do przyjaciółki. „Nie oddam szczęścia walkowerem” to powieść przede wszystkim o pięknej przyjaźni, która nie osądza, nie radzi i nie szufladkuje.
„Nie oddam szczęścia walkowerem” Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska wyd. Czarna Owca, 2016 r. do kupienia tutaj
Wpis powstał w ramach współpracy z wydawnictwem Czarna Owca
Dokładnie rok temu pisałam, że planujemy zmianę aranżacji salonu (Salonowe rewolucje). Miałam sporo wątpliwości na temat pozbycia się dużego, wygodnego łóżka z materacem i zamianą na kanapę. Jednak sytuacja lokalowa nas do tego zmusiła i od dłuższego czasu salon jest również naszą sypialnią.
Czy żałuję tej decyzji? Absolutnie nie! Tak dostosowaliśmy przestrzeń pod nasze potrzeby, że zrobiłabym tak jeszcze raz. Lilka ma swój pokój i to było priorytetem, a reszta była kwestią dogadania się.
Pierwsze co zmieniliśmy to było łóżko. Wywieźliśmy je do babci i tam na nim śpimy jak tylko przyjeżdżamy. Oj, bardzo jest wygodne:)
Kanapę mieliśmy już wcześniej upatrzoną i w sumie długo nie zastanawialiśmy się nad jej kupnem. Tak bardzo nam się podobała wizualnie oraz była bardzo ergonomiczna. Jedynie nad ceną zastanawialiśmy się dłuższy czas. Jednak jej funkcjonalność i pewne cechy zaważyły o decyzji kupna.
Bardzo często pytacie o nią w prywatnych wiadomościach, więc stwierdziłam, że to dobra okazja żeby skreślić parę słów na jej temat. Pierwszym i głównym atutem jest materac: kieszeniowy, sprężynowy, czyli dokładnie taki jaki można spotkać na zwykłych łóżkach.
Jest bardzo wygodny, lekko twardy. Druga kwestia to unoszone wezgłowie, czyli rozłożona kanapa z uniesionym zagłówkiem jest jak zwykłe łóżko. Trzeci atut: mały schowek na pościel pod spodem.
Jedynym minusem jest nie zdejmowane pokrycie, ale z tym akurat nie ma problemu, bo ani nie jemy w salonie, ani nie rysujemy, więc ryzyko plam jest skutecznie zmniejszone. W komentarzach pod wpisem Salonowe rewolucje pisaliście, że nie chciałoby się Wam ścielić codziennie łóżka. No i tu jest właśnie fajna funkcja.
Jak nie chce mi się chować pościeli to układam równo pościel, rozkładam kołdrę, całość przykrywam kapą lub kocem i unoszę wezgłowie. Dokładnie tak jakby to było zwykłe łóżko. Kanapa tutaj
Co jeszcze zmieniliśmy? Niedawno dokupiliśmy regalik na książki, bo w zabudowanej szafie już się nie mieściły. Sporo mamy książek, do których lubimy wracać i takie rozwiązanie idealnie nam się sprawdza, a do tego stanowi funkcje ozdobne. Regalik IKEA
Pisałam już Wam o mojej nowej pasji: kwiatach, trochę nam się zazielenił salon i nabrał charakteru (a w tym roku to jeden z trendów).
Plakat-kalendarz z paprociami tutaj Poduszki, zasłony H&M home
kosz Tine K
Zmieniłam również abażur, bo fioletowy gryzł się z całością. Jestem bardzo zadowolona z efektu i z funkcjonalności naszego salonu. Marzę jeszcze o małym biurku do pracy, bo teraz pracuję w kuchni, ale już nie znajdę na nie miejsca. Upolowałam go na Westwing.
Od dawna szukałam czegoś lekkiego, co pomieściłoby nasze szpargały. Komoda uzupełniła nasz salon, a my mamy trochę więcej miejsca na rzeczy. Komoda Quax.
Genialna ledowa, bezprzewodowa lampka Fat boy w różnych kolorach dostępna tutaj
Żeby nie było 😛 nieodłącznym elementem o wątpliwych walorach wizualnych jest suszarka z praniem. A dziś nadszedł ten dzień, że wystawiam ją na balkon. Jej!
Objawy autyzmu to temat niezwykle złożony. W związku z obchodzonym corocznie od 2008 roku Światowym Miesiącem Wiedzy o Autyzmie i Światowym Dniem Świadomości Autyzmu. Postanowiłyśmy z Anią podzielić się z Wami garścią informacji na temat tego zaburzenia.
Zaburzenia ze spektrum autyzmu będą stanowić jedną z najczęściej spotykanych niepełnosprawności u dzieci i dorosłych na świecie. Szacuje się, że w Europie autyzmem dotknięta jest jedna na 150 osób. Dane na ten temat dynamicznie zmieniają się w związku z coraz szerszym dostępem do diagnozy dziecka i zwiększającą świadomością społeczeństwa. Warto podkreślić, że jak najwcześniejsza diagnoza i podjęcie odpowiednio dobranej, wieloaspektowej terapii z dużym prawdopodobieństwem pomoże zwiększyć komfort życia osób dotkniętym autyzmem i zminimalizować objawy tego zaburzenia.
Autyzm jest zaburzeniem funkcjonowania w trzech sferach: zachowania, komunikowania się i relacji społecznych. To znaczy, że trudności w wymienionych obszarach muszą być w mniejszym, lub większym stopniu zaobserwowane, aby stwierdzić u dziecka nieprawidłowości rozwojowe ze spektrum autyzmu.
Osoby z autyzmem to grupa bardzo zróżnicowana pod względem objawów. Obejmuje zarówno jednostki niesamodzielne, niemówiące, jak i te, które wykazują wysoko rozwinięte umiejętności poznawcze. Często objawy są tak dyskretnie wyrażone lub przypisywane tzw. „szerokiej normie rozwojowej”, że proces diagnozy rozpoczyna się zdecydowanie zbyt późno. Niejednokrotnie pierwszymi osobami, które zauważają nieprawidłowości są nauczyciele przedszkolni i logopedzi, którzy mają możliwość zaobserwowania dziecka w relacji z nieprzewidywalną grupą rówieśniczą.
trudność w nawiązywaniu i podtrzymywaniu kontaktu wzrokowegomało zróżnicowana lub nieadekwatna mimika, intonacja, gestykulacjatrudności w odbieraniu pozawerbalnego aspektu komunikacji (dziecko nie rozumie zamiarów i emocji wyrażanych mimiką, intonacją i gestami)
opóźnienie rozwoju mowy lub mutyzm wybiórczy (porozumiewanie się tylko z konkretnymi osobami lub tylko w określonych środowiskach/kontekstach sytuacyjnych) jako symptomy nieprawidłowości rozwojowych- nie osobne zaburzenia, z którymi różnicuje się spektrum autyzmu w procesie diagnozy
To, co odróżnia dzieci z autyzmem od innych, które także przejawiają kłopoty z mową to zaburzenia funkcjonalnego komunikowania się: realizowania potrzeb i nawiązywania relacji społecznych za pomocą mowy. Wiele osób z autyzmem mówi, ale nie komunikuje się skutecznie!
są ściśle powiązane ze sferą komunikacji
trudności w nawiązywaniu i podtrzymywaniu relacji z otoczeniem (np. podczas wspólnej zabawy, rozmowy)
trudności z wchodzeniem w role, naprzemiennością działania, naśladownictwem i kreatywnością w zabawie
trudności z akceptowaniem kontaktu fizycznego
trudności w rozumieniu i wyrażaniu uczuć, brak/zaburzenia empatii
– mała elastyczność, słabe tolerowanie zmian w otoczeniu (np. przemeblowania pokoju, nowej trasy do przedszkola), przywiązanie do rytuałów, talizmanów– nietypowe i niefunkcjonalne użycie przedmiotów (np. układanie zabawek w szeregu, nadmierne koncentrowanie się na poruszających się elementach- kołach auta, pralce)– obsesyjne zainteresowanie nietypowymi dla dziecka dziedzinami wiedzy– stereotypowe ruchy ciała, najczęściej służące autostymulacji lub rozładowaniu napięcia- machanie rączkami, stymulowanie wzroku (np. przybliżanie i oddalanie przedmiotów od oczu), słuchu (nadmierne generowanie dźwięków), czucia ciała (szczypanie, a nawet autoagresja), zmysłu równowagi (kręcenie się wokół własnej osi), smaku (jedzenie niejadalnych rzeczy), węchu (obwąchiwanie); nadmierna wrażliwość wymienionych zmysłów wyrażona reakcjami obronnymi (np.wybiórczość pokarmowa, lękowa reakcja na dźwięki)
Część z nich może pojawić się również jako przejściowy etap rozwoju, ale dzieci „neurotypowe” porzucają niepokojące zachowania, np. echolalie na rzecz kreatywnego tworzenia. Także zdrowo rozwijające się dziecko, tak jak my, ma swoje schematy i rytuały budujące poczucie bezpieczeństwa- od autystów różni je stopień nasilenia i niekiedy specyfika, co powinno być przedmiotem obserwacji specjalistów.
Dziś wiemy, że pierwsze niepokojące objawy autymu, świadczące o byciu w grupie ryzyka spektrum autyzmu możemy zaobserwować już w wieku niemowlęcym.
Co dalej, jeśli okaże się, że Wasze dziecko przejawia niepokojące objawy? Autyzm to zaburzenie neurorozwojowe. W związku z czym każde dziecko z takim podejrzeniem powinno trafić do odpowiednich lekarzy – neurologa i psychiatry. Niezbędne jest także wykonanie badań słuchu, badań w kierunku nietolerancji i alergii oraz oceniających rozwój ruchowy dziecka. Swoją opinię na temat rozwoju powinien wydać psycholog, logopeda oraz pedagog. Taki zespół, składający się z psychiatry, psychologa, logopedy i pedagoga, jest w każdej rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej i zajmuje się diagnozowaniem, orzecznictwem i terapią.
2 kwietnia wiele budynków na całym świecie zaświeci się na niebiesko w geście solidarności i popularyzowania wiedzy o autyzmie (dlatego na zdjęciu Lilka ubrana jest na niebiesko). Zachęcamy do przyłączenia się do akcji-możecie tego dnia ubrać się na niebiesko, 3 kwietnia pobiec charytatywnie w półmaratonie „Biegnij! Wyprzedź autyzm” lub wypić na warszawskiej Ochocie kawę w klubokawiarni obsługiwanej przez osoby z autyzmem:) Możecie również udostępnić ten wpis innym rodzicom, tak aby wiedza o autyźmie docierała do szerszego grona ludzi.
Autorką tekstu jest mgr Marta Byszko – pedagog specjalny, neurologopeda, która na co dzień pracuje z dziećmi autystycznymi.
Zainteresowanych odsyłam do wpisu Rozwój mowy dziecka do 2 roku życia.
więcej na temat książek we wpisie – Książki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy
Pojawiło się kilka ciekawych pytań na temat Montessori, na które udzieliłam odpowiedzi.
oraz bardzo podobne:
„Moje pytanie: jak dziecko nie chwalone, nie karane, pracujące samo przy stoliku poradzi sobie w życiu? Czy nie będzie zbyt odizolowane od reszty dzieci gdy zetknie się z „normalną” szkołą?”
