kontakt i współpraca
Często dostaję od Was wiadomości związane z przedszkolem. Jak to jest, że niektóre dzieci uwielbiają tam chodzić, a niektóre nie? Czy kiepski początek determinuje późniejszą sympatię do tego miejsca?
Na te i wiele innych pytań postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym poście.
Zacznijmy od tego, że rodzicom jest trudno podjąć decyzję o zapisaniu dziecka do przedszkola lub żłobka. Naprawdę jest niewiele dzieci w wieku lat 3 i mniej, które same z siebie mówią, że chcą iść do przedszkola. Raczej gotowość widać w innych strefach.
Niby uwielbiają przebywać na placu zabaw, nawet przejawiają pierwsze próby zabaw z dziećmi jednak same pojęcie „Chcesz do dzieci?” lub „Chcesz chodzić do przedszkola?” jest dla nich zbyt abstrakcyjne.
Niektórzy muszą zapisać dziecko do przedszkola i niewerbalnie, a czasem i nawet z użyciem słów przekazują dziecku taki komunikat:
Sytuacje życiowe są różne – to fakt. Ale musimy przemyśleć najpierw na spokojnie ten temat. Rodzice bardzo często mają gorsze nastawienie, niż same dzieci. Wysyłają dzieci jakby miała im się stać krzywda. Pokazują tym samym dziecku, że nie są pewni swojej decyzji i mają wątpliwości. Jeżeli myślicie o zapisaniu dziecka do przedszkola, to zadajcie sobie jedno pytanie:
Jeżeli odpowiedź będzie taka, że musicie pracować i nie macie co zrobić z dzieckiem to wróćcie na chwilę do początku tego akapitu. Dzieci naprawdę to czują, że muszą tam chodzić. Wtedy adaptacja może przechodzić znacznie dłużej i nie być przyjemna, ani dla dziecka, ani rodzica.
Uważam, że szczególnie trudno jest mamom, które spędziły z dzieckiem pierwsze trzy lata życia i w końcu przychodzi ten moment kiedy dziecko może być już zapisane do przedszkola. Przynajmniej ja tak miałam, to był dla mnie trudny czas. Moje dziecko nie musiało być przedszkolakiem. Pracuję w domu i w sumie mogłabym naciągnąć dobę, tak aby do przedszkola nie musiało chodzić. Jednak ja bardzo tego chciałam.
Moim priorytetem był właśnie ten czas spędzony na swobodnej zabawie z dziećmi. Żyjemy w takich czasach, że dzieci są pod stałą kontrolą dorosłych, co nie jest do końca dobre. Jesteśmy zawsze blisko, na każde zawołanie i problem.
To jest ok i tak powinno być. Jednak chciałbym żeby moje dzieci same umiały sobie radzić w różnych sytuacjach. Owszem, czas z rodzicem jest wspaniały i jedyny w swoim rodzaju. Zależy mi jednak żeby miały również styczność z takimi sytuacjami, że koleżanka stwierdziła, że jej nie lubi lub też ktoś odmówił jej prośbom. Wolę aby takich problemów doświadczyły ze strony rówieśników. A póżniej żebyśmy mogli na ten temat porozmawiać w domu.
Nie wszystko jest tak jakbyśmy chcieli i nigdy tak nie będzie. Na początku mnie to strasznie denerwowało, ale później się przyzwyczaiłam. Na świecie chyba nie ma takiej placówki, z której w 100% byłabym zadowolona.
Mogłam napisać wpis o tym jaki pierwszy rok bywa trudny, ile to razy dziecko będzie chore (a będzie), ile razy powie, że nie chce iść do przedszkola. Ale tego nie zrobię.
Początki wszędzie bywają trudne. Adaptacja u jednych dzieci przebiega bardzo szybko, a u innych jest rozłożona w czasie. Jedne dzieci wydają się być przeszczęśliwe w przedszkolu, a po miesiącu przeżywają kryzys. A inne adaptują się długo i wylewają przy tym morze łez.
Wiem, że w przedszkolach państwowych nie ma możliwości łagodnej adaptacji, kiedy rodzic przebywa z dzieckiem w sali, a później stopniowo się wycofuje. Takich placówek jest najwięcej. Co można wtedy zrobić?
Obszerny wpis na ten temat napisałam Jak przygotować dziecko do przedszkola
Początek września to bardzo trudny czas w przedszkolu, często tworzone są zupełnie nowe grupy i kiedy pod opiekę dwóch pań trafia 30 zagubionych trzylatków to może być nawet dramatycznie. O takiej sytuacji pisała mi jedna z czytelniczek, kiedy pierwsze dwa tygodnie dzieci właściwie tylko płakały. A wiecie jak działa płacz?
Nawet jak dziecko jest w dobrym humorze, przyszło się bawić i widzi płaczące dzieci to automatycznie też zaczyna mu się udzielać.
Z czasem jest oczywiście lepiej, ale te dwa tygodnie mogą być naprawdę trudne. Warto zapytać wcześniej w przedszkolu, czy tak też będzie u Was. Jeżeli będzie tworzona nowa grupa 3- latków to na Waszym miejscu puściłabym dziecko od trzeciego tygodnia września i wiem, co mówię. Naprawdę nie macie się co martwić, że grupa już będzie zżyta i dzieci będą się ze sobą bawić.
Trochę Was rozczaruję jak napiszę, że trzylatki bawią się raczej same ze sobą i nawet po tym czasie nie wiedzą jak koleżanka czy kolega ma na imię. Po drugie, po dwóch tygodniach już wykruszają się dzieci ze względu na pierwsze infekcje. Tak, u nas dokładnie było. Dzieci jest mniej i wtedy jest zdecydowanie łatwiej.
Już teraz zapytałabym swojego pediatrę o probiotyki. Pisałam o budowaniu odporności Zbuduj dziecku odporność. Jeżeli Wasze dzieci wcześniej nie miały styczności z taką ilością dzieci (czyt. patogenów) to jednak układ odpornościowy będzie reagował. U nas chorób było sporo. Właściwie do końca marca mieliśmy system dwa tygodnie w przedszkolu – dwa tygodnie z infekcją w domu. Na szczęście nie były to poważne choroby.
Jak sobie przypomnę siebie stojącą na kolanach w kącie na woreczkach z grochem to chce mi się płakać. Naprawdę kiedyś były takie metody… Na szczęście czasy się zmieniły i dzieci nie muszą już znosić takich katuszy, które podchodzą pod znęcanie się. Gdyby podobna sytuacja zaistniałaby w naszych czasach, nie wahałabym się udać do nauczycielki, dyrekcji, a nawet Rzecznika Praw Dziecka.
Każde przedszkole ma swój system i warto o to zapytać. Jak wiadomo w przedszkolach montessoriańskich nie ma systemu kar i nagród. A w przedszkolach publicznych? To zależy od miejsca i nauczycieli. Oczywiście nagminnie używane są sformułowania „grzeczny” i ” niegrzeczny”, czyli dziecko, które słucha się nauczycielki i nie słucha. To jest temat na oddzielny wpis, bo mogłabym napisać o tym elaborat.
Absolutnie nie może być kar, które w jakiś sposób uderzają w imię dziecka. Każdą taką sytuację zgłaszałabym dyrekcji. Wiem, że niektóre placówki stosują „chmurki” i „słoneczka”. Nie wiem czy one mają jakiekolwiek przełożenie na zachowanie dzieci, ale wiem, że nauczycielki je stosują.
Czasem dzieje się również tak, że napięcie towarzyszące chęci dostania słoneczka jest tak silne, że dzieci nie potrafią się na niczym innym skupić i wydają się być wtedy bardziej rozproszone i przez to nie słuchają. Efekt dążenia do takiej nagrody może być odwrotny.
Pamiętajcie, że adaptacja jest rozłożona w czasie. Mówi się, że trwa około 6 tygodni. Jednak u większości dzieci po dwóch tygodniach widać już, że czują się w nowym miejscu bezpiecznie. Wszystko zależy od dziecka i rodzica. Rozumiem, że rodzice na początku są również przerażeni, bo do tej pory dziecko było pod ich opieką. Ale naprawdę spójrzcie na siebie z drugiej strony.
Czy nie wysyłacie dziecku sygnałów swojej niepewności, co do swojego wyboru?
Czy mówicie o przedszkolu w sposób radosny i ciekawy?
Czy z góry zakładacie, że nic tam nie zje i nie da się położyć na drzemkę?
Ważną sprawą jest też dawanie innej opcji. Według mnie nie działa to zbyt dobrze. Chodzi mi o sytuacje, że dziecko o tym wie. Wiele dzieci zawsze woli spędzić dzień z rodzicem niż w przedszkolu. Jest to w 100 % normalne i wcale nie oznacza tego, że przedszkola nie lubi.