Pedagogika Marii Montessori jest dostosowana do każdego dziecka. Została stworzona na potrzeby pracy z dziećmi upośledzonymi. Maria Montessori bardzo szybko zauważyła, że ta metoda sprawdza się również u dzieci w normie intelektualnej. Dzieci doskonale potrafiły dostosować się do zasad, które panowały w Casa dei Bambini. Wolność oraz brak kar i nagród spowodowały rozwój motywacji wewnętrznej wśród wychowanków. W dzisiejszych czasach coraz częściej się na ten temat mówi i rodzice, którzy nawet nie ukończyli żadnych kursów bardzo intuicyjnie nie używają kar i nagród, czyli w przypadku szkoły ocen.
Z ogromnym zainteresowaniem obserwuję reformy edukacji. Pamiętam jeszcze jak w klasach 1-3 były oceny (bez niedostatecznej). Od dłuższego czasu są to oceny opisowe. Bardzo podobnie jest w systemie nauczania wg pedagogiki Montessori. Panuje błędny obraz tej metody. Dzieci same opracowują materiał wg programu i zgłaszają się na „zaliczenie” tego zakresu wiedzy. Są również karty pracy, które dzieci uzupełniają w czasie pracy własnej, więc przygotowywane są również pod tym kątem. Liczę na to, że w szkołach tradycyjnych w ciągu najbliższych lat zostaną zniesione prace domowe- tak jest w systemie Montessori. To czy sobie dziecko „poradzi” jest wypadkową wielu cech i umiejętności. Myślę, że rodzaj placówki przedszkolnej nie ma tu najmniejszego wpływu. A to rodzice najczęściej tym się przejmują. Dzieci mają niesamowitą zdolność do adaptacji. Zwrócę jeszcze uwagę na fakt, że naprawdę niewielu rodziców, którzy zapisują dzieci do placówek Montessori stosują tę metodę w domu. A i tak dzieci świetnie sobie radzą.
Polecam bardzo obszerny wpis na ten temat: Czy to prawdziwe Montessori
„Dzwoneczek zwiastujący ciszę, i same drewniane zabawki, układanki, zamki, guziki ect. Jestem jak najbardziej na NIE, nie podoba mi się ta metoda nauczania, wychowywania dzieci”
Metoda M.Montessori od wielu lat ma swoich zwolenników, jak i przeciwników. Wiele wątpliwości na temat tej pedagogiki pojawia się przede wszystkim z niewiedzy. Wszystkie elementy doskonale się uzupełniają i razem współgrają. Co z tym dzwoneczkiem? W przedszkolach tradycyjnych Panie mają również swoje sposoby aby odgraniczyć następne aktywności: klaszczą w dłonie, puszczają muzykę lub nawet używają gongu. Jest to niewerbalny sposób aby zwrócić uwagę na nauczyciela oraz oddzielić jedną aktywność od drugiej. Tak samo jest z dzwonkiem w szkole.
„Same drewniane zabawki, układanki, zamki, guziki etc. „- zabawki (zwane w Montessori pomocami edukacyjnymi) na półkach różnią się znacznie od tych, które możemy znaleźć w przedszkolach tradycyjnych. Rodzice mogą mieć pewność, że są to pomoce przemyślane i służą rozwojowi jakiejś funkcji. Jednak w placówkach Montessori znajdziecie również bardziej standardowe zabawki takie jak: kuchnia do gotowania, klocki, lalki bobasy, książeczki.
Tutaj chciałabym również zwrócić uwagę na to, że metoda Marii Montessori nie jest metodą wychowywania dzieci. Wg mnie jest to dość ryzykowne- całościowe stosowanie tej metody w domu, a ostatnio jest dość modne. Nie ma żadnych badań na ten temat. Warunki panujące w placówce są zdecydowanie inne. Owszem, można kilka elementów z powodzeniem stosować, ale cała metoda jest bez wątpienia do wykorzystania w przedszkolach i szkołach.
Droga Mamo, pamiętaj proszę, że Montessori nie jest metodą wychowywania dzieci. Skup się na przyszłości i budowaniu bliskiej relacji z Córką. Obojętnie jak. Najważniejsze żeby to było zgodne z Twoim sercem i potrzebami dziecka. Jeżeli masz chęć zgłębić metodę Montessori to polecam książkę: Odkrycie dziecka
Myślę, że najłatwiej jest się postawić w roli dziecka i pomyśleć czy samo „super, świetnie, cudownie” by zadowoliło mnie jeżeli napracowałbym się po uszy. Co by mi to dało? A co jeżeli zrobiłbym rysunek byle jak, a mama lub tata użyłaby uniwersalnego i pasującego do wszystkiego „super, świetnie, cudownie”?
Na początku mojej ścieżki zawodowej również miałam z tym problemy. Pomogło mi opisywanie danej czynności. Jeżeli np. dziecku po długich próbach w końcu udało się założyć but i przyszło do mnie pokazać swoją nową umiejętność, najczęściej używałam opisu: „Sam założyłeś but” lub „O, narysowałaś czerwony domek z kominem”. Czasami kiedy dziecko pomaga mi w domu i zrobi coś o co poproszę zamiast „super, brawo, świetnie” mówię zwyczajne „dziękuję”. Myślę, że to wystarczy.
Jest to jedno z najbardziej popularnych pytań odnośnie pedagogiki Montessori. Maria Montessori dążyła do naturalności w każdym aspekcie. Tak jak w społeczeństwie – rzadko kiedy będziemy pracować tylko z rówieśnikami – stworzyła model grupy mieszanej wiekowo. Zadbała również o to żeby w grupie znalazły się również osoby niepełnosprawne, które żyją w każdym społeczeństwie.
Grupa mieszana wiekowo ma być jak rodzina. Najpierw dziecko wchodzi do grupy jako najmłodsze. Ma możliwość uważnego obserwowania starszych dzieci i nauki od nich. Dzieci starsze pomagają tym najmłodszym. Za rok to ono będzie starsze i odnajdzie się w innej roli. Będzie miało okazję przebywać z dziećmi najstarszymi i najmłodszymi. Tylko w grupach montessoriańskich mają taką możliwość.
Zróżnicowanie wiekowe w grupie wg mnie jest bardzo korzystne. Przede wszystkim dla dzieci, które idą pierwszy rok do przedszkola. Wchodzą do grupy, która funkcjonuje już kolejny rok. Adaptacja przebiega wtedy łagodniej ponieważ przykładowa 30 trzylatków nie płacze z tęsknoty za mamą. Uważam również, że przebywanie ze starszymi dziećmi ma bardzo pozytywny wpływ na rozwój mowy. Dzieci obserwują uczą się słownictwa, którego prawdopodobnie nigdy nie usłyszałyby od rówieśnika.
Zapraszam też do wpisu „Metoda Montessori w domu – co nam się sprawdziło a co nie”
Anna Trawka – pedagog specjalny, nauczyciel Montessori z kilkuletnim doświadczeniem w pracy w przedszkolach prowadzonych Metodą Marii Montessori, Logopeda, Terapeuta Integracji Sensorycznej, Autorka książek dla dzieci
Długo się zastanawiałam czy napisać ten post. Kiełkował we mnie zdanie po zdaniu, a całe frazy powoli układały się w całość. Może Wam się to wydać dziwne, że na blogu, który ma wiele słów kluczowych- bardzo dobrze wyszukiwanych przez wyszukiwarki takich jak: „metoda BLW”, „metoda M.Montessori”, „metoda symultaniczno-sekwencyjna”, „Rodzicielstwo Bliskości”, „Integracja Sensoryczna” „metoda Karpa” powstanie kiedyś taki wpis.
Dostaję od Was wiele wiadomości na różne tematy. Niektóre dotyczą wychowania, inne zaś sklepu, w którym kupiłam Lilce rajstopy. Często pytacie mnie o bardzo ważne kwestie takie jak np. wybór przedszkola lub prosicie o radę odnośnie rozwoju Waszego dziecka. Dziękuję, że macie do mnie zaufanie i liczycie się z moją opinią.
A ja? No cóż najczęściej udzielam jednej odpowiedzi. „Zrób tak jak podpowiada Ci matczyne serce, tak żeby było Ci wygodnie, tak żebyś nie musiała pożyczać pieniędzy na czesne, tak żebyś miała czas pobawić się z dzieckiem w domu, tak żebyś mogła cieszyć się i wiedzieć, że nie zrobiłaś czegoś wbrew sobie.”
Rodzice w dzisiejszych czasach są niepewni siebie. Często są oderwani od rodziny, która mieszka setki kilometrów od miejsca zamieszkania. Nie mają wsparcia, pomocy i są zwyczajnie zagubieni. Dostają 3,5 kilogramowe dzieciątko w szpitalu bez załączonej instrukcji obsługi.
Nic nie jest już proste, a rady, które docierają do nich nie są przepuszczane przez filtr zaufania. Nikt nie wie co jest najlepsze dla mojego dziecka, ale ja też do końca nie jestem tego pewna.
Lubię słowa A. Stein „Do wychowania dziecka potrzeba całej wioski”. Kiedyś to matki i babki mówiły młodym matkom jak postępować z malutkim dzieckiem. Jednak kiedy te więzy rodzinne się rozluźniły- takie rady i uwagi młode matki traktują jako atak na ich umiejętności i przekonania.
Na każde słowa dotyczące naszego dziecka i naszym metod reagujemy alergicznie. Gdyby ta zażyłość i kontakt zostały w bardzo bliskim stopniu, inaczej byśmy do nich podchodziły.
Pamiętam siebie z tego czasu. Niepewną, rozdrażnioną, poszukującą „złotego środka”. Naczytałam się poradników i miałam w głowie jakiś plan działania. To była właśnie ta brakująca instrukcja, której nikt nie załączył do mojego nowonarodzonego dziecka, a reklamacji w tej kwestii nie uwzględniano.
Moje dziecko płakało często, długo i bardzo intensywnie, a ja czasami razem z nim. Szukałam antidotum na moje problemy i je szybko odnajdywałam.
Noworodek płacze? Nie może zasnąć? Jest na to metoda!- 5 zasad uspokajania dziecka. Czytałam książkę z zapartym tchem i oglądałam filmiki instruktażowe na youtubie.
Genialne – działa! A tak naprawdę to samo pewnie poradziłaby mi moja mama, która takie metody zna od swojej mamy.
Tak, później przyszedł czas na Rodzicielstwo Bliskości- cudowna teoria. Karmienie piersią, noszenie i bliskość. Miałam wyrzuty sumienia, że nie możemy stosować tej metody w całości i czułam się gorsza od innych matek, bo nie potrafiłam spać z niemowlęciem w jednym łóżku.
Czułam, że nie spełniam wszystkich zasad teorii RB i to już chyba coś innego. A gdzie mój rozum wtedy był? Nie wiem. Ale bardzo łatwo było można mnie wpędzić w poczucie winy i bycia „złą matką”. Apogeum nastąpiło wtedy kiedy próbowaliśmy dziecko „otruć” mlekiem modyfikowanym tylko po to żeby mogła 5 godz przespać w nocy ciągiem. Ja- egoistka- siedziałam zapłakana na kanapie w drugim pokoju, a mąż próbował nasze dziecko oszukać. W mojej głowie kłębiły się tylko myśli, że dla własnej wygody podaję mieszankę. Myślę tylko o sobie, a nie o moim dziecku.
Tak sobie teraz myślę, że gdybym nie przeczytała tych wszystkich poradników byłabym szczęśliwsza. Poradniki, teorie i metody wyparły skutecznie mój instynkt. Wyrugowały go i zastąpiły wyrzutami sumienia. W połączeniu z hormonami to jak koktajl Mołotowa.
Czułam się niepewnie i tylko wspomaganie się różnymi badaniami naukowymi pomagały mi „nauczyć się swojego dziecka”.
Później przyszedł czas na rozszerzanie diety oczywiście Metodą BLW. Cała metoda jest świetna- nie ukrywam, jednak moje ortodoksyjne podejście dziś mnie przeraża. Jak mogłam być taka zero jedynkowa? Przez to wiele razy moje wyrzuty sumienia były głębokie jak przedwojenna wanna. Przecież nic się stanie jak raz na jakiś czas podasz dziecku słoik.
To było wówczas NIE DO POMYŚLENIA, bo przecież to nie jest metoda BLW, którą stosujemy. Śmiać mi się chce jak sobie pomyślę o moim dawnym toku rozumowania. Dałam się złapać w pułapkę bycia świetną matką, która stosuje wszystkie metody wychowawcze i pielęgnacyjne. Trochę luzu na pewno by mi pomogło.
Również moje wykształcenie naznaczało mi jakąś ścieżkę. Jednak tutaj nie dałam się aż tak ponieść, bo ani Integracja Sensoryczna, ani metoda Marii Montessori, a już tym bardziej logopedia nie są metodami wychowania.
Dają jakieś narzędzia, z których możemy korzystać i się na nich opierać. Ale w żadnym wypadku podążać ślepo i bezrefleksyjnie. Nawet ja – specjalista w tych 3 dziedzinach oddzielam wychowanie córki od moich przekonań zawodowych.
Nikt na tym by dobrze nie wyszedł, a powodowałoby tylko frustrację i złość. Od stosowania tych metod są specjaliści po kursach i odpowiedniej praktyce. Wiem, że są bardzo interesujące i wspierają rozwój dziecka. Jednak, proszę Was nie przeginajcie.
Dostałam niedawno meila od czytelniczki, która pyta mnie od jakiego wieku można puszczać dziecku bajki, bo literatura mówi o 7 r.ż. Inni piszą, że nie można (ABSOLUTNIE) do 3 r.ż. Serio? A kto tak powiedział lub napisał? Amerykańscy naukowcy?
Owszem telewizja w nadmiarze jest szkodliwa. Ale nie dajmy się zwariować. Na pocieszenie dodam, że wolałam Lilce dać Elmo song na telefonie niż podać jej smoczek kiedy podczas podróży autem płakała w niebogłosy.
Apeluję do Was o zdrowy rozsądek i podejście. Gwarantuję Wam, że jeżeli przestaniecie się zastanawiać, a będziecie postępować wg tego jak Wam serce podpowiada będziecie szczęśliwsi. Docenicie to, że dziecko poznaje litery w taki sposób jak chce, a nie dana metoda się nie sprawdza. Frustrację i nerwy zastąpi radość i świeżość.
W razie wątpliwości i problemów zawsze możecie zwrócić się do specjalisty. Nie musicie nimi się stawać nawet jeżeli Wasze dziecko ma wyzwania rozwojowe.
O co chodzi? Andrzej Tucholski już po raz piąty organizuje świetną akcję. Autorzy polecają autorów.
Ja również mam kilka blogów, które bardzo lubię i często odwiedzam. Chciałabym również żeby szersza grupa osób o nich wiedziała. Dlatego dziś napiszę o 3 blogach, które warto wg mnie odwiedzać.
to blog wspaniałej mamy 2 dzieci, która również ma wiele wątpliwości na temat macierzyństwa i wychowania. Sporo tematów na jej blogu jest związanych ze Skandynawią. Jej mąż pochodzi z tej dalekiej krainy i ma wiele przemyśleń na jej temat. Lubię jej styl pisania i podejście do wielu sprawa. Widzę też, że się rozwija fotograficznie i bardzo jej kibicuję. Jeżeli jeszcze nie znacie Ronji – koniecznie zajrzyjcie.
Mataja.pl
pewnie znacie, a kto nie zagląda ten trąba. Blog o rodzicielstwie oparty na dowodach naukowych. Sztywnie brzmi, co? A teraz wejdźcie w ich progi, przeczytajcie jeden wpis i spróbujcie się nie śmiać.
Dziewczyny mają wyjątkową lekkość pióra i każdy ich wpis czytam z takim samym entuzjazmem jakbym oglądała najśmieszniejszy serial świata. A wiecie jakie wpisy u nich lubię najbardziej? Sponsorowane! Jak nikt potrafią ugryźć temat i w humorystyczny sposób zrobić content.
PaniMoney.pl
blog trochę inny, bo o finansach. Od zawsze byłam noga z oszczędnościami i zbieram się powoli żeby trochę w tym temacie się dokształcić. Blog Ady jest bardzo przyjemny w odbiorze i z pewnością niedługo odniesie sukces. Jeżeli myślicie o kredytach, kartach, oszczędnościach to koniecznie zajrzyjcie na jej blog. W ciekawy sposób opisuje własne finansowe perypetie.
Bardzo trudny był to wybór.
Mam jeszcze kilkoro swoich ulubieńców. Kolejność przypadkowa. Opiszę je słowami kluczowymi 🙂
amicusdesign.pl wnętrza i estetyka
Matkawariatka.pl– książki dla dzieci i gadżety
Matkatylkojedna.pl– słowo pisane (!) i pointy
Makóweczki.pl– nadchodzące zmiany i ciepło
flowmummy.pl– macierzyństwo bez lukru
Żudit.pl– zdjęcia Kasi i niebanalne pomysły na posty
Tasteaway.pl– podróże z dzieckiem i warszawskie restauracje
Jestrudo.pl– nauka fotografii
Littlehooligansblog.pl i http://sobiejestesmy.blogspot.com– chłopięcy świat
coverbaby.pl pomysł na macierzyństwo
Kantorekkatjuszki.pl– chwile uchwycone na zdjęciach
Jeżeli sami prowadzicie bloga napiszcie mi o tym w komentarzu – z chęcią do Was zajrzę! I zapraszam do udziału w Share week.
W ubiegłym roku zamiast się głowić jak zrobić pisanki poszłam na totalną łatwiznę. W supermarkecie kupiłam zwykłe, chemiczne barwniki. W tym roku chęci trochę więcej, więc postanowiłam, że zrobimy same: piękne, kolorowe pisanki. To dobra okazja żeby spędzić trochę czasu z dziećmi w przedświątecznej bieganinie. Chyba uczynimy z niej tradycję taką jak robienie pierniczków na Boże Narodzenie.
Pokaże dziś kilka ciekawych pomysłów jak zrobić pisanki z dziećmi.
Wszystkie jajka najpierw gotujemy i do dekoracji bierzemy ciepłe, a nawet gorące. Ustawiamy je na butelce z szerokim otworem lub w kieliszku na na jajka (zwanym przez Lilkę jajnikiem lub jajniczkiem:)
Dzieci rysują po gorących jajkach, a rysunek zaczyna się ze skorupką stapiać. Wzory zależą od inwencji dziecka.
Za pomocą patyczka przyozdabiamy farbą plakatową w dowolne wzory (fajnie wychodzą kropki).
Z kolorowej bibuły wycinamy kwadraciki. My mamy akurat confetti w kształcie kółek. Każdy skrawek papieru dziecko moczy w wodzie i przykleja do jajka. Kiedy papier wyschnie zdejmujemy kwadraciki i mamy pofarbowane jajko.
p.s. Mocniejsze wzory wychodzą na bardzo ciepłych jajkach.
Smarujemy jajka klejem w płynie i obtaczamy w brokacie.
To propozycja dla osób, które są tradycjonalistami i uważają, że pisanki powinny wyglądać klasycznie.
My akurat zdecydowaliśmy się na jeden z czerwonej kapusty (wychodzą piękne niebieskie).
Gotujemy jajka na twardo.1/2 główki czerwonej kapusty gotujemy w 1 l wody przez 30 minut. Przelewamy przez sitko do miski, liście możemy wykorzystać np. do sałatki albo bigosu.Do gorącej wody z kapusty dodajemy 2 łyżki soli i 2 łyżki białego octu spirytusowego.Zanurzamy jajka i zostawiamy aż do uzyskania pożądanego odcienia niebieskiego (intensywny kolor wymaga leżakowania jajek w barwniku przez całą noc).
Przepisy na ten i inne kolory znajdziecie tutaj
Przed włożeniem jajek do barwnika wycinamy prostokąt z rajstopy, prosimy dziecko o przytrzymanie jednej części i związujemy sznurkiem. Dziecko układa na płasko rośliny, a my zawiązujemy bardzo ściśle z drugiej strony. Wkładamy na noc do garnka z barwnikiem.
Rano wyglądają tak:
Tu jeszcze były Wielkanocne ozdoby
A jeśli jest u was tradycja świątecznego obdarowywania to tu macie inspiracje na drobne Prezenty od zajączka
A jeśli macie w rodzinie dzieci 0-3 to niezmiennie polecamy nasze książeczki – to ostatnia szansa bo za około 30 dni zamykamy już nasz sklepik online!
Pakiet książek TERAZ z dostawą na terenie całej Polski GRATIS – TUTAJ
Przełom zimy i wiosny to czas kiedy nasze dzieci częściej chorują. Osłabiona odporność i niezbyt stabilna pogoda sprzyjają zwiększeniu ilości zachorowań. Dzieci pociągają nosem, pojawia się kaszel, czasami gorączka. Dzieci są rozdrażnione, bo nie śpią w nocy przez katar i kaszel, a my niewyspani jak nigdy. Katar nieleczony podobno trwa 7 dni, a leczony tydzień. Tak nie jest w przypadku dzieci. Katar trwa zazwyczaj od 10 do 14 dni, czyli prawie dwa razy dłużej. Jak pomóc dzieciom w tym trudnym czasie? Jakie są moje domowe sposoby na katar i przeziębienia – odpowiem na te pytanie w dzisiejszym wpisie.
Mam wrażenie, że odkąd moja córka poszła do przedszkola uczestniczymy w maratonie przeziębieniowym. Od września do marca przeszła ok. 10 infekcji wirusowych. Z jednej strony jest to normalne, bo w taki sposób dzieci nabierają odporności, a z drugiej jest to dość wyczerpujące. Na szczęście nigdy żadne z przeziębień nie przerodziło się w nic poważniejszego. Katar i kaszel to wg mnie nie choroby. A to dlatego, że mam swój niezawodny zestaw przeziębieniowy, który stosuję od ponad 3 lat. Dzięki szybkiej reakcji tylko 2 razy był potrzebny antybiotyk, więc śmiało mogę powiedzieć, że nasze sposoby działają.
W czasie przeziębień jak tylko pojawią się pierwsze objawy stosuję domowe sposoby. Dotyczą one zarówno funkcjonowania fizycznego jak i poprawy dobrego samopoczucia. Dzieci w tym czasie są marudne, rozdrażnione i wymagają więcej uwagi niż zwykle. To do nas – matek, lgną najbardziej w poszukiwaniu ukojenia i polepszenia humoru. A my staramy się, mimo zmęczenia, ten trudny czas uprzyjemnić i sprawić żeby dziecko nie cierpiało.
Dziś dzielę się z Wami moimi, domowymi sposobami na katar i przeziębienia stosuję je zawsze jak tylko zobaczę pierwsze objawy (najczęściej jest to katar).