Ciągłe pytania:
„Czy chcesz tu chodzić?
„Czy chcesz tu zostać?”
„Czy Ci się tu podoba?”
Mogą spowodować, że dziecko będzie porównywało czas w przedszkolu do pobytu w domu i będzie wolało być z rodzicem. Dlatego lepiej za bardzo nie drążyć takich pytań, a mówić o pozytywach przedszkola. Jeżeli dziecko nie mówi, że „jest super” albo „było świetnie” to wcale nie znaczy, że mu się tam nie podoba.
Takie sytuacje są bardzo powszechne przede wszystkim u dzieci, których rodzice pracują w domu lub zajmują się młodszym rodzeństwem. One wiedzą, że my jesteśmy w domu i tym bardziej naciskają. Najlepiej jest dać jasny przekaz, o tym, że my pracujemy w domu, mamy ważne telefony, spotkania, a przedszkole jest jak „praca dziecka”.
Jeżeli zajmujemy się młodszym rodzeństwem to też dobrze o tym wspomnieć, że macie różne sprawy do załatwienia i jest to dla Was ważne. Każdy ma swoje obowiązkowi.
Oczywiście, nie ma jednej właściwej metody. Ale widzę, że rodzicom często jest trudniej się rozstać niż dzieciom. U nas właśnie takie szybkie rozstania się sprawdziły najlepiej. Mi było dość trudno opanować emocje, dlatego prosiłam męża o odprowadzanie córki. Taki model sprawdził się najlepiej. Czasami też w drodze do przedszkola „dawałam” córce zadanie do wykonania np. rysunek.
Zapytacie pewnie, co zrobić jeżeli dziecko płacze już na wejściu. Postarajcie się usiąść, porozmawiać z dzieckiem, opowiedzieć po kolei co będzie robiło. To są trudne chwile.
Przez pierwsze dni warto też odbierać dziecko wcześniej np. po obiedzie. Dziecko w przedszkolu funkcjonuje według pór posiłków. Warto o tym dzieciom mówić i obiecać, że np. po obiedzie Cię odbiorę. Oczywiście słowa trzeba dotrzymać.
Z doświadczenia wiem, że powroty do domu mogą być naprawdę trudne dla rodzica. Dziecko przez kilka godzin przebywa poza domem, dostosowuje się do reguł tam panujących, czasami nawet hamuje swoje emocje i kiedy widzi rodzica czuje się bezpiecznie.
Wtedy może dojść do sytuacji, że przez bardzo błahą przyczynę może wybuchnąć płaczem, krzykiem. U nas tak długo się działo tuż po przekroczeniu progu mieszkania. Z czasem było zdecydowanie lepiej.
Druga kwestia jest taka, że w przedszkolu dzieci mają bardzo dużo bodźców: jest głośno, ktoś kogoś przez przypadek popycha i dzieci mogą być naprawdę pobudzone.
Pierwszy dzień przedszkola to niezwykłe wydarzenie dla dzieci i ich rodziców. Przygotujcie się do niego dobrze i nie poddawajcie się jeżeli nie będzie tak jak myśleliście. Adaptacja to proces, czasem wydłużony w czasie. Polecam Wam również książkę Agnieszkę Stein „Akcja adaptacja”.
Do kupienia TUTAJ
Jak widzicie wakacje spędzamy w Warszawie, a na weekendy ruszamy w ciekawe miejsca. Moje dzieci są jeszcze małe, więc możemy sobie pozwolić na wyjazdy w maju lub we wrześniu i takie najbardziej nam odpowiadają. Nie ma wtedy tłumów, a temperatura jest znośna. Poza tym lubię lato w mieście, bo wtedy jest naprawdę pusto i przyjemnie.
Tym razem z naszymi znajomymi wybraliśmy się do Hotelu Skansen.
Cały kompleks oddalony jest od Warszawy o niecałe 2 h drogi. Nie mieliśmy problemów z wyjazdem z Warszawy i po południu dojechaliśmy do hotelu. Dzieci zasnęły w aucie i przejechaliśmy trasę bez żadnego postoju.
Hotel położony jest w przepięknym miejscu bardzo blisko natury. To nowoczesne miejsce, ale wybudowane w ogromnej harmonii z otaczającą przyrodą. Sam projekt a la „nowoczesna stodoła” urzekł mnie totalnie i całe dnie podziwiałam te drewniane bryły. Całość grała ze sobą znakomicie i każdy detal dopracowany był w 100%.
Co ciekawe w czasie naszego pobytu było pełne obłożenie miejsc, a w żaden sposób nie dało się tego odczuć.
Nawet nie wiedziałam, że cały kompleks położony jest na terenie Muzeum Wsi Mazowieckiej. Kilkadziesiąt metrów od wyjścia z hotelu jest właśnie skansen, gdzie można zwiedzić ponad 80 obiektów małej i dużej architektury wiejskiej Mazowsza. Całość obiektu rozłożona jest na 54 ha.
Naprawdę robi wrażenie. Nam nawet udało się trafić na Żniwa w skansenie – imprezę plenerową z mnóstwem atrakcji dla dzieci i dorosłych. Moje dzieci wpatrywały się w klepanie kosy i podziwiały wiązanie snopków – niecodzienny widok.
Mieliśmy wykupioną opcję śniadania i obiadokolacje – sprawdziło się nam to najlepiej. Na śniadanie jest szwedzki stół z różnymi typowymi potrawami (jajecznica, naleśniki, pasty kanapkowe, kiełbaski). Dostępny jest nawet stół wiejski z wędlinami i domowym ciastem.
Ja się raczyłam pyszną kawą z ekspresu. Obsługa nie robiła też problemów dwukrotnym wejściem na śniadanie (co się zdarza w innych miejscach). Wiadomo jak dzieci wstaną o 6, to o 7 są głodne to i do 10 znów by coś zjadły…
Obiadokolacje są od godziny 18 w formie szwedzkiego stołu. Bardzo odpowiadał mi styl potraw, przypominający domowe jedzenie. Zupa i do tego różne potrawy do wyboru: ryba w sosie, kotleciki, ryż, kasza pęczak, ziemniaki, surówki, ciasto i owoce. Moim dzieciom bardzo smakowało.
W sobotę skorzystaliśmy też z restauracji. Są tam dwa miejsca, które różnią się od siebie znacznie. Można wybrać kuchnię polską lub śródziemnomorską. Menu różni się też cenami, więc zajrzyjcie do dwóch i zdecydujcie, która Wam bardziej odpowiada.
Wciąż jestem zachwycona otoczeniem hotelu. Aż się chciało wychodzić i od rana do wieczora korzystaliśmy ze spacerów. Cały teren przeszliśmy z wózkiem może 20 razy, bo tak pięknego terenu dawno nie widziałam! Piękne rośliny wijące się po ścianach budynków z czerwonej cegły robią ogromne wrażenie.
Całość jest spójna ze sobą i dlatego tak zachwyca. Otaczająca zieleń sprawia, że naprawdę można odpocząć.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że Muzeum Wsi Mazowieckiej znajduje się właśnie tam. Dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z hotelu przenosimy się wczasie do XIX- wiecznego Mazowsza. Teren skansenu jest ogromny!
Dlatego fajne jest to, że bilet jest ważny aż 3 dni i można oglądać go kilka razy w ciągu jednego wyjazdu. Dodatkowo goście hotelowi mają zniżkę. My za 4 bilety z dwójką dzieci zapłaciliśmy 20 zł.
W skansenie możecie obejrzeć dawną architekturę, podziwiać zwierzęta i cieszyć się wolnym czasem na łonie natury. Bardzo polecam Wam to miejsce!
Weekend szybko minął i z racji problemów zdrowotnych (uroki podróży z dziećmi) nie mogliśmy skorzystać ze wszystkich atrakcji. Napewno tam jeszcze wrócimy, bo jeszcze nie zdążyłam nasycić się tym miejscem.
Inne miejsca na weekend niedaleko Warszawy, o których pisałam:
Hotel Warszawianka, Borówkowe domki
Ostatni wpis z tej serii spotkał się bardzo dużym zainteresowaniem i prosiliście mnie żebym dodawała takie zestawienia częściej. Cieszę się, bo jak wiecie uwielbiam testować różne rzeczy i polecać dalej.
Dziś wpis bardziej letni, ale większość z tych rzeczy można używać przez cały rok.
Poprzedni wpis znajdziecie Małe przyjemności
Jest to moja ulubiona marka polskich kosmetyków naturalnych. Każda z rzeczy, którą miałam jest absolutnie cudowna. A scrub z olejem konopnym to mój absolutny faworyt. Pokusiłam się nawet i zamówiłam klasyk z Ministerstwa dobrego mydła ze śliwką, ale nie równa się do tego z Hagi. Jeżeli jest tu jeszcze ktoś, kto nie probował niech zamówi, a nie będzie żałował. Ten scrub z olejem konopnym dodatkowo ma właściwości chodzące, więc idealanie nadaje się na lato.