Kiedy pod nosem dziecka zaczyna błyszczeć, znana wszystkim, wydzielina zawsze wyciągam niezawodny inhalator. Jeżeli katar jest gęsty to zawsze przed rozpoczęciem inhalacji robimy toaletę nosa. Kiedy Lilka była mniejsza stosowałam taki zestaw: sól morska do nosa (aby rozrzedzić wydzielinę), później aspirator (polecam taki podłączany do odkurzacza). Teraz kiedy potrafi EFEKTYWNIE (jest to bardzo ważne, bo inaczej wydzielina zalega) wydmuchać nos to używam tylko soli morskiej. Jednak jeżeli katar jest bardzo gęsty to wracamy do aspiratora.
Inhalator (pisałam o nim Jak wybrać inhalator) – nasz najlepszy przyjaciel w czasie przeziębień. Wdychanie roztworu chlorku sodu powoduje rozrzedzanie wydzieliny i dlatego jest tak pomocne. Inhalacje robimy już kiedy nos jest czysty – wtedy działa najlepiej. Do tego zabiegu używamy tylko soli fizjologicznej NaCl, która ma również działanie antybakteryjne. Kiedyś próbowałam wersji hipertonicznej jednak spowodowała ona dodatkowe podrażnienie i wcale nie było lepiej. Na jedną inhalację wlewam jedną ampułkę. W tym czasie włączam Lilce bajkę. Kiedy była mniejsza do tego zabiegu były potrzebne dwie osoby. Jedna trzymała ją na kolanach i przykładała maskę do twarzy, a druga w tym czasie produkowała się wokalnie naprzeciwko – najlepiej sprawdzały się piosenki z pokazywaniem. Inhalacje robimy 2- 3 razy na dobę.
Kiedy karmiłam ją piersią i zatkany nos utrudniał jedzenie robiliśmy te 2 czynności przed jedzeniem. Jeżeli do kataru doszedł również kaszel mokry, odrywający się po 15 minutach od zakończenia inhalacji zawsze ją oklepuję, aby wydzielina się oderwała. Robię to zdecydowanym ruchem kładąc ją na brzuchu na kolanach. Rękę układam w łódeczkę i raz przy razie oklepuję.
Co jeszcze stosuję w czasie walki z katarem i przeziębieniami?
I tylko w postaci wody, a nie soczków i herbatek. Nawadnianie organizmu walczącego z infekcją jest bardzo ważne, a często dzieci w tym czasie nie odczuwają tak mocno pragnienia. Dlatego stosuję różne triki, aby tylko utrzymać prawidłowy poziom płynów w organizmie. Tak jak widać na zdjęciu wyciągam nawet najbardziej fikuśne butelki z kolorowymi słomkami aby tylko skłonić dziecko do picia. Pamiętam nawet, że przez 2 tygodnie chorowania Lilka piła wodę tylko z papierowego kubka po kawie ze stacji benzynowej. A jak już nic nie działa to nalewam wodę do małego dzbanuszka i pozwalam jej nalewać wodę do szklanek.
W czasie przeziębień staramy się unikać kilku produktów, które niekorzystnie wpływają na rozwój choroby. Są nimi cukier i mleko krowie. Pierwszy składnik może zadziałać w ten sposób, że infekcja wirusowa nadkazi się bakteryjnie (bo bakterie lubią cukier) i wtedy będzie potrzebny antybiotyk oraz mleko krowie, które ma właściwości zaśluzowujące i zwiększa ilość wydzieliny, z którą tak bardzo w czasie przeziębień walczymy. Nie przeginam również z produktami powszechnie znanymi jako lecznicze. Uznaję zasadę zdrowego rozsądku i nie podaję kaszy jaglanej na każdy posiłek.
Przed położeniem córki spać wietrzę jej pokój. Ze względu też na atopową skórę nie włączamy kaloryferów w jej pokoju. Często stoi u niej oczyszczacz powietrza. Powietrze musi być chłodne, nawilżone i oczyszczone.
Kiedy katar spływa po tylnej ścianie gardła dzieci często się budzą i kaszlą. Dlatego w czasie infekcji wirusowej układam ją na dużej poduszce lub kładę na brzuchu. Kiedy się obróci znów przekładam do odpowiedniej pozycji.
To są nasze niezawodne domowe sposoby na katar i przeziębienia. Próbowałam również innych metod, ale tylko te przynoszą u nas efekty i polecam je każdej mamie. Zobacz też wpis: Wszystko co musisz wiedzieć o katarze – 10 pytań do zaufanego pediatry
Dziś kolejna dawka inspiracji – tym razem (pomimo śniegu za oknem) lekko wiosennych.
Ostatnio mam sporo przemyśleń na temat swojego życia. Nie chcę żeby czas uciekał mi przez palce, a ja się obudzę po 40, że to już. Od kiedy zostałam mamą- mam wrażenie, że lata mijają jak miesiące, a tylko pojedynczy dzień dłuży się niemiłosiernie (szczególnie podczas chorób).
Myślę, że spory wpływ na to ma moja praca związana z blogiem. Chociaż staram się wydzielić sobie „godziny pracy”- bywa z tym różnie, bo nie potrafię na zawołanie wyłączyć np. myślenia o wpisie bądź aranżowania w głowie kadru, który chcę uwiecznić.
Nie jestem Idealną Mamą, ani Perfekcyjną Panią Domu. Mało tego- nawet nie chcę nimi być! Ani nawet dążyć do ideału, bo wg mnie to unieszczęśliwia. Pogodziłam się z tym jaka jestem, ale też nie zaniechałam pracy nad sobą, bo uważam, że stać mnie na więcej, a moje lenistwo skutecznie ukryty potencjał blokuje. Mam swoje nawyki, których już nic nie zmieni, ale również ciągle poszukuję nowych rozwiązań-takich ułatwiających życie.
Magia sprzątania sporo ułatwiła i rzeczywiście widzę jej realny wpływ na organizację dnia codziennego. Jednak wszystkich wskazówek nie udało mi się wdrożyć i przyjęłam to z pokorą. Widocznie nie do końca mi pasowały. Wiele z nich wydała mi się nawet absurdalna! Bo jak ja- matka na full etacie mam jeszcze o tym wszystkim pamiętać. Dlatego wciąż poszukuję ułatwień tak żeby lepiej zorganizować przestrzeń wokół nas oraz czas.
Przyznam Wam szczerze, że lepiej idzie mi zajmowanie się dzieckiem niż domem. Wiele odpuszczam tylko po to żeby mieć więcej czasu dla dziecka lub dla siebie. Nie mam siły na codziennie układanie i codzienne porządki. Nie mam Pani do sprzątania i mi z tym dobrze. Sprzątam wszystko jeden raz w tygodniu i jest ok. Wielkich wymagań wobec domowników też nie mam. Dobrze nam się żyje w tym ekosystemie- jednak wiem, że mogłabym bardziej się do tego przykładać.
Mam kilka swoich „live hacks”, które ułatwiają mi życie. W trakcie zwariowanego dnia Matki, która jest w domu potrzebuję takich wskazówek. Bo jak mam zachować balans pomiędzy byciem rodzicem, żoną i właścicielką dobrze prosperującego bloga? No nie da się. Na koniec dnia zawsze mam jakieś niezałatwione sprawy, których nie udało się dopiąć. Z tym już się pogodziłam.
Jest w tym wiele prawdy. Wyobraźcie sobie, że leżę sobie na plaży w Turcji pod słomkowym parasolem. Piję zimnego drinka. Lila w oddali zbiera kamyki z mężem- jest idealnie. Czytam dobry kryminał i tam znajduję zdanie, które odmienia moje życie. „Wszystko co nie zajmuję więcej niż 2 min rób od razu”– mówi postać do głównego bohatera. Czytam jeszcze raz. I jeszcze raz. Nie mam ołówka żeby sobie zaznaczyć ten kawałek. Z Lilki gazety z Peppą wyrywam kawałek i zaznaczam go sobie.
Później dużo o tym myślę. Wracamy do Polski, a ja zaczynam wdrażać to jedno zdanie do mojego życia pełnego chaosu. Jestem pod wrażeniem, jak kilka słów może mieć widoczny wpływ na nasz dzień codzienny.
Wszystko staram się robić wg tej zasady i mam o wiele mniej pracy później, a przez to więcej wolnego czasu. Mało tego, moje sumienie ma się o wiele lepiej. Stosuję tę metodę na wielu płaszczyznach mojego życia i widzę bardzo pozytywny efekt. Wstaję rano- od razu ścielę łóżko, bo zajmuje mniej niż 2 min. 3-4 talerze zmywam od razu. Na meila lub komentarz, który wymaga krótkiej odpowiedzi odpisuję od razu.
Przez to nie muszę rezerwować później 2-3 godzin na zrobienie wszystkiego i jestem mniej zmęczona. To działa! A do tego mam wrażenie, że jestem szczęśliwszym człowiekiem.
Prosiłyście w wiadomościach prywatnych o kilka słów na temat pościeli Maylily. Wypatrzyłam ją jeszcze przed Świętami, ale piszę dopiero teraz, bo musiałam zobaczyć jak będzie wyglądać po kilku praniach. Czym się różni od zwykłej pościeli?
Przede wszystkim składem- bambus ma właściwości antybakteryjne i wpływa na miękkość włókien. Nawet jej nie prasuję. Mam wrażenie, że ma podobne właściwości jak jedwab- rano wstaję z gładką skórą na twarzy.
Jaskółki urzekły mnie totalnie.
Jeżeli spodobał Ci się ten post zostaw komentarz lub kliknij „Lubię to” na profilu https://www.facebook.com/nebuleblog/ Dziękuję:)
Prezenty dla kobiet… Pewnie nie raz dostałyście prezent, który Was rozczarował. Pamiętacie to uczucie kiedy z ekscytacją zdzieracie papier i zębami rozwiązujecie supły na wstążkach (bo przecież szkoda paznokci)? Emocje sięgają zenitu i Waszym oczom ukazuje się coś czego zupełnie byście się nie spodziewały. Miną próbujecie rozegrać to w miarę polubownie, ale w głowie macie myśli: „Co to w ogóle jest?” „Przecież ja tego nie używam”, a z ust jak z automatu leci wiązka: „Dziękuję bardzo! No śliczne! Będzie mi pasowało do zielonej bluzki z gruszką, którą dostałam od Ciebie rok temu”. Nikt nie chce robić nikomu przykrości i dla zachowania przyjaznej atmosfery dziękujemy, uśmiechamy się trochę na siłę i wrzucamy taki podarek na dno szafy.
post sponsorowany przez Zalando
Znam wiele osób , które nie potrafią kupować prezentów. Jedną z nich jest mój towarzysz życia. Po wielu wpadkach (złoty medal Queen Bitch etc.) się poddał. Zwyczajnie, któregoś dnia wywiesił białą flagę i powiedział, że mam sama wybierać sobie prezenty, a najlepiej to mam sama sobie kupić i zapakować.
Może jeszcze sama sobie mam go dać? No i co mam zrobić skoro bardzo lubię niespodzianki? Oczywiście takie trafione. Nie wiem czy Wasi mężczyźni też tak mają, ale mój nie potrafi czytać między wierszami i kiedy jesteśmy w sklepie, coś mi się spodoba i nawet pójdę do przymierzalni – to on siedzi wlepiony w telefon i klepie holenderskie słówka lub robi Mobilny Kurs Sommeliera.
Wychodzę z przymierzalni (a zbliżają się urodziny/Dzień Kobiet/Europejski Dzień Mózgu (18 marca)/Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę Płacy (22 wrzesień). Żaden gest ani uśmiech nie jest w stanie go naprowadzić na ten trop, że ja – towarzyszka życia upodobałam sobie daną rzecz na prezent.
Faceci są naprawdę z innej planety, bo kiedy już naprawdę biorę coś do przymierzalni i przy dobrych fluidach to coś na mnie pasuje to znaczy, że muszę i pragnę TO mieć. Żadna kobieta nie przegapiłaby tego blasku w oczach i mokrych z ekscytacji dłoni.
A mężczyznę? Najpierw muszę oderwać od telefonu, zaprowadzić, pokazać palcem i jeszcze rozmiar podać i dodać wielkim literami: „Chciałabym to dostać na urodziny”. Samo „Podoba mi się” nie będzie dla niego zbyt wymowne i zlekceważy ten komunikat. A już najlepiej to zrobić zdjęcie telefonem, dopisać sklep, rozmiar i wysłać MMS-em.
Możecie pomyśleć, że mój mąż mnie nie zna skoro nie potrafi mi kupić prezentu. Zna mnie i to bardzo dobrze, ale mamy inne gusta. On nie potrafi się wcielić we mnie i na zakupach spojrzeć na rzeczy moimi oczami i kiedy nie ma konkretnego pomysłu to woli nic nie kupić (bo dno szafy to nie Narnia i więcej nietrafionych prezentów nie przyjmie).
Anegdotka: Zachorowałam ostatnio na pewne buty. Kosztują sporo, więc ciągle o nich TYLKO myślę. Mam już do nich 5 różnych stylizacji i widzę oczami wyobraźni jak cudownie w nich wyglądam. Pokazuję je mężowi. On robi wielkie oczy i mówi: „No, takie miał Anaruk chłopiec z Grenlandii. Kupiłabyś sobie skórzane, do kolan, najlepiej na obcasie”. Taaaa, na plac zabaw nadają się idealnie.
Mam na niego mały haczyk. Czyta mojego bloga, codziennie. Komentarze również:) To prawie tak samo jakby czytał mój pamiętnik, wie co siedzi u mnie w głowie. Po ostatnim wpisie o Prezenty dla niej dostałam 2 miesiące później ozdobny pasek do aparatu, który był w inspiracjach. Czyli zadziałało. Za chwilę Walentynki, a lada dzień Dzień Kobiet, Dzień Matki i milion innych okazji, więc chciałabym zaktualizować moją listą z prezentami. Wiem, że macie podobny gust i również skorzystacie.
Poniżej przedstawiam moje typy na „bezpieczne” prezenty, które można kupić dyskretnie bez wypytywania o rozmiar lub wielkość.
Wpis powstał we współpracy z Zalando – sklepem, gdzie znajdziecie mnóstwo inspirujących pomysłów na prezenty: https://www.zalando.pl/pomysl-na-prezent/
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
Uwielbiam wyjazdy. Już sama świadomość, że za jakiś czas opuścimy nasze małe mieszkanie powoduje u mnie nie małą ekscytację. To właśnie w tym czasie jesteśmy tylko dla siebie i nadrabiamy ten, czas, który tak szybko leci pomiędzy śniadaniem, praniem, sprzątaniem i innym prozaicznymi czynnościami dnia codziennego. Lubię kiedy jest czas na wszystko, nikt się nie spieszy, mniej jest nerwów, a więcej rozmowy i wspólnego spędzania czasu.
A tu łapcie wpis, w którym omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!
Chciałam ten czas spędzić wyjątkowo, a nie na kanapie przed telewizorem. Dlatego doszłam do wniosku wraz z moim przyjaciółkami, że możemy ruszyć się gdzieś dalej. Nasze dzieci są już na tyle duże, że bez problemu odnajdą się w nowej sytuacji, a my przy okazji wypoczniemy, nagadamy się za wszystkie czasy i spędzimy fajnie Sylwestra. Wpadłyśmy na pomysł wyjazdu całą ekipą: 6 osób dorosłych, 2 dzieci i kot. Zaczęłyśmy poszukiwania miejsca idealnego.
Hotele nie wchodziły w rachubę, ponieważ cena z balem powaliła nas na kolana. A poza tym zależało nam żeby nie zamykać się w swoich pokojach i spotykać tylko na posiłkach, a rzeczywiście spędzić ten czas razem. Zdecydowaliśmy się na agroturystykę – najlepiej bez właściciela w domku. Długo nie musiałam szukać. Nasz domek znalazł nas sam. Pojawił mi się któregoś dnia na facebookowej tablicy. Weszłam na stronę i już wiedziałam, że nasz wyjazd spędzimy w Wiejskiej Zagrodzie Podlasie, a był dopiero początek października.
Jak wiecie pochodzę z tych okolic i każdy wyjazd w tamte strony sprawia, że czuję się jakbym wróciła na podwórko do mojej Babci.
Kiedy sprawdziłam lokalizację domku- byłam już niemal pewna. Białowieża, Narewka, Hajnówka, Puszcza Białowieska to miejsca gdzie spędzałam wakacje- najczęściej na koloniach. Kojarzy mi się wciąż z beztroską i totalnym kontaktem z naturą. Chciałam zabrać rodzinę i przyjaciół w takie miejsce, które będzie dla mnie wyjątkowe.
Sporo w okolicy się zmieniło, więc jak to ja zrobiłam odpowiedni research i zaprosiłam najbliższych na wycieczkę po moim dzieciństwie.
Kilka słów o Wiejskiej Zagrodzie Podlasie. Kontaktowałam się z właścicielami drogą elektroniczną. Bardzo szybko sfinalizowaliśmy rezerwację, bo bałam się, że ktoś może nam to miejsce sprzątnąć sprzed nosa. Właściciele cierpliwie odpowiadali na 100 meili, które wysyła matka przed wyjazdem;) Upewniłam się czy wszystko czego potrzebujemy jest na miejscu oraz czy może z nami jechać kot. Dostałam bardzo miłą wiadomość, że kot nawet MUSI z nami pojechać.
Pozostało nam tylko odliczać dni do wyjazdu. Nie było to takie łatwe, bo wszyscy nie mogliśmy się doczekać.
Zapakowaliśmy walizki i ruszyliśmy na wschód. Z przyjaciółmi spotkaliśmy się na miejscu, a domek otworzyła nam przemiła Pani sąsiadka, która zajmuje się kwaterą. Powitał nas przepiękny, bardzo stary dom urządzony w folkowym stylu. Wciąż jestem zauroczona tym miejscem. Domek jest niewielki, ale bardzo przytulny. Na dole: salon, kuchnia, jadalnia i łazienka, a na górze 3 sypialnie i łazienka.
Spokojnie zmieszczą się tu 3 rodziny z dziećmi. W każdym pokoju jest nawet łóżko dla dzieci- odpowiednio przygotowane przez właścicieli. Muszę też napisać o udogodnieniach. W domu jest pralka, lodówka, a nawet zmywarka. Można tu przyjechać na cały tydzień i korzystać z tych wszystkich wygód.
Dla dzieci jest wysokie krzesełko, wanienka, a nawet kącik do zabawy ze stolikiem krzesełkami oraz zabawkami i książeczkami o żubrach.
Łazienka z małą sauną i pralką
Teraz trochę o miejscach, które warto odwiedzić. Białowieża jest oddalona o 14 km od domku. Warto wybrać się drogą przez Puszczę Białowieską- cudowne widoki gwarantowane. W Białowieży jest kilka dobrych miejsc na obiad. Jedno z nich to Restauracja Carska- prowadzonych przez Gesslerów. Samo miejsce jest naprawdę urocze, bo restauracja znajaduje się w zabytkowy budynku dworca kolejowego zbudowanego dla Cara Mikołaja. Jedzenie jest bardzo dobre, jednak ceny są dość wysokie. Dlatego też szukaliśmy innych miejsc na obiad. Po skończonym posiłku warto wyjść drugą stroną i zwiedzić zabytkowe wagony kolejowe.
Park i Muzeum
Cerkiew z ołtarzem zrobionym w całości z porcelany
Przy parku jest jeszcze Stacja Białowieża Pałac z edukacyjnym placem zabaw – wstęp jest płatny.
Jeżeli macie chęć na basen to polecam Hotel Żubrówka – świetne spa i basen z brodzikiem dla dzieci.
Na przeciwko tego hotelu jest sklep Jarzębinka – wstąpcie tam po Bułkę białowieską – drożdżowe zawijasy z cynamonem, mniam!
W Białowieży warto jeszcze odwiedzić kawiarnię Walizka i zjeść obiad w Stoczku (zróbcie najpierw rezerwację).
W okolicy Mikłaszewa polecam na obiad Bojarski gościniec– (oddalony o 3 km) bardzo dobra zupa soljanka i pierogi:)
Możecie też się wybrać do Hajnówki – tam polecano mi Restaurację Starówka z kącikiem dla dzieci oraz basen.
Za Białowieżą w stronę Tersmisk jest Sioło Budy – przepyszne jedzenie i skansen.
Z racji tego, że podczas naszego temperatura na zewnątrz była mocno na minusie (-19) nie mogliśmy korzystać z dobrodziejstw Puszczy, ale z pewnością warto się tam wybrać z dzieciakami-zobaczyć dziką naturą, a nawet spotkać żubra. W tamtych okolicach sezon trwa cały rok, ale myślę, że na wiosnę może być jeszcze bardziej uroczo.
Serdecznie Wam polecam Wiejską Zagrodę Podlasie na wyjazd z dziećmi. Jestem pewna, że będziecie chcieli tam wrócić, bo z pewnością jeszcze tam zawitamy.
Dziś rozprawiam się z niektórymi zakazami wypowiadanymi często z automatu przez rodziców i osoby z bliskiego otoczenia. Nie przepadam za takimi nieprzemyślanymi komunikatami i często sama gryzę się w język w trakcie wypowiadania podobnego zwrotu.
Ogólnie staram się nie używać zwrotów, które zaczynają się na „nie”. Mózg dziecka często go nie słyszy i pozostaje komunikat „…skacz” „…gadaj” itd. dlatego lepiej jest zabraniać przez zaprzeczenie, czyli zamiast „Nie skacz” lepiej jest powiedzieć „Idź spokojnie” albo „Cicho”.
No nie skacz, bo się przewrócisz, nogę skręcisz lub się spocisz. Naprawdę to takie straszne, że dzieci skaczą? Niektóre nawet nie chodzą, a przemieszczają się skacząc. Dlaczego skakanie jest im potrzebne? W czasie tej aktywności ćwiczą siłę mięśniową, układ proprioceptywny oraz równowagę.
Takie skoki uczą układ mięśniowy odpowiedniego balansu ciałem oraz przygotowują ciało do bardziej skomplikowanych czynności. Ja, osobiście dzieciom zazdroszczę tej ciągłej potrzeby ruchu i z przyjemnością na nie patrzę.
Dziecięce ciało potrzebuje ruchu i jak już tylko zdobędzie podstawowe umiejętności w tym zakresie to nie da się ich zatrzymać. O ile jestem w stanie zrozumieć, że biegać nie wolno np. w sklepie lub na ważnych uroczystościach- to w domu, czy na podwórku jest to wręcz wskazane.
Bieganie (taka zwykła czynność) ćwiczy bardzo wiele funkcji. A jeżeli Wam to przeszkadza to pomyślcie, że za 7-8 lat siłą dzieci z domu nie wypchniecie i będziecie wspominać z sentymentem swoje ruchliwe dziecko zalegające teraz z tabletem na kanapie.
„Stop! To gorące, ostre, kłujące lub trujące”- brzmi zdecydowanie lepiej. W innych przypadkach rzadko kiedy jest usprawiedliwione. Dzieci uwielbiają zostawiać ślady swoich łapek na wszystkim. Nie ma co się im dziwić- tak poznają świat. Dzięki doznaniom sensorycznym uczą się o wiele więcej niż tylko drogą słuchową. Także pozwólmy im eksplorować świat małymi rękami.