Wracam do kremu – kupiłam go ze względu na zapach. Faktycznie pachnie jak wakacje na Bali. Jest bardzo lekki, świetnie się rozprowadza i nie zostawia tłustego filmu. Uwielbiam nakładać go tuż po kąpieli na twarz, szyję i dekolt. Zabieram go na każdy wyjazd zamiast: kremu do twarzy, kremu do rąk, balsamu do ciała. Jest naprawdę świetny. Do tego ma bardzo wygodną pompkę, która pozwala na higieniczne użytkowanie kremu.
Dostępna TUTAJ
Jak wiecie jestem włosomaniaczką. Bloga Anwen zaczęłam czytać dużo wcześniej niż parentingowe. Dlatego musiałam wypróbować jej produkt do wyskoporowatych włosów, które mają tendencję do puszenia się.
Kto obserwuje mnie na Instagramie ten widzi (KLIK), że znów zmierzam ku jaśniejszym włosom. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem używam genialnej maski, które świetnie wygładza moje puszące się włosy.
Używam jej na dwa sposoby: na pół godziny przed myciem nakłądam na wilgotne włosy od ucha w dół, zawijam w ręcznik i nakładam czepek lub reklamówkę i po 30 minutach normalnie myję lub nakładam na 15 minut po myciu. Jest rewelacyjna! Są również dostępne maski do innych rodzajów włosów.
Dostępny najtaniej TUTAJ
Znów wróciłam do mojego ulubionego podkładu. To już 3 buteleczka i chyba nie będę już eksperymentować. Nie mam problemów z cerą i ten podkład jest dla mnie idealny – dobrze kryje, trzyma się cały dzień i ma odcienie, które nie mają różowego pigmentu.
Dostępny TUTAJ
Podkład Lancome ma tylko 15 SPF, więc używam również tego podkładu, który jest bardziej jak krem tonujący. Nadaje skórze tylko delikatny koloryt i chroni przed słońcem. Lubię go, bo dobrze się wchłania i jest niewidoczny na skórze.
Dostępne TUTAJ
Ja wiem, że już wszyscy je mają i uwielbiają, ale ja naprawdę się przed nimi broniłam. Wg mnie są takie niekobiece i toporne, ale jak założyłam je pierwszy raz to o tym wszystkim zapomniałam. Są tak wygodne! Mają tylko jeden minus, nie dam rady prowadzić w nich auta.
Dostaję od Was mnóstwo wiadomości na temat moich… zębów. Pytacie, czy zęby wybielam, czy nosiłam aparat itd. Otóż natura obdarzyła mnie prostymi zębami o dość białej kości. Wspomagam się tylko pastami wybielającymi i dziś chciałabym Wam pokazać moje hity, które służą mi w codziennej pielęgnacji.
Pierwsza z nich to czarna pasta Ecodenta:
„Pasta Ecodenta Extra Black to bezpieczny zabieg wybielania zamknięty w ekonomicznej tubce. Rozjaśnia zęby o minimum 2 tony. Pastę można stosować codziennie. Ze względu na brak fluoru rekomendujemy używać jej wymiennie z inną pastą do zębów zawierająca fluor lub co najmniej ksylitol.”
Jak tylko ją zobaczyłam, to musiałam ją mieć! Ona jest naprawdę czarna i do tego wybiela zęby. Jeżeli jeszcze jej nie znacie to spróbujcie, działa znakomicie!
Dostępna w różnych wersjach
Uwielbiam tę pastę! Zaczynając od pięknej tubki, która dosłownie zdobi półkę w łazience, przez aktywne składniki i kończąc na efekcie, czyli białych zębach bez ścierania szkliwa. Nie wiem czy wiecie, ale ta marka jest używana przez gwiazdy i wypatrzyłam ją kiedyś w Harper’s Bazaar. W Polsce dopiero jest od niedawna.
Edit: słuchajcie sklep E-sanus postanowił obniżyć ceny tych past: duża z 55,00 na 45,00, mała z 23,00 na 21,00, a Ci którzy już kupili dostaną dodatkowy upominek do zamówienia.
A wszystko dzięki Wam:)
Dostępne w różnych kolorach i wersjach
Kto jeszcze nie zna tych szczotek? To najbardziej miękkie szczotki, jakie kiedykolwiek używałam i mogę nimi doszorować nawet ósemki! Są naprawdę rewelacyjne.
A do tego świetnie wyglądają!
Dorzuciłam ją do mojego zamówienia z ciekawości i jestem zachwycona. Do tego można z niej robić czarne balony. Zawiera węgiel aktywny i ksylitol.
Przepis na pudding chia, który uwielbiam i robię bardzo często. Pod ostatnim wpisem o Warzywach prosiliście mnie również o zdradzenie naszych ulubionych przepisów na domowe lody.
Nasionka chia (szałwia hiszpańska) odkryłam rok temu i do tej pory mi się nie znudziły. Jem je bardzo często w różnych formach (nie przekraczając dziennej dawki 15 g).
Pamiętam jak opublikowałam zdjęcie mojego puddingu kilkanaście dni po porodzie Juniora, to wiele osób zapytało, czy nie obawiam się zmniejszenia ilości mleka. Otóż nie, chia nie wpływa na laktację i mogą ją spokojnie jeść mamy karmiące. Wiadomo nie od dziś, że nasz rodzima szałwia wpływa na zmniejszenie ilości mleka, jednak takie właściwości mają liście naszej polskiej szałwii.
Chia to tzw. superfood, czyli są to nasiona, które mają bardzo pozytywny wpływ na zdrowie człowieka. Przede wszystkim zawierają wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, a teraz uwaga:
Więcej informacji o dobrodziejstwie nasionek chia przeczytacie TUTAJ
Przepis na pudding chia może się wydawać skomplikowany, jednak jest naprawdę prosty. Jest kilka składników, które bardzo pasują do puddingu i zaraz Wam o nich napiszę.
Dodam jeszcze, że chia jest polecana przy dietach, bo są niskowęglowodanowe, a wszystkie węglowodany pochodzą z błonnika.
1.Do słoika lub kubka nasyp nasiona chia (2 łyżki dla dorosłego dziennie lub 1 łyżka dla dzieci)
2.Dolej 100 ml mleka (ja używam roślinnego, czasem krowiego, ale najlepszy wychodzi z mlekiem kokosowym lub migdałowym. Możesz też dodać odrobinę słodkiego syropu, ale ja tego nie robię, a i tak jest dobre.
3.Całość wymieszaj lub jeśli używasz słoika zakręć słoik i potrzep nim by wszystko się wymieszało, nasionka muszą być zanurzone.
4.Zostaw na 15 minut w lodówce. Następnie wymieszaj pudding.
5. Całość zostaw w lodówce na noc lub minimum 3-5h .
6.Wyjmij pudding.
7.Dodaj ulubione dodatki. Smacznego!
Do puddingu pasują najbardziej świeże owoce, ale ja mam dwa swoje sprawdzone przepisy, które są obłędne.
Kiedy wyjmę już gotowy pudding to przygotowuję drugą część. W misce duszę widelcem połówkę dojrzałego banana z łyżeczką dobrego masła orzechowego (najlepsze arachidowe z Rossmanna). Mieszam masę dokładnie i kładę na pudding. Górę posypuję pełnoziarnistymi płatkami i świeżymi owocami. Warstwy możecie układać dowolnie np. chia – masa z masłem orzechowym i bananem – chia – płatki – owoce
Zdradzę Wam jeszcze jeden trik! Jeżeli chcecie jeszcze bardziej pysznie wyglądający pudding to wcześniej ukrojcie bardzo cienkie plasterki owoca (2-3 mm) np. świetnie się sprawdza kiwi, truskawka, banan i przyklejcie go do ścianek. Następnie przełóżcie pudding.
i
Do puddingu dodać jeszcze odrobinę cynamonu, i miodu. Pół jabłka pokroić w kosteczkę i prażyć na patelni z łyżeczką masła, posypać cynamonem. Uprażyć płatki migdałowe. Masę jabłkową lekko przestudzić i położyć na pudding. Całość posypać płatkami migdałowymi.
Smacznego:)
Nasionkami posypuję również koktajle np. taki z ananasem i mlekiem kokosowym, a czasem dosypuję do szklanki wody.
Tak, oczywiście, tylko nie w dużych ilościach (ma sporo błonnika). Moja córka uwielbia puddingi, ale daję jej deser zrobiony z jednej łyżki chia i 50 ml mleka. Junior czasem wyprosi jedną łyżkę puddingu, albo dosypuję niewielką ilość do owsianki.