Tak jak już wielokrotnie pisałam: odpowiednia stymulacja dotykowa wpływa pozytywnie na rozwój mowy ponieważ ośrodki odpowiedzialne za te funkcje są położone w mózgu niedaleko siebie.
Ja też bym chciała być ciągle wyżej jakby moje pole wzrokowe kończyło się na wysokości stołu. Lepiej jest widzieć więcej, bo to umożliwia dzieciom poznanie świata. A dodatkowo w trakcie pokonywania kolejnych centymetrów ku górze dzieci ćwiczą mięśnie i układ proprioceptywny. Uczą się też na ile ich ciało jest w stanie sobie poradzić z przeszkodą.
Mam w domu nieposkromioną gadułę. Gdyby mogła to by gadała nawet przez sen. Czasami mam ochotę posiedzieć w ciszy. Nawet wyłączam wtedy radio. Proszę ja bardzo o zwyczajną ciszę i szukam na ten czas jakiejś angażującej zabawy. Kiedy ma bardzo zajęte ręce to wtedy jest cicho właśnie z tego względu, o którym pisałam w punkcie 3.
Mam wypisać wszystkie plusy rozmowy z dzieckiem? Chyba się nie da, bo jest tego mnóstwo. Nie proszę ją nigdy żeby nie gadała, ale jak mam dość lub mam ważną rozmowę przez telefon szukam czegoś interesującego co ją zajmie na chwilę. Uwaga! To może być nawet ugotowane jajko do obierania;)
To nie jest możliwe. „Pilnuj porządku” brzmi lepiej, ale chyba dla 10-letniego dziecka. Mimo tego, że w domu mamy wiele zasad (niektóre z pedagogiki Montessori) to nie ma możliwości żeby dziecko odkładało zabawkę na miejsce tuż po skończonej zabawie-nawet jak ma ich mało. Jak ma się dzieci jest i bałagan- trzeba się do tego przyzwyczaić.
Nigdy się nie dowiemy jaki pomysł na zabawę ma dziecko i czy akurat tego wszystkiego nie potrzebuje.
Tak, ja też często automatycznie używam tego zwrotu i zawsze gryzę się w język. Wiecie dlaczego? Bo ona tego zwrotu nie rozumie- zwyczajnie nie wie co to znaczy, a ja tylko się denerwuje, że jesteśmy spóźnieni. Ten zwrot jest zbyt abstrakcyjny. Jeżeli tak jak ja- jesteście super hiper punktualni to dodajcie sobie zawsze te 15 min przed wyjściem- inaczej stres i nerwy gwarantowane.
Dzieci to nie są dorośli – dużo czynności robią wolniej, albo robią coś- zagapią się na kropelkę deszczu na oknie i się zawieszą. Potrzebują też dodatkowego czasu na poprawienie błędów (np. założą buty odwrotnie). Pozwolenie na autokorektę jest bardzo potrzebne do kształtowania poczucia własnej wartości. A najlepiej jak dziecko samo to zauważy, a nie po naszej uwadze.
A jak już gdzieś idziemy i się spieszymy to najczęściej mówię „Szybciej przebieraj nogami” i wtedy pomaga, dokładnie wie co ma robić. Ja często też od niej słyszę ten zwrot i jest kwita:)
Tak wiem, jest to potrzebny zwrot. Ale warto się zastanowić czy czasami nie jest używany na wyrost (tak z automatu). Przy sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu jest jak najbardziej wskazany, ale przy wchodzeniu na schody, nalewaniu wody do kubka z dzbanka czy wchodzeniu na krzesło? Takim komunikatem często wyrywamy dziecko ze skupienia, które towarzyszy danej czynności. Dajemy również znać, że nie mamy zaufania co do umiejętności dziecka i szczerze w je wątpimy. W takich sytuacjach lepiej stanąć blisko i w porę zareagować lub pozwolić na popełnienie błędu. Taka lekcja będzie bardziej pouczająca niż jakiekolwiek komunikaty.
No cóż ja mogę na ten temat napisać. Płakać wolno, a nawet trzeba. Potrzeba wyrażenia emocji u dzieci jest tak silna, że płacz przybiera różne postaci, o czym często zapominamy. Nam najbardziej kojarzy się ze smutkiem i nie chcemy żeby nasze dzieci były smutne- stąd ten komunikat. A dzieci płaczą bo: są zmęczone, są przestymulowane bodźcami, tęsknią, źle się czują, mają zły humor albo nie wiedzą co chcą i też płaczą. To naprawdę najzdrowszy ze sposobów wyrażania emocji.
Na ten tekst mam szczególną alergię. Co to znaczy być grzecznym dla dziecka? Nic- bo nie rozumieją tego słowa. Jeżeli zależy nam na spełnianiu naszych próśb używajmy bardziej szczegółowych komunikatów. A stosowanie polecenia „bądź grzeczny” właściwie do każdej sytuacji jest niewłaściwe. Nakazujemy dzieciom, aby nie mogły pokazać prawdziwego siebie. Pisałam o tym we wpisie O moim niegrzecznym dziecku
Jeżeli spodobał się Wam ten tekst lub otworzył oczy kliknijcie „Lubię to” na nebulowym Facebooku lub nawet udostępnijcie
A tu łapcie Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka
A tu znów są dostępne moje Książki dla najmłodszych dzieci – wspierające rozwój mowy
*Tytuł to cytat z wiadomości od jednej z czytelniczek
Są naszą podporą, dają nam poczucie przynależności, pomagają jak najlepiej potrafią. Dziadkowie, za chwilę ich święto. Jaką rolę pełnią w życiu naszych dzieci oraz naszym? Dziś chciałabym napisać o NICH. O naszych bliskich.
Zmieniły się trendy, moda i podejście. Kiedyś dzieci jak ryby głosu nie miały. Teraz często są osobami decyzyjnymi w rodzinie. Nasi rodzice mają okazję bacznie obserwować te zachodzące bardzo dynamicznie zmiany.
„Załóż kapcie, bo będzie chory”—> „Ale my stosujemy zimny chów i może chodzić boso”
„Nie noś jej tyle, bo się przyzwyczai”—>”Bliskości nie da się przedawkować”
To tylko przykładowe rady jakie możemy usłyszeć od rodziców, ale są skierowane w wychowanie naszych dzieci. Zazwyczaj na wszystko inne co nie zawiera się w naszej teorii wychowania reagujemy alergicznie. Mało tego, często nie pozwalamy nawet na inne metody w obawie o dobro naszych dzieci. A wiecie, że dziadkowie też chcą dobrze? Chcą nawet najlepiej.
Nie było podręczników ani wielu wydumanych teorii na ten temat. Zaspakajało się podstawowe potrzeby dziecka i tyle. Nikt się nie zastanawiał czy nadmiar cukru może szkodzić i czy chodzenie na boso stymuluje układ dotykowy. Przez migracje do innych miast w poszukiwaniu pracy jesteśmy często oddaleni od rodziców o setki kilometrów.
Zapewniamy dzieciom sporadyczny kontakt od święta i często wymagamy od dziadków respektowania naszych zasad. A dziadkowie, jak to dziadkowie- spragnieni kontaktu chcą naszym pociechom dać przysłowiową gwiazdkę z nieba.
Czekała na mnie odłożona porcja czekoladowych cukierków i ciastek. Babcia z dziadkiem od samego przyjazdu dogadzali wnukom. Ulubione potrawy pachniały na stole (wszystkie na słodko), pachnący truskawkami kompocik i oczywiście deser.
Dziadek przezywał mnie „Anka Cyganka”- wtedy okropnie mnie to denerwowało – a teraz wiem, że w taki sposób okazywał zainteresowanie, a po kieszeniach upychał cukierki. Kiedyś nie rozmawiało się w otwarty sposób z dziećmi- nie byli dobrymi interlokutorami. Z dziećmi można było się powygłupiać, a miłość okazywano przez jedzenie.
bo przeczytaliśmy Stein, Cohena i innych psychologów. Najlepszym nauczycielem jest życie. A ten kto żyje dłużej ma większe doświadczenie. Dziadkowie mają zupełnie inne podejście do naszych dzieci niż mieli do nas- jako rodzice i nie możemy mieć o to pretensji. Dlatego też często to powoduje konflikty. Nie możemy patrzeć na swoich rodziców przez taki pryzmat. Oni mają teraz inną rolę. Są dziadkami z wszystkimi przywilejami. Mają swoje podejście i my musimy to uszanować. My musimy wyjść w pewnym stopniu z roli ich dzieci. To my w domu- stawia
my granice i pilnujemy ich jak Cerber, a każdą próbę wkroczenia w te zasady traktujemy jako zamach. Moim zdaniem jest to bardzo złe podejście. Musimy pozwolić dziadkom być dziadkami. Z tymi cukierkami i wszechobecną troską. Jeżeli na czymś bardzo nam zależy to po prostu zakomunikujmy ten fakt.
Czasami pewnych rzeczy ciężko jest się domyślić. Dzieci potrzebują różnorodności i w żaden sposób nie zachwieje to ich poczucia bezpieczeństwa. Dajmy dziadkom więcej luzu. Ja już przymykam oko na codzienny słodki kisiel, bo wiem, że moja córka będzie miała właśnie takie wspomnienie z dzieciństwa- „Mama, nie dawała mi cukru, ale u babci zawsze mogłam liczyć na słodki kisielek”. Sami zobaczycie:)
Za oknem nieśmiało zawitała zima. Taka prawdziwa: ze śniegiem, obrazkami z lodu na oknie i malowniczymi krajobrazami. Mróz przyjemnie szczypie w policzki, a nogi same się wyrywają do podjechania pół metra po zamarzniętej kałuży.
Banałem będzie stwierdzenie, że przez prawie 20 lat mojego życia nie lubiłam zimy, bo pewnie każdy tak ma. Dopiero kiedy pojawiają się na świecie dzieci zmienia nam się optyka i powracają wspomnienia z dzieciństwa.
Z każdym dodatkowym centymetrem śniegu przenoszę się do ferii zimowych u mojej babci i dziadka na wsi. Na ten temat można by było opowiadania wydać.
Budziły nas promyki słońca, które nieśmiało próbowały przebić się przez mrozowe malunki na szybach. Wygrzebywaliśmy się spod ciężkich pierzyn i szybko biegliśmy do kuchni żeby jak najszybciej usiąść na nagrzanej już ścianówce z kafli. Nie lada wyzwaniem było zmieszczenie się 6 małych ciałek na powierzchni jednego metra.
Grzaliśmy się i czekaliśmy na ciepłą zupę mleczną, która już bulgotała na piecu w garnku. Babcia zawsze pilnowała żeby nie zrobił się kożuch, no kto go lubił? Zjadaliśmy na prędce po dwa talerze i zaczynaliśmy snuć plany. Śniegu zazwyczaj było bardzo dużo, więc możliwości na spędzenie całego dnia na zewnątrz również.
Narty? Były tylko jedne biegówki. Sanki? 2 pary. Łyżwy? 2 pary na sześcioro. Figurówki o 5 rozmiarów za duże i powykrzywiane hokejówki. Nie przeszkadzał nam brak asortymentu sportowego. Mieliśmy jeden najważniejszy: wyobraźnię!
Zakładaliśmy po 4 pary spodni- ostatnią już po starszym rodzeństwie, bo się nogi nie mieściły od ilości warstw. 2 pary skarpet, a na to jeszcze wełniane robione przez babcię. Wszystko to ściągaliśmy ze sznurka przy piecu, gdzie się suszyły jeszcze z poprzedniego dnia.
Niektóre nabrały dziwnej sztywności. Do tego ciepłe swetry i kurtki lub kożuchy. Na głowę ciepłe czapki, na szyję szaliki (czasami po dwa) i rękawice palczatki. W takimi stroju ledwo się ruszaliśmy, ale byliśmy gotowi jak Jerzy Kukuczka na Everest.
Nie było bielizny termicznej i koszulek merino. Buty przemakały nam po około godzinie, bo nie miały żadnej membrany. Wiatr przez wszystkie warstwy ubrania lizał naszą delikatną skórę. Nikomu to nie przeszkadzało, bo nie było nam zimno. Ciągle byliśmy w ruchu.
głodni, wyziębieni, nieprzytomni ze zmęczenia. Ubrania od śniegu i lodu były sztywne. Przed wejściem obowiązkowo najstarsi obmiatali wszystkich miotłą zrobioną z gałęzi, bo wyglądaliśmy jak bałwany. Oblepieni cali śniegiem i lodem, a tylko poniżej czapki świeciły się szczęśliwe oczy.
Policzki malowane różem firmy Dziadek Mróz w kolorze buraczkowa czerwień. Zawieszaliśmy mokre ubrania na sznurek przy piecu i przebieraliśmy się w piżamy. Jedliśmy jajecznicę z 12 jaj prosto z patelni postawionej na stołku i zagryzaliśmy domowym chlebem z masłem. Po kolacji graliśmy jeszcze w karty i zasypialiśmy pod wielkim pierzynami przy ciepłym piecu.
Teraz wychodzimy maksymalnie na godzinkę i już mamy dość. Ubrani w membarny i merino szczękamy zębami z zimna. Brakuje nam ruchu, a przede wszystkim towarzystwa do zabawy. Bardzo nad tym ubolewam. Dlatego staram się zapewniać od początku sporą dawkę ruchu w zimowej aurze. Sanki, spacery, a w tym tygodniu debiutujemy na tafli lodowiska.
Chciałabym aby moje dziecko zimę traktowało tak jak ja- jako okazję do spędzenia aktywnego czasu na zewnątrz, a nie tylko powodu do marudzenia.
W moich latach dziecięcych nie brakowało mi specjalistycznej odzieży czy sprzętu sportowego. Jednak jest jedna rzecz, której brak odczuwam do dziś. Od długiego czasu spędzonego na zewnątrz i nie zabezpieczonej odpowiednio skóry miałam odmrożenia. Przez to, że skóra na twarzy jest bardzo delikatna, a w połączeniu z wilgocią od biegania popękały mi naczynka na policzkach.
Do dziś borykam się z tym problemem. Niestety, nie wygląda to estetycznie. Dlatego mam pewną zimową obsesję. Jest nią odpowiednia pielęgnacja delikatnej skóry, która narażona jest na mróz, chłód i zimny wiatr. Od samego początku dbam o to, żeby córka zawsze przed wyjściem (około 20 minut) miała zabezpieczoną skórę twarzy.
Nawet jak 3 lata temu była 4 miesięcznym berbeciem, leżącym w głębokiej gondoli i zasłonięta budą zawsze używałam kremu na zimę.
kupiłam już pod koniec listopada. W mojej ulubionej aptece miałam akurat chwilkę i mogłam spokojnie zobaczyć co jest w ofercie. Chwyciłam za niewielki sztyft, przeczytałam skład i oniemiałam.
To jest coś czego szukałam: brak wody w składzie, masło shea, które bardzo dobrze natłuszcza (zimą nie nawilżamy) najbardziej narażone na działanie zimna strefy (usta, nos, policzki). Odżywia i przede wszystkim chroni. Można go stosować od pierwszych dni życia.
Forma aplikacji jest genialna! Mój mąż nienawidzi smarować Lilki kremami. A tu nie mamy kontaktu z preparatem. Bezpośrednio ze sztyftu nakłada się na skórę. Nawet dziecko jest samo w stanie to zrobić. Po aplikacji nie mamy tłustych rąk. Niewielki rozmiar ułatwia zabranie nam go na podwórko i w razie potrzeby możemy wyjąć go z kieszeni i posmarować wytarte usta. A teraz to co lubię najbardziej. Po sezonach zimowych zostawały mi resztki kremu w tubce. Wyrzucałam go po jakimś czasie. A ten sztyft będzie z nami do końca do smarowania ust jako pomadka.
Prawda jakie to genialne? Cena też jest przyzwoita, więc uważam ten sztyft za odkrycie roku.
Jako uzupełnienie zimowej pielęgnacji wybrałam krem z tej samej serii Cold Cream Krem do twarzy. Jest to
do skóry suchej i narażonej na przesuszenia od pierwszych dni życia. Bardzo spodobał mi się jego skład, bo poza ochroną przed zimnem dodatkowo skórę odżywia.
Ma w składzie olejek Avocado, Masło Shea i olejki roślinne. Dodatkowo Ceramidy dostarczają skórze brakujących lipidów. Ten krem pozostaje na skórze nawet do 8h. Wygodna aplikacja (dla mnie, bo mąż używa tylko sztyftu;) i niewielki rozmiar sprawiają, że mam go zawsze w torebce i używam w razie potrzeby. Cena jest podobna jak sztyftu- mniej niż 20 zł.
Oba kosmetyki testowaliśmy w ekstremalnych warunkach pogodowych -18 stopni i dały radę. Sama też ich używałam i potwierdzam działanie.
Jak to dobrze, że skończyły się czasy kiedy podczas ubierania w kombinezony i smarowania kremem musiałam stawać na głowie żeby nie płakała. Teraz robi to z przyjemnością, bo wie, że na zewnątrz czeka ją sporo atrakcji.
Razem z marką Mustela przygotowałam dla Was konkurs ze wspaniałymi nagrodami. Wystarczy pod tym wpisem zostawić komentarz z dokończeniem zdania „Lubię zimę, bo…”. Konkurs będzie trwał do 27.01.2016 r. do północy. Wśród zainteresowanych wybiorę 3 najciekawsze wypowiedzi, które otrzymają taki Zestaw zimowy, który zawiera:
A my lubimy zimę, bo… TAK:)
Mama też dba o usta:)
A tata dba o takie atrakcje:
A po takiej aktywności tylko grzanie przy piecu kaflowym
Zdjęcia zostały wykonane w bardzo klimatycznym miejscu: Wiejska Zagroda Podlasie
Regulamin konkursu Regulamin Mustela
Bardzo dziękujemy za wszystkie ciekawe odpowiedzi. Zima na chwilę nas opuściła, ale mam nadzieję, że jeszcze wróci.
Nagrodzone komentarze:
27 stycznia 2016 at 19:43
Lubię zimę bo … rok temu zimą urodził się mój syn i teraz zima zawsze będzie kojarzyć mi się z jego narodzinami w piękny biały zimowy wieczór.Lubię zimę za … wspomnienia z dzieciństwa kiedy wieczorami tata zabierał mnie i mojego brata na spacer do lasu gdzie rzucaliśmy się śnieżkami lub robiliśmy orzełki na śniegu, kiedy uczyłam się jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.
Lubię zimę za … wspomnienia z dorosłego dzieciństwa kiedy wyjeżdżaliśmy w góry gdzie przez cały dzień brnęliśmy w śniegu po pas z plecakami na plecach a potem dla rozgrzewki biegaliśmy boso po śniegu.Lubię zimę bo … kojarzy mi się z kursem turystyki zimowej, ze wspinaczką po lodospadzie i wycieczką na Zawrat i najpiękniejszymi zimowymi widokami Tatr.
Lubię zimę za … wspomnienie pobytu w schronisku w Dolinie Roztoki, gdzie razem z mężem byliśmy jedynymi gośćmi, grzaliśmy się przy kominie po całodziennych wycieczkach i objadaliśmy oscypkiem z żurawiną.
Lubię zimę bo … kojarzy mi się z urodzinami mojego męża, który jak nie był jeszcze moim mężem organizował imprezy urodzinowe przy ognisku co bardziej dymiło niż się paliło.
Lubię zimę bo … w nocy po nakarmieniu synka można usiąść w kuchni na stole z kubkiem gorącej herbaty i gapić się bez końca na płatki śniegu wirujące w świetle lamp ulicznych.
Lubię zimę za … ciepło i ciszę krajobrazu
Lubię zimę bo … mam nadzieję z każdym rokiem dopisać kolejne piękne wspomnienia czasu spędzonego z rodziną czy to w lesie za naszym domem czy też w moich ukochanych Tatrach.
—————————————————————————————————————————
20 stycznia 2016 at 08:36
Lubię zimę, bo ….Bo bezkarnie mogę zjeżdżać z wrzaskiem na sankach z górki i nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę- przecież mam dzieci i świetnie się z nimi bawię.Bo cały szary świat jest przykryty białą kołderką ze śniegu, który skrzypi rano pod stopami moich dzieci.Bo moje dzieci po zabawie na śniegu mają policzki rumiane jak najsłodsze jabłka.Bo można urządzać bitwy na śnieżki i mam okazję w wieku 31 lat poczuć się jak dziecko.Bo jest zimno:)Bo też pochodzę z Podlasia, krainy zimnem słynącej i mam bardzo podobne wspomnienia z dzieciństwa do Twoich:)
20 stycznia 2016 at 09:04
Lubię zimę, bo przychodzi tuż po szaroburej jesieni, zjawia się po cichutku, kiedy to ni stąd ni zowąd za oknem zaczyna padać śnieg! Najpiękniejsze są te ogromne białe płatki, wirujące wesoło i przykrywające wszystko, co spotkają na swojej drodze. I wtedy nie ważne kim się jest i ile ma się lat – człowiek po prostu wzdycha i uśmiecha się do siebie.
Później już tylko czekać na bezchmurne niebo, oślepiające słońce i wielki mróz… trzeba ciepło się ubrać (tak, żeby ledwo móc się w tym ubraniu poruszać), nasmarować porządnie policzki i nosy i gotowe! Można ruszać – na spacer, na sanki, na narty, na łyżwy, z dziećmi, z ciocią, z babcią, z ukochanym, ukochaną czy z psem – wszystko jedno! Ważne, żeby spacerując usłyszeć pod butami skrzypiący śnieg i poczuć wiatr w oczach zjeżdżając na sankach.
A gdy już dość tego mrozu, nosy czerwone, ręce skostniałe – pora wracać, ciepło w domu jest wtedy najcieplejsze, a pachnąca zupa najsmaczniejsza. Stopy na termofor, a w dłonie kubek gorącej herbaty z miodem, plastrem imbiru i gałązką rozmarynu… Do tego dobra książka, najlepiej w towarzystwie małej pociechy, która z równie czerwonymi policzkami jak Twoje gramoli Ci się na kolana.
Czasem z zimą nie ma żartów, kiedy mocno wieje, pada śnieg z deszczem albo mróz jest naprawdę mroźny… ale wtedy można przynajmniej bez wyrzutów sumienia siedzieć w domu i obejrzeć dobry film czy fajną bajkę, pograć w grę planszową albo upiec jakieś aromatyczne ciasteczka!No i po zimie przychodzi wiosna! Czy to samo przez się nie przemawia za tym, aby zimę lubić?