Te lody są dziecinnie proste w wykonaniu i nawet 3-letnie dziecko je samo zrobi.
Do foremek nalewamy do połowy wodę kokosową lub wodę smakową i wrzucamy owoce.
To tyle 🙂 Są naprawdę pyszne i bardzo orzeźwiające
Przepis na 4 lody
Banana wcześniej smażymy na odrobinie oleju kokosowego lub pieczemy w piekarniku. Dzięki temu będzie miał naprawdę ciekawy smak.
Wszystko miksujemy i wkładamy do foremek.
Ten z lewej jest arbuzowy
na 4 lody
Na kilka godzin przed rozpoczęciem zamrozić: borówki, maliny i banana. Banany obieramy ze skóry i kroimy na małe części i wkładamy do zamrażarki
Do miksera wkładamy składniki pierwszej warstwy: borówki, pół mrożonego banana, 1/4 szklanki jogurtu, 1/4 łyżeczki miodu i miskujemy. Przelewamy do kubka lub dzbanka.
Myjemy mikser i wkładamy składniki na drugą warstwę: maliny, pół banana, 1/4 szklanki jogurtu, 1/4 łyżeczki miodu i miskujemy. Przelewamy do kubka lub dzbanka.
Szybko (aby masa się nie rozpuściła) przelewamy je do foremek warstwowo. Całość mrozimy 3-4 godziny.
Jeżeli szukacie fajnych foremek to polecam takie TUTAJ
lub też takie TUTAJ
Takie TUTAJ
Rice TUTAJ
Jabłka, gruszki i marchewki, pietruszka seler i rzodkiewki. I dla zdrowia i dla smaku jedz dziewczyno i chłopaku” to tekst piosenki, który zainspirował mnie do dzisiejszego wpisu. Pokażę Wam jak najczęściej jadamy w domu owoce i warzywa. Może i Was zainspiruje do ciekawego serwowania witamin swoim dzieciom.
Obecnie trwa mój ulubiony sezon. Wszędzie można kupić kolorowe, soczyste i pachnące latem owoce i warzywa. Zajadamy się nimi codziennie i korzystamy z tego czasu maksymalnie. Wakacje to idealny czas żeby próbować nowych smaków i się nimi delektować. Moje dzieci mają swoje ulubione smaki i dość niechętnie podchodzą do nowych warzyw i owoców. Są również takie, których zdecydowanie nie lubią i nawet jak widzą z daleka to głośno manifestują swoje gusta.
Piosenka, która zainspirowała mnie do stworzenia tego wpisu jest właśnie o zdrowych zwyczajach. Wpada w ucho, a przy okazji utrwala dobre nawyki. Naładowane witaminami jabłka, gruszki i marchewki, pietruszka seler i rzodkiewki to owoce i warzywa, które są serwowane dzieciom w szkołach w ramach unijnego programu „Owoce i warzywa w szkole”.
Jest to wspaniała inicjatywa, która pomaga promować zdrowe nawyki żywieniowe. Dzięki programowi wspólne spożywanie przez uczniów owoców i warzyw oraz związane z nimi działania edukacyjne stały się elementem codziennego życia tysięcy szkół podstawowych w Polsce.
Piosenka, o której wspominałam wcześniej pochodzi z edukacyjnego serialu animowanego dla dzieci „Ekipa Chrumasa”. Możecie obejrzeć go na kanale Owoce i warzywa w szkole. Co czwartek pojawia się nowy odcinek – Lilka go uwielbia i już dawno dołączyła do Ekipy Chrumasa.
Nie wiem czy Wasze dzieci też nie lubią sałatek. Moje nie znoszą! Dlatego najczęściej kroję je w słupki. To najprostsza forma serwowania porcji witamin. Moje dzieci lubią tak pokrojone ogórki, marchewki (Lila), papryka, seler. Pasują idealnie do małej rączki i same wskakują do buzi. Najczęściej układam je na kolorowym talerzu lub ustawiam w kubku. Zdarza się również, żę pakuję je na spacer do pudełka.
Nam się może wydawać to zbyteczne, ale dzieci naprawdę zwracają uwagę na formę podania i zazwyczaj to wtedy zapada decyzja, czy zjedzą dany owoc lub warzywo, czy też nie. W swojej kuchni mam wiele kolorowych talerzy, kubeczków, słoików, miseczek – wszystko po to aby zachęcić dziecko do jedzenia. Sprawdza się to u nas znakomicie.
Najbardziej lubię talerze, które mają różne przegródki. Zauważyłam, że podczas planowania posiłku wymyślam tak dużo zdrowych przekąsek, ile jest miejsc. To wspaniała okazja żeby dorzucić coś nowego i zobaczyć, czy dziecko je polubi.
Tak właśnie Junior zaczął jeść jabłka w wieku 7 miesięcy. Ogólnie jabłko nie jest polecane na samym początku metody BLW, bo dziecko może się łatwo zakrztusić – jest tam mowa o owocu w kawałku, a nie całym. Kiedy malutkie dziecko je jabłko pokrojone na ćwiartki lub ósemki bardzo łatwo może odkruszyć spory kawał i się zadławić. A ja odkryłam genialną metodę, którą mój syn pokochał i je tak do tej pory.
Małe jabłko obieram i wycinam ogonki. W ich miejscu robię otwory na palce. Im dziecko mniej ma zębów to mniejszą ilość jabłka jest w stanie naskrobać i z pewnością poradzi sobie z przełknięciem. Tak je do tej pory:)
Nie jestem wielką fanką takiego podawania owoców i warzyw. Dlaczego? Bo mięśnie jamy ustnej nie muszą wykonywać właściwie żadnej pracy aby jedzenie przeżuć. Dziecko nie czuje też różnorodności faktur (wszystko jest płynne) i nie odczuwa wielkiej przyjemności z jedzenia. Jednak jako urozmaicenie jest ok. Czasami serwuje dzieciom zupę krem, czy też mus owocowy.
Tę metodę poznaliśmy zimą, kiedy nie było dostępu do świeżych owoców i warzyw i naprawdę nam się świetnie sprawdzała. Soki nie służą nam do gaszenia pragnienia, a zastępują przekąskę. Mało kto zwraca na to uwagę, że do zrobienia szklanki soku używa się np. 3 pomarańczy, a normalnie nie dałoby się zjeść na raz aż tyle owoców. Polubiliśmy za to soki z buraków, jabłek, a nawet z kapusty.
Po lewej kapusta, jabłko, cytryna Po prawej: burak, jabłko, seler
Zdecydowanie wolimy gęste, pełne błonnika koktajle niż właśnie soki. Robimy je bardzo często i moje dzieci je naprawdę uwielbiają. Mam kilka swoich ulubionych przepisów, ale szukam też inspiracji w książkach i internecie. Najczęściej przewijają się u nas koktajle:
Serwuję je w kolorowych słoikach ze słomkami. Nawet Junior załapał koktajlowego bakcyla i pół szklanki zawsze jest jego.
Ja i Lilka uwielbiamy ten deser! Naprawdę jest wyborny i do tego taki zdrowy. Pierwszy zrobiłam ponad rok temu i od tamtej pory robię je regularnie. Do każdego deseru dodaję owoce.
To nasze odkrycie tego lata. Coraz mniej kupujemy ich w sklepie, a więcej robimy w domu. Mamy fajne foremki, do których nalewamy gotową masę. Zostawiam je na noc w zamrażarce i na drugi dzień są gotowe.
Mam kilka swoich przepisów, które regularnie powtarzam. Zauważyłam, że w każdym z nich są właśnie owoce, a nawet i warzywa.
Wyborne muffinki z sezonowymi owocami
Pyszny tort ze szpinakiem przepis we wpisie Pomysł na urodziny
To nasz ulubiony sposób! Ogórki prosto z działki, marchewki wyrwane z ziemi, czy też borówki prosto z krzaka.
Lubię wymyślać różne rzeczy i tak udało mi się zrobić lody z kalafiora lub zdrowe żelki z soku owocowego.
Żelki przepis we wpisie Zdrowe żelki
Lody z kalafiora przepis Lody z kalafiora
Jak widzicie mam mnóstwo pomysłów na serwowanie warzyw i owoców. Jeżeli macie chęć coś dodać, to napiszcie w komentarzach.
Wpis powstał we współpracy z Agencją Rynku Rolnego
Każdy rodzic chce żeby jego dziecko było szczęśliwe. Nie mam żadnych wątpliwości pisząc te zdanie. Kiedy pytam moich znajomych jakiego człowieka chcieliby wychować to zawsze chórem odpowiadają: „Szczęśliwego!” Niektórzy powtarzają jak mantrę: „Nieważne kim lub z kim będziesz, najważniejsze żebyś był szczęśliwy!” Uważam, że to błędne myślenie i dążenie do tego.
Niezły ciężar na nas leży, prawda? Kiedy w szpitalu podają nam małe, wątłe ciałko w 100% zależne od nas myślimy, że to niesamowity dar. Mamy przed sobą nowe życie, które w dużym stopniu będzie zależało od nas. Niektórzy potrafią sobie nawet wyobrazić, jak dziecko będzie wyglądało za lat naście lub kilkadziesiąt.
Układamy scenariusze, które najprawdopodobniej się nie spełnią, bo znając życie, dziecko wybierze sobie inną ścieżkę. Każdy z nas chciałby żeby nasze dzieci były szczęśliwe. Miały uśmiech od ucha do ucha i tryskały pozytywną energią. Jednak często się tak nie dzieje.
Kultura w jakiej obecnie żyjemy narzuca nam nawet, że bycie nieszczęśliwym jest czymś złym, a ktoś kto nie czuje się szczęśliwy jest nieudacznikiem.
Co będzie jeżeli za kilkanaście lat moje dzieci powiedzą, że są nieszczęśliwe?
Czy będę szukała winy w sobie? Raczej nie. Teraz kiedy wychowuję moją dwójkę, naprawdę daję z siebie wszystko co mam. A jeżeli w życiu dorosłym powiedzą, że są nieszczęśliwi to będę tylko słuchać. Według mnie każdy człowiek ma inny przepis na szczęście i może dojść do niego tylko i wyłącznie SAM.
Lubię racjonalizować sobie różne sytuacje, tak żeby mieć poczucie sprawczości. Nawet mój mąż często się ze mnie śmieje, że nawet w najgorszej sytuacji potrafię odnaleźć sens. Powiedzieć: „Może tak miało być?” albo „Gdyby to się nie stało, to wydarzyłoby się coś znacznie gorszego”. Skąd u mnie takie myślenie? Moja mama nigdy mi nie powtarzała, że mam być szczęśliwa, czy też inna.
Sama do tego doszłam. Mało tego, często powtarzam sobie, że jestem szczęśliwa i nie spływa to na mnie jak błogosławieństwo z fanfarami w sytuacjach kiedy leżę, pachnę, dzieci się bawią, a ja mam poczucie szczęścia. Tylko w takich małych, maleńkich momentach dniach: kiedy brudne łapki syna mojego najmłodszego ciągną mnie za szyję po to żeby pocałować moje lico, kiedy córka podbiega z tyłu i mocno mnie przytula, kiedy mąż mówi, że wszystko jest ok.
Takie rzeczy szczęścia nie dają.
Jest jeszcze jedna rzecz, która pomaga mi codziennie. Pozwalam sobie na smutek – nie wypraszam go z mojej głowy bardzo często, tylko się zastanawiam, co mogę zrobić. Nauczyłam się również odróżniać SMUTEK od ZMĘCZENIA.
Wszystkie emocje są potrzebne, nawet te kiedy nie mam na twarzy uśmiechu. Mało tego uważam, że pozwalając sobie na takie chwile (nie udając bohaterki miru domowego) bardziej odczuwam szczęście. Właśnie dlatego.
Nie mogę uczynić moich dzieci szczęśliwymi, ale mogę spróbować pokazać im jak tego szczęścia szukać.
„Szczęście dziecka nie jest jedynym celem, do którego dążymy; chcemy także by dziecko stawało się budowniczym samego siebie…”Maria Montessori
Ja się skupiam bardziej na tym drugim zdaniu i takie wartości wpajam moim dzieciom.
Jakiś czas temu moja córka miała zły dzień. Wszystko szło nie tak i zapytała mnie wprost: „Czy na pocieszenie możemy kupić lody?”
Odmówiłam.
Wiecie dlaczego? Bo miałam ją przed oczami za 30 lat kiedy po złym dniu w pracy siedzi sama w mieszkaniu i zjada litr lodów prosto z pojemnika.
Zaproponowałam jej wiele rzeczy, które opierają się relacji: czytanie ulubionej książki, przytulanie, noszenie na barana, rysowanie razem. Wybrała czytanie.
Albo szukanie szczęścia w rzeczach materialnych. Powtarzamy jej do znudzenia, że one nie dają szczęścia.
Bardzo lubię ten cytat:
Każda złotówka wydana na przeżycia ma większą wartość niż wydana na przedmioty”Arkadiusz Recław, Uroda życia 06.2017
Ciężko jest dziecku powiedzieć, że ta różowa, błyszcząca zabawka nie daje szczęścia, dlatego pokazuję też alternatywy jak tego szczęścia szukać.
Przez najbliższe lata właśnie na tym zależy mi najbardziej i taki „narzędziownik” mam zamiar dawkować moim dzieciom. Nie mam żadnej gwarancji, że dzięki temu będą szczęśliwe, ale ja przynajmniej będę miała poczucie, że starałam się jak najlepiej. A kiedy jednak przyjdą do mnie z miną na kwintę i nieszczęściem w oczach, powiem: „Siadaj, pogadamy”.
Wyobraź sobie miejsce, gdzie dzieci biegają od rana do wieczora boso po trawie. Słychać ich beztroski śmiech, a pory dnia wyznacza tylko wschodzące i zachodzące słońce. Nie ma pośpiechu, nerwowego zbierania się, a jest czas wolny: drzemka na hamaku, harce w strugach wody i zabawy od rana do wieczora.
Nasz weekend właśnie tak wyglądał, a miejsce, które wprawiało nas w taki wolny rytm nazywa się Borówkowe domki.
Zaledwie 50 minut od Warszawy (jadąc autostradą w kierunku Łodzi) znajduje się idylliczne miejsce, które z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy. Wyjechaliśmy w piątek o 16 i o dziwo nie utknęliśmy na wylotówce.
Godzinę później nasze dzieci już biegały swobodnie po trawie. Jak wiecie mieszkamy w centrum Warszawy i często robimy sobie takie wycieczki na łono natury. W Dmosinie poczułam się trochę jak u mamy na Podlasiu (tylko jest zdecydowanie bliżej).
Pojechali z nami nasi znajomi z dwójką dzieci. Wiem, że z nimi nie można się nudzić, a nasze starsze dzieci bardzo dobrze się ze sobą dogadują i praktycznie cały czas zajmują się sobą. Było cudownie!
Są to 2 duże, drewniane domy, wybudowane w ubiegłym roku. Jak tylko je zobaczyłam u Kasi z travelicious.pl to wiedziałam, że musimy się tam wybrać! Dla gości przeznaczone są 4 apartamenty (po dwa w jednym domu).
My w 8 osób (4 osoby dorosłe, 2 czterolatków, 2 roczniaków) bez problemu zmieściliśmy się w jednym apartamencie i tak w domku jedynie spaliśmy. Cały weekend spędziliśmy na terasie, w ogromnym ogrodzie i na polu z borówkami.
Domki są dwupoziomowe (góra jest dość wysoko) więc wysłałyśmy tam naszych mężów;) Wykończone są w drewnie i mamy tam do dyspozycji: łazienkę z prysznicem (można wziąć z domu wanienkę), kuchnię z aneksem kuchennym, lodówkę, tv, komodę pełną gier i książek dla dzieci oraz taras.
Ale najważniejsze jest na zewnątrz! Nie ma schodów, ani różnych przeszkód, przy których musiałabym cały czas pilnować wszędobylskiego Juniora. Przy tarasie jest ogromy ogród. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że moje dzieci tak bardzo będą z tego korzystać. Właściwie cały weekend spędziliśmy na podwórku.
Do dyspozycji gości jest nawet sauna. Kiedy zrobiło się cieplej nalaliśmy dzieciom wody do baseników, ale był ubaw!
Ale powiem Wam, że największą atrakcją jest niewątpliwie pole pełne borówki. Kiedy rezerwowałam nasz pobyt (a było to w marcu, bo terminy rozchodzą się jak świeże bułeczki) specjalnie sprawdziłam, czy aby napewno owoce będą już się nadawały do zbiorów prosto z krzaka.
Moja starsza córka borówki UWIELBIA, więc była to niesamowita okazja żeby zobaczyć jak wygląda na żywo oraz jeść owoce o zachodzie słońca prosto z krzaka. Wszyscy byliśmy oczarowani! Plantacja, która położona jest na wzgórzach przypomina zielone pola winorośli w Toskanii. Chodziliśmy tam nawet 3 razy dziennie:) Dalej jest jeszcze plantacja porzeczek i piękny staw.
Nie napisałam Wam jeszcze o jedzeniu… Przemiła Gospodyni powitała nas koktajlem z borówki, a później przynosiła jedzenie do domku i jedliśmy je na tarasie. Proste śniadanie zrobione z regionalnych składników to uczta dla kubków smakowych.
Przepyszne placki z borówkami, domowy twarożek, czy też jajecznica zostaną w mojej pamięci na długo. Śniadanie wliczone jest w cenę pobytu. A na obiad możecie zamówić np. wyśmienite pierogi. Do dyspozycji gości jest również grill (możecie tam upiec różne rzeczy) lub zrobić ognisko.
My do Borówkowych domków pojechaliśmy wypocząć i to był główny punkt programu. Spędziliśmy tam niesamowity weekend, a nasze dzieci miały okazję biegać boso, huśtać się w hamakach i cieszyć się otaczającą przyrodą. Niesamowite jest to, że wystarczy godzina drogi z Warszawy i już jesteśmy na działce pełnej zieleni.
Jeżeli szukacie ciekawego miejsca na wyjazd z dziećmi niedaleko od Warszawy koniecznie zajrzyjcie do Borówkowych domków
a na inne podróże może wybierzecie Węgry – 10 powodów by je odwiedzić
a tu polskie Najlepsze Hotele dla rodzin z dziećmi
Gry podróżne nie muszą zajmować wiele miejsca. Kiedy się pakujemy musimy zwracać uwagę na gabaryty i często brakuje nam dodatkowej przestrzeni np. na gry, które mogą nam umilić podróż. Dodam jeszcze, że chodzi mi raczej o gry, w które gramy na wyjazdach, a nie w samochodzie;)
Chociaż niektóre z nich sprawdziłyby się w samolocie. Każda z nich jest niewielkich rozmiarów i bez problemu mieści się nawet w małym plecaku dziecka. Gry podróżne to fajny pomysł na spędzenie czasu razem.
Klasyczne, kartonowe memo z owocami. Jest to jedna z naszych ulubionych gier pamięciowych. Zadaniem dziecka jest odnalezienie pary. Sama uwielbiam w nią grać.
Ta wersja jest zamknięta w małym pudełeczku, które bez problemu zmieści się w bagażu.
Prosta gra karciana, która wzbudza wiele emocji. Szczególnie wtedy kiedy ktoś wyciąga kartę z Piotrusiem;) Nasza wersja ma piękne ilustracje ze zwierzętami. Po odłożeniu karty z Piotrusiem można grać nimi w memory. Całość z instrukcją zamknięta jest w kartonowym, grubym pudełku.
Grę w domino chyba każdy zna. Ta wersja ma dwa warianty gry, dla mniejszych dzieci jest domino obrazkowe, a dla większych z kropkami do liczenia. Ilustracje są przepiękne! Całość zamknięta jest w saszetce na zamek i dzięki temu mieści się bez problemu w bagażu.
Bardzo fajny pomysł na podróżną wersję szachów. Szachownicą jest woreczek, do którego chowa się pionki. Są różne wersje tej gry. My akurat lubimy grać w warcaby.
Świetna, dość prosta gra karciana dla dzieci i dorosłych. Zasadami trochę mi przypomina grę w makao. Powiem Wam, że nieźle się w nią wciągneliśmy i do tej pory budzi u nas wiele emocji.
Zasady są takie żeby jak najszybciej pozbyć się kart, a utrudnia nam to zawodnik przed nami. Żałuję jedynie, że opakowanie jest wykonane ze słabego kartonu i nie wygląda już zbyt dobrze.
Absolutny hit! Moje dziecko jest niesamowitą gadułą, więc ta gra pozwala spożyć trochę jej energii w tym kierunku, a przy okazji nauczyć się opowiadania. Według mnie jest to gra, którą naprawdę warto mieć. Jej walory edukacyjne są tak duże, że polecam ją każdemu rodzicowi.
Dzięki zabawie z tymi kostkami dziecko uczy się konstruować dłuższe wypowiedzi, intesnywnie myśli oraz poznaje nowe słownictwo, a przy okazji cała rodzina świetnie się bawi.
Można w nią grać nawet w samochodzie.
Są dostępne różne wersje.
Na koniec chcę Wam polecić jeszcze moje odkrycie. Bardzo długo szukałam zestawu do gry w badmingtona dla dzieci. Sama jestem ogromną fanką tego letniego sportu:) W końcu się udało. Dopadłam idealny zestaw z lotką i piłką. Paletki są lekkie i idealnie wilkością pasują do dziecięcej ręki. Dostępne TUTAJ
Przy okazji polecam mój wpis o Jak nauczyć dziecko przegrywać
tu macie wpis najlepsze Gry planszowe dla dzieci
a tu Gry planszowe dla dorosłych
Ze swojego dzieciństwa pamiętam nie do końca dobrze umyte ogórki prosto z ogródka od babci, kwaśne czarne porzeczki, których nie lubię do dziś i papierówki urywane prosto z jabłonki na podwórku. To był smak, który zapamiętam na całe życie! A pomiędzy wcinałam placki ziemniaczane posypane cukrem lub pajdę wiejskiego chleba z chrupiącą skórką posmarowaną grubą warstwą masła.
Kiedy byłam dzieckiem nie przykładało się aż tak dużej wagi do jedzenia warzyw i owoców. Rodzice absolutnie nie przejmowali się faktem, że ziemniaki były jedzone trzy razy dziennie w różnej postaci. Sama pamiętam takie smażone, pokrojone na plasterki z liściem laurowym.
Aż przełknęłam ślinę.
Wówczas nikt nie zdawał sobie sprawy, że jedzenie ma taki duży wpływ na nasze zdrowie. Od kilkunastu lat panuje trend zdrowego odżywiania. Ja również chciałabym zapewnić moim dzieciom dobry start w przyszłość i dokształcam się w tej dziedzinie.
Nie ukrywam, że zależy mi na tym aby moje dzieci jadły warzywa i owoce od małego. Jednak wiele razy zdarzyło się tak, że nie chciały tknąć nawet palcem niczego co miało kolor zielony lub czerwony i zachęcająco wyglądało na talerzu. Ile to razy zbierałam brokuły z podłogi i wycierałam wtarte pomidory w stół? W buzi zazwyczaj lądowało niewiele, a ja się zastanawiałam dlaczego?
Ostatnio wrzuciłam na naszym profilu na Instagramie zdjęcia obiadu Juniora z opisem, że po raz 22 podaję mu pomidora i do tej pory jeszcze go nie zjadł, ale nie tracę nadziei. Wiele z Was napisało, że również ma podobną sytuację.
Zdaję sobie sprawę, że jest to normalne. Moje dzieci do niedawna również nie przepadały za warzywami. O ile owoce (niektóre!) gościły w ich małych dłoniach dość często, to warzywa były zawsze witane niezbyt wylewnie. Jednak widzę u mojej starszej córki sporą przemianę.
Z dziecka, które jadło: pomidory, ogórki, paprykę przemieniła się prawdziwego smakosza warzyw. Co się zmieniło? Nie uwierzycie, moje codzienne gadanie o tym co jest dobrego w jedzeniu warzyw i owoców przyniosło skutki.
Ogromny wpływ ma też edukacja w przedszkolu. Wczoraj przy obiedzie prawie uroniłam łzę wzruszenia. Kiedy podałam gotowane brokuły moja starsza, która raczej za nimi przepada rzekła:
„Mamo, to są teraz moje ulubione warzywa. Brokuły są bardzo zdrowe i wyglądają jak takie małe. słodkie drzewka”
Po czym zjadła WSZYSTKIE z talerza.
Mało nie spadłam z krzesła jak to usłyszałam. Jak to? Okazało się, że Lilka w przedszkolu polubiła kilka nowych warzyw i nie raczyła mnie nawet o tym poinformować. A ja nie przepytuję jej codziennie co zjadła, a co nie.
Ja oczywiście rozmawiam z nią o tym, że warzywa są zdrowe i warto je jeść. Pokazuję też, że lepiej jeść owoce w skórce i żeby soki pić tylko okazjonalnie. Jednak widzę, że edukacja w przedszkolu przynosi naprawdę dobry skutek.
Dlatego kiedy zostałam poproszona o bycie Ambasadorem kampanii społecznej „Owoce i warzywa w szkole” zachęcającej dzieci oraz ich rodziców do zdrowego odżywiania, zgodziłam się bez wahania.
Moje dzieci są jeszcze małe i na razie to do mnie należy pokazywanie świata i nauka, co jest zdrowe, a co nie.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w Polsce od 2009 roku w szkołach podstawowych trwa akcja, której głównym celem jest budowanie świadomości na temat znaczenia zdrowej diety. W tym unijnym programie wzięło udział aż 90 % placówek i dzieci z zerówek oraz klas I-III. Dzięki funduszom szkoły dostawały warzywa i owoce oraz edukowały sowich podopiecznych na temat znaczenia zdrowej diety.
Więcej o programie „Owoce i warzywa w szkole” możecie przeczytać tutaj: www.owocewszkole.org.
A w tym roku centralnym punktem tej akcji jest genialny edukacyjny serial animowany dla dzieci w reżyserii Tomasza Karelusa „Ekipa Chrumasa”.
Niedawno miał uroczystą premierę w kinie Muranów, a już dziś możecie obejrzeć pierwszy i drugi odcinek:
www.ekipachrumasa.pl oraz na kanale „Owoce i warzywa w szkole” na YouTube.
fot. Piętka Mieszko/AKPA
W czasie premiery dzieci miały okazję poznać sympatyczną świnkę o imieniu Chrumas, któremu głosu użyczył Jarosław Boberek, królika Uchola (Mirosłw Zbrojewicz), kozę Meee (Julia Kamińska) i Stracha na Wróble – muzyczny narrator (Włodek Paprodziad Dembowski). Serial składa się z pięciu kilkuminutowych odcinków, opowiadających m.in. o roli rodziców w programie, pochodzeniu owoców i warzyw, obecności programu w szkole oraz wpływie wczesnej edukacji na przyszłe wybory dzieci w zakresie żywienia.
Serial jest naprawdę świetny. W prosty sposób pokazuje jak ważna jest zdrowa dieta. Kiedy Lilka zobaczyła na własne oczy dziury w zębach u królika Uchola to się przeraziła i zapytała, czy naprawdę od słodyczy mogą się takie zrobić.
Bardzo fajne jest to, że serial jest ogólnodostępny i każdy może go obejrzeć. Najważniejsze jest to, że „Ekipa Chrumasa” skłania do rozmowy z dzieckiem na ten temat.
Nie zdajemy sobie sprawy jak ważna jest edukacja na temat diety. Nasze dzieci najprawdopodobniej będą jadły tak jak je nauczymy. Mój mąż wielokrotnie wspomina, że w szkole nauczył się tylu niepotrzebnych rzeczy, a brakowało mu np. wiedzy na tem odżywiania, składników, witamin. Dlatego cieszę się bardzo, że świadomość społeczeństwa rośnie, a szkoła te działania wspiera.
Mam jeszcze dla Was Chrumasowy konkurs. Jeżeli chcecie dołączyć do „Ekipy Chrumasa” i po mieście bujać się z taką fajną nerką na drobiazgi napiszcie w komentarzach zabawną nazwę warzywa lub owoca.
Pamiętam jak moja córa na pomidora powiedziała: Pan Midorek 🙂
Wśród odpowiedzi wybiorę 3 naciekawsze i nagrodzę Was takiem fajnym gadżetem.
Prawie pod każdym wpisem dostaję od Was pytania, gdzie kupuję różne ubrania dla dzieci. Pytacie o rozmiarówkę, długości, szerokości i ceny. Jako, że właśnie trwają wyprzedaże chcę Wam pokazać gdzie my kupujemy ubrania i buty dla dzieci.
Mam kilka swoich ulubionych sklepów, które odwiedzam regularnie. Najczęściej robię zakupy online, ale zdarza mi się również pofatygować osobiście.
Na wstępie napiszę Wam, że uwielbiam secondhandy, wcale się tego nie wstydzę i nie kupuję tam tylko dlatego żeby zaoszczędzić, bardzo często wynajduję tam takie perełki, że sama jestem w szoku.
Uwielbiam polować na okazje.
Takim cudem kupiłam np. sukienkę Burberry za 12,5 zł i Plecak Kanken za 10 zł.
Uczucie towarzyszące zakupowi tych łupów pamiętam do dziś;)
Lubię zrobić coś z niczego, ale niestety nie umiem szyć. Mam jednak cudowną ciocię, która szyje cudownie. Moje ulubiona przeróbka…
z…. 🙂
Nic się nie zmarnuje:) taki piękny kawałek tiulu zalegał mi w szafie, że poprosiłam ciocię o przeróbkę na spódnicę. Lilka chodzi w niej do dziś:)
Uszyła również Lilce taką super kieckę, w której chodziła przez dwa lata
Mam ich dosłownie kilka i kupuję tam rzeczy dość często.
Najbardziej lubię linię Newbie, ze względu na wzornictwo oraz materiały. Ubrania prane, odplamiane, prasowane bardzo długo wyglądają jak nowe. Uwielbiam Newbie za styl – jest dość klasyczny i dzięki temu ponadczasowy.
Mam kartę klubową tego sklepu i często dostaję powiadomienia sms o promocjach np: 3 za 2, lub 20 % zniżki na jedną rzecz. W tym sklepie są najlepsze body dla dzieci – kupuję je tylko tam. Bardzo mnie cieszy, że Newbie jest do 128 cm, bo i Lilce coś tam upoluję. Lubię również rajstopy Newbie. Rozmiarówka jest nieco zawyżona np. Julian nosi jeszcze sweter i spodnie 74, a z innych marek już dawno wskoczył w 80 (12-18)
Lubię za wzory i jakość. Szczególnie sukienki dla dziewczynek, body, spodnie trafiają w mój gust. Przesyłka nie jest najtańsza (25 zł) dlatego nie zamawiam po jednej rzeczy, tylko zawsze większą ilość.
Jestem zapisana do newslettera i dostaję powiadomienia np. o darmowej wysyłce lub promocjach. rozmiarówka jest raczej typowa i nie odbiega od wzrostu dziecka.
Świetne wzory i fasony, ale ciężko czasem wstrzelić się z rozmiarem. Nie mam pomysłu dlaczego ubrania tak się różnią. Niektóre są ogromne, a inne naprawdę małe. Kupuję tam body, pajace z abs dla Jula, sukienki dla Lilki. Widzę, że jeszcze nie zaczęła się wyprzedaż – warto tam zaglądać.
Już jakiś czas temu wprowadzili ubrania dla dzieci i się zakochałam! Kupowałam Julkowi tam kurtkę na zimę, Lilce na wiosnę. Jest dosłownie kilka sklepów stacjonarnych (Galeria Mokotów), ale prawie nigdy nie mam tam tego, co wypatrzyłam sobie online.
Jedyny minus jest taki, że paczka z Mango idzie około tygodnia, a dostawa jest za darmo od 15 zł. Rozmiarówka jest lekko zaniżona. Lilce zamawiam na 5-6, a Julowi na 18-24. Są tam też moje ulubione jeansy – zamówiłam właśnie 5 parę (są po 69 zł teraz)
Odkąd wprowadzili zakupy online to czasem coś zamówię dla Julka. Tego sklepu chyba nie trzeba Wam przedstawiać.
Baaardzo lubię ten sklep stacjonarny. Niestety są tylko dwa w Polsce: Warszawa Blue City, Gdańsk. Najczęściej kupuję tam ubrania dla Lilki: sukienki, spódniczki, bluzki itd. Ceny są naprawdę atrakcyjne, a ubrania mają świetne fasony i wzory.
Rozmiarówka jest zaniżona (Lilce teraz kupuję tam na 6 lat). Sklep jest ogromny i można tam ubrać całą rodzinę. Szczególnie polecam przed nowym rokiem szkolnym: np. getry 3/4, które Lilka nosi już drugi sezon kosztują tam około 10 zł.
Mam jeszcze ulubioną markę piżam. Jest to Carter’s. Najczęściej proszę znajomych z USA o przywiezienie kilku kompletów. Teraz też czekam:) Piżamy są rewelacyjnej jakości i wystarczają na rok. Możecie też je kupić w promo TUTAJ
Zapytacie pewnie o Zarę – przestałam tam kupować. Po pierwsze kilka ubrań dosłownie rozleciało się po pierwszym praniu, a po drugie nic mi się tam ostatnio nie podoba.
Wiem, że jest ich wiele, ale ja lubię tylko trzy. Jedną odkryłam stosunkowo niedawno i pomyślałam, że się z Wami podzielę, bo jest naprawdę genialna, a ubrania nie kosztują bardzo dużo.
Szukałam Julkowi miękkich krótkich szortów bez żadnych printów i trafiłam na ten sklep. Zamówiłam na próbę kilka ubrań i powiem Wam, że jestem zachwycona. Julek non stop biega w tych portkach, spodniach i bluzie. Lilce też wzięłam szorty i t-shirt.
Bardzo fajne ubrania, które są szyte z miękkiej dzianiny w Polsce. Nie zdawałam sobie sprawy, że można kupić takie ubrania za taką cenę. Na pewno będę korzystać regularnie i kupię dzieciom ubrania na przyszły sezon. Sami zobaczcie:
Zobaczcie sami, bo są świetne: Mybasic
Jestem dość rozsądna jeżeli chodzi o kupowanie ubrań, ale na Miszkomaszko lubię wydawać pieniądze, bo są genialne. Piękne printy, sukienki, które się kręcą (warunek konieczny) i fasony. Z zapartym tchem czekam na każdą kolekcję:)
Genialne fasony i cienkie czapy. Do tego ubrania są miękkie i się świetnie piorą.
Buty muszą być porządne i spełniać wiele warunków. Mam w sumie 3 ulubione marki i to się raczej długo nie zmieni.
Kiedy zamówiłam pierwszą parę Bobux to już wiedziałam, że zostaną z nami na dłużej. Mamy różne modele i jestem bardzo z nich zadowolona. Julian też w nich chodzi. Przede wszystkim buty są dostosowane do rozwoju stopy i dla maluchów buty będą wyglądały zupełnie inaczej niż dla starszaków. Cenię je ogromnie za najbardziej miękką podeszwę!
Druga marka to Igor – hiszpańskie trampki dla dzieci. Mamy już trzecią parę i na przyszły rok też napewno je zamówię. Tylko muszę Was ostrzec, że trzeba zamawiać o rozmiar większe i nie są to buty dla dzieci z wysokim podbiciem. Mało tego, na Lilkę wiele butów jest za szerokich, a te pasują idealnie. Teraz domówiłam nowy model Irene i jak Lilka z nich nie wyrośnie to będą jako kapcie do przedszkola. Trampki piorę raz na około 10 dni w pralce i noszą się znakomicie.
Lubimy też polskie Mrugały szczególnie na kauczukowej podeszwie.
W tym roku udało mi się zamówić Lilce kultowe Saltwaters, powiem Wam szczerze, że są genialne (tylko na szczupłą stopę).
Tu macie świeższy wpis gdzie opisuje Polskie marki odzieżowe dla dzieci
Dzieci, które płaczą głośniej i mocniej niż inne. Dzieci, które bardziej odczuwają dyskomfort. Dzieci, których wychowanie jest sporym wyzwaniem. Dziś o nich – małych wrażliwcach, które znacznie mocniej odbierają świat.
Małe zadrapanie na kolanie – płacz, zabrana zabawka – histeria, zmiana planu – marudzenie, zwrócenie uwagi – obrażenie itd.
Sama byłam takim dzieckiem – wystarczyło jedno spojrzenie, słowo lub gest, a ja już siedziałam pod stołem i płakałam. Może nawet nie płakałam – ja beczałam. Mam nawet kilka zdjęć z dzieciństwa, kiedy jestem właśnie w tym stanie. Pamiętam, że wszyscy próbowali mnie zagadywać, odwracać uwagę, przekupywać, rozśmieszać… Na mojej twarzy znacznie częściej gościły łzy niż szeroki uśmiech.
Wrażliwość objawiała się nie tylko w sferze charakteru, ale również fizycznie. Drażniły mnie różne zapachy, które atakowały z różnych stron. Nie przepadałam za myciem głowy, bo szampon szczypał mnie w oczy, a czesanie włosów sprawiało ból.
Moja mama bardzo się starała żeby piana nie dostała mi się do oczu. Nie było wówczas kosmetyków, które by były bezzapachowe i nie szczypałyby w oczy – mogłyby ograniczyć dyskomfort podczas kąpieli. Do tego byłam książkowym niejadkiem i mama nie miała ze mną lekko. Pewnie dziś miałabym diagnozę Integracji sensorycznej i gotowy plan terapii.
Przecież wielu z nas nie lubi różnych rzeczy i w związku z tym nie robi od razu diagnozy.
Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na natężenie objawów oraz na inne zachowania. Zawsze warto wykonać Kwestionariusz sensomotoryczny, który pomoże zweryfikować czy warto udać się na diagnozę. Takie spotkanie z terapeutą jest wskazane, kiedy objawów jest DUŻO (więcej niż 3, w obrębie jednego zmysłu)i dotyczą różnych zmysłów oraz utrudniają życie.
Są dzieci, które przejawiają niektóre objawy, a problemów z SI nie mają w ogóle lub są dyskretne.
Wrażliwych dzieci rodzi się na świecie około 15%- 20 % i myślę, że każdy rodzic, który ma takie dziecko, zdaje sobie doskonale sprawę z tego daru. Specjalnie piszę o wrażliwości jako darze, bez cudzysłowu, bo tak właśnie go traktuję. Oczywiście, wychowanie takiego dziecka może być trudniejsze, ale daje ogromną satysfakcję.
Nie można też mówić o tym, że „wrażliwość” to domena dziewczynek. Jest mnóstwo wrażliwych chłopców, którzy bardziej odczuwają świat niż rówieśnicy. Na szczęście ten patriarchalny „trend” hamowania emocji mija. Chłopcom też wolno płakać i mówić o swoich uczuciach. Nie muszą być twardymi mężczyznami.
Niestety kiedy myślimy o dziecku wrażliwym, często nasuwają się nam dość stereotypowe cechy takie jak: ogromna nieśmiałość, niewspółmierna do sytuacji strachliwość, przewrażliwienie oraz płacz z bardzo błahych powodów.
Często rodzice, nauczyciele właśnie tak widzą widzą wrażliwe dzieci. Przypisują im cechy, których wcale nie muszą posiadać. Jest to dość krzywdzące, bo zazwyczaj te dzieci są obdarzone wyjątkową inteligencją i bardzo szybko potrafią wyczuć zamiary drugiej osoby.
Im bardziej zdenerwowany rodzic, tym trudniejsze zachowanie dziecka. Wiele również odczytują z mowy ciała, a nie tylko z kontaktu słownego. Pisałam Wam już nie raz, że układ nerwowy i skóra rozwijają się z tego samego listka zarodkowego. Dlatego nawet niemowlęta potrafią wyczuć zdenerwowanie rodzica i przejąć od niego ten stan niepokoju.
Jest to cecha wszystkich ssaków: kiedy jedno z nich odczuwa niepokój – jego układ limbiczny zostaje pobudzony. Automatycznie osobniki, które przebywają w najbliższej okolicy, również zaczynają czuć niepokój.
Dr Stuart Shenker nazywa to mózgowym wi-fi. To właśnie ten mechanizm sprawia, że kiedy rodzice są zdenerwowani to dzieci przejmują ten stan i odwrotnie. Nie pomaga chowanie emocji i udawanie, że wszystko jest ok. Druga osoba po prostu to czuje.
Te dzieci bardzo często płaczą, mają wygórowane odruchy pierwotne i są naprawdę absorbujące. Zabiegi pielęgnacyjne takie jak: kąpiel, obcinanie paznokci, czesanie włosów to często dla nich koszmar. Oczywiście jeszcze bardziej przerażeni są rodzice, którzy takie płaczące dziecko muszą wykąpać i ubrać.
Sama pamiętam jak byłam cała mokra (i to nie od wody) podczas pierwszych kąpieli. Kiedy zastosowaliśmy kilka tricków było znacznie lepiej. Kąpanie na brzuchu nie uaktywnia odruchu Moro (odruch przestrachu), zgasiliśmy jarzeniowe światło i nagrzaliśmy najpierw łazienkę. Niby tak niewiele, ale dla małego wrażliwca bardzo pomogło.
Z własnego doświadczenia wiem, co działa u mojego wrażliwca i chętnie się z Wami tym podzielę. Wiem, że każde dziecko jest inne, ale w tym przypadku jest tak wiele cech wspólnych, że może się zainspirujecie:
Jakiekolwiek uwagi co do zachowania dziecka, czy też nazwanie emocji będzie możliwe kiedy dziecko się w miarę uspokoi. Kiedy jest w stresie podczas ataku złości naprawdę niewiele do niego dociera. Podczas takich trudnych sytuacji mi też ciężko się opanować i wtedy zawsze powtarzam sobie ten rym:
Mi to pomaga, bo wiem, że muszę poczekać na odbudowanie relacji z dzieckiem, czyli kiedy wyjdzie z histerii. A dziecku pozwala na zapewnienie odpowiedniego czasu na naukę.
Zdaję sobie sprawę, że wychowanie wrażliwego dziecka to nie lada wyzwanie. Staram się jednak skupiać na małych sukcesach, które codziennie robimy. „Wrażliwość” traktuję jako dar. Nie myślę o bardzo dalekiej przyszłości, już dziś staram się zapewnić narzędzia, którymi będzie posługiwać się wówczas żeby radzić sobie z trudnymi sytuacjami.
Kiedy przypomnę sobie siebie z dzieciństwa – małego wrażliwca i patrzę na siebie teraz to wiem, że mocno się zmieniłam. Doświadczenia oraz pełne ciepła i zrozumienia wychowanie dało mi wiele. A najwięcej się nauczyłam, odkąd jestem Mamą.
Place zabaw Warszawa – dziś pokażemy Wam nasze ulubione