Autorów wyróżnionych komentarzy proszę o kontakt w ciągu 7 dni na adres e-mail: kontakt@nebule.pl
Kto będzie pierwszy ten wybierze sobie kolor Misia:)
Minął tydzień od ogłoszenia wyników i nie nie zgłosiła się jedna osoba. Wg regulaminu wybrałam kolejną osobę:
Czekam na wiadomość kontakt@nebule.pl z danymi do wysyłki
26 stycznia 2016 at 20:48
Lubię zimę, bo mimo iż nie jest to już taka zima, jaką zapamiętałam z dziecięcych lat, to wciąż ta pora roku sprawia, że moje wewnętrzne dziecko szaleje. Widząc spadający z nieba śnieg, otwieram buzię i łapię co większe płatki, szuram butami po świeżym puchu, albo dziarsko przemierzam białe chodniki, skrzypiące pod podeszwami. Jakby tylko nadarzyła się okazja, wsiadłabym na sanki i zjeżdżała żwawo z górki, drąc się w niebogłosy. Innym razem sturlałabym się po bielutkim zboczu, by u dołu wstać, otrzepać się, powiedzieć sobie (a raczej temu dziecku we mnie), „no już, wystarczy, pora do domu”.
Lubię zimę, bo mimo iż słońca jest jak na lekarstwo, a katar i kaszel to niejako nieodłączne jej składowe, jest w tej porze roku coś uroczego, magicznego. Magia zimy łączy się w mojej głowie ze Świętami, które przecież od dobrych paru lat są raczej wiosenne niż zimowe, a mimo to wyobraźnia działa na pełnych obrotach… I kiedy prezenty zjawiają się pod choinką, to mogę dać sobie uciąć rękę, że są lekko zziębnięte i opruszone śnieżną pierzyną.
Lubię zimę, bo jako kierowca z prawie dziesięcioletnim stażem właśnie zimą czerpię z jazdy najwięcej frajdy. Co prawda do pasji doprowadzają mnie inni uczestnicy ruchu, którzy na widok śniegu zwalniają i tempem dorównują matkom wózkującym, ale jakoś przymykam na to oko. ? Uwielbiam natomiast zbaczać z miejskich szos i odwiedzać co bielsze parkingi lub opustoszałe drogi, by sprawdzić się jako kierowca w warunkach dla mnie ekstremalnych. Po takim treningu lekkie poślizgi w białej miejskiej dżungli mi nie straszne – wiem, jak hamować, by opanować samochód, a przede wszystkim wiem, jak opanować emocje i nie dać się porwać panice.
I choć kocham lato, słońce, rozgrzany piasek pod stopami, to lubię zimę!
Dziadkowie Lilki proszeni są o nie zaglądanie do tego posta:)
Również w tym roku stwierdziłyśmy, że takie prezenty będą najlepsze. Chciałam żeby to były użyteczne rzeczy, a nie zbieracze kurzu.
Dziś pokażemy, co fajnego razem zrobiłyśmy dla Dziadków z południa Polski i ze wschodu. Będą to w sumie dwa różne pomysły.
Potrzebujemy:
Zaczynamy od odmierzenia kawałka chusteczk i- tak aby pasował do świecy. Następnie chusteczkę naklejamy na kartkę papieru (na brzegach) taśmą klejącą- ułatwia to rysowanie po niej. Dziecko wykonuje rysunki, możemy wykropkować litery do połączenia (dla nie piszących). Następnie odklejamy delikatnie chusteczkę i oddzielamy warstwy.
Potrzebna jest nam tylko jedna (górna). Przykładamy chusteczkę do świecy i owijamy papierem woskowanym. Następnie włączamy suszarkę i kierujemy źródło ciepła na świecę. Robimy tak, aż chusteczka wtopi się w świecę. Gotowe!
Na kubku dziecko rysuje dowolne wzory lub pisze litery. Odstawiamy kubek do oschnięcia na 4 h. Następnie wkładamy go do nie nagrzanego piekarnika do utrwalenia na 90 min na 160 stopni. Dzięki temu zabiegowi napisy będą trwałe i nie zejdą nawet w zmywarce.
Wykropkowałam litery:
Dziecinnie proste:)
*A niektóre są nawet za 0 zł
Często chcemy ofiarować naszym dzieciom coś specjalnego. Takiego, żeby zaparło im dech w piersi i zaczęły skakać z radości krzycząc „Wow, wow, wow!”. Staramy się znaleźć coś wyszukanego, niebanalnego i bardzo angażującego. Poświęcamy na to długie godziny tylko po to, żeby sprawić dziecku radość.
A tymczasem im więcej czasu przeznaczymy na poszukiwania tym proporcja do reakcji naszej pociechy jest niewspółmierna. Znacie to? Ja tak! Dlatego dziś przygotowałam listę aktywności lub rzeczy, które uwielbiają dzieci bez względu na wiek. Czysta radość gwarantowana! Takie proste, a sprawia dzieciom najwięcej uśmiechu. Dodatkowo jest bardziej edukacyjne niż niejedna książka, bo doświadczone przez wszystkie zmysły.
widzimy za oknem coś interesującego, szybko zakładamy odpowiednie ubrania i biegniemy na zewnątrz. Takie obserwacje bardzo często wywołują u dzieci uśmiech, a dodatkowo uczą. A samo łażenie po kałużach w deszcz nauczy ich więcej niż niejedna lektura.
no które dziecko tego nie lubi? Uwielbiamy kolorowe banieczki unoszące się w powietrzu. A to jest zabawa za całe 2 zł:) Jeżeli pozwolimy dziecku dmuchać to dodatkowo będzie miało okazję ćwiczyć fazę wydechową.
nieważne czy darmowe, reklamowe czy takie kupione. Dzieci je uwielbiają i potrafią w kreatywny sposób wykorzystać. Można je odbijać lub malować po nich mazakami.
jeżeli codziennie pokonujecie trasy autem warto raz na jakiś czas kupić bilet i przejechać się komunikacją miejską. Jest to niezapomniane przeżycie, a nam się wydaje, że to niewygodne. Dzieci uwielbiają jeździć autobusem, tramwajem lub metrem, a jeżeli jeszcze pozwolimy im skasować bilet to gwarantuję, że będą trzymać go malutkiej rączce jak największy skarb.
kto by pomyślał, że to może być interesujące? A jednak jest i to bardzo! Pociąg odjeżdżający do Sulejówka może dziecko bardziej zauroczyć niż kucyk Pony. A jeżeli do tego umiemy dopowiadać ciekawe historie- dziecko będzie wniebowzięte.
nieważne czy w parku czy w środku miasta. Dzieci uwielbiają wrzucać kamyczki lub patyki. Jeżeli jest możliwość przebiegnięcia na drugą stronę i sprawdzenia czy ich skarb już płynie z pewnością na ich twarzy zagości uśmiech.
z rodzicem lub bez. Ta atrakcja jest bardzo pożądana w naszym domu. Sprawia wiele radości, a nic nie kosztuje, no może po jakimś czasie wymianę materaca. A dlaczego warto? Skakanie po sprężynach doskonale wpływa na układ przedsionkowy i pobudza go do pracy. Jedynie upadki mogą być niebezpieczne dlatego najlepiej upewnić się, że w pobliżu nie ma np. szklanego stolika. A nawet upadki uczą układ nerwowy reakcji obronnych;)
tania, prosta i bardzo edukacyjna czynność. Nieważne czy przy stoliku, w wannie czy na podwórku. Dzieci kochają wodę: przelewać, wylewać, psikać, zamrażać, roztapiać itd. Tyle nauki, a koszt niewielki. Dodatkowo ćwiczą motorykę małą.
mieszanie jajek i dodawanie łyżką mąki jest bardziej rozwijające niż niejedna zabawka. Do tego spędzimy razem naprawdę fajny czas, który nasze dziecko zapamięta na całe życie.
taka atrakcja za 2 zł. Mają wszystko to co dzieci kochają. Kolorowa kulka na wafelku lub patyczku często jest bardziej pożądanym obiektem niż klocki Lego. A do tego nie wiem czy wiecie lizanie lodów ćwiczy język:)
Takie proste, a sprawia tyle radości! Czas poświęcony dziecku jest najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek możemy podarować. Dlatego warto korzystać z mojej listy:)
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub wywołał wspomnienia z dzieciństwa zostaw tu po sobie ślad, kliknij lajka lub udostępnij go na Facebooku
Czyli jak zwykle lekko spóźniona garść inspiracji na styczeń.
W ubiegłym roku wisiał na lodówce kalendarz strażacki, a w tym roku ten pozytywny od Mamarak. Można go wydrukować tutaj:
Gra „Zgadnij co to jest?” do pobrania za free na różne smartfony – dla wszystkich, którzy lubią gimnastykę komórek mózgowych.
Od dawna jestem wielbicielką gier słownych, a ta jest po prostu genialna. Coś jak jednoosobowe kalambury:) – do tego świetne ilustracje i zaskakujące hasła.
Nie mogłam się już doczekać kiedy wprowadzą ten serwis do Polski. Za niewielkie pieniądze 8, 10 lub 12 euro (tyle co jednorazowy bilet do kina) mamy dostęp do nowych seriali zza wielkiej wody. Nie spodziewałam się, że będzie tak duża oferta dla dzieci. Przedwczoraj nadrabialiśmy Madagascar 3 (z dubbingiem). Nie wszystkie filmy i seriale mają dubbing lub napisy, ale widzę, że jest tego coraz więcej. Ściągnęliśmy również Netflix na Playstation i oglądamy bez specjalnego podłączania. J
eżeli nie macie konsoli do komputera możecie podpiąć TV za pomocą kabla HDMI. Z członkostwa można zrezygnować w każdym momencie bez żadnych konsekwencji. Oglądając coś na Netflix ma się wrażenie, że film jest puszczony z płyty. Nic się nie tnie i nie wiesza, jak przy innych serwisach online. Na razie nie widzę żadnych minusów. No i w końcu Lilka może obejrzeć Mother Goose Club- świetny program z piosenkami do nauki angielskiego.
Dostaliśmy na Święta od znajomych taką maszynę do popcornu. Nie dość, że stylowo wygląda to sprawdza się w 100%. Wsypuję zwykłą suchą kukurydzę i wyskakuje pyszny popcorn. Maszyna nie potrzebuje nawet grama tłuszczu, więc można powiedzieć, że jest dietetyczny:)
Moje lektury na najbliższe miesiące
Niestety Planeta organica ostatnio bardzo mi przesuszyła skalp i szukałam czegoś nowego. W ulubionej drogerii w Rzeszowie wpadłam na nowości Insight (można znaleźć online). Skład powalił mnie na kolana i od miesiąca używam tego zestawu. Jest moc!
I moje nowe hobby, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała!
Aż śmiać mi się chce jak sobie o tym pomyślę, bo chyba się starzeję. W domu były do tej pory dwa kwiatki: bonsai z 3 listkami i drugi, którego nazwy nie znam. Dba o nie mąż:)
A tu z nowym rokiem ja się za to wzięłam i szukam nowych ciekawych gatunków. Poluję również na doniczki:) Ten piękny sukulent wypatrzyłam u teściowej, która ma niesamowitą rękę do kwiatów. Mam nadzieję, że go nie zepsuję, bo będę próbować go przesadzić. Szukam teraz czegoś do Lilki pokoju żeby sama mogła o niego dbać.
Wybieram się z przyjaciółkami na „Moje córki krowy”– świetna obsada i doskonałe recenzje przekonały mnie już dawno. Teraz tylko musimy zgrać terminy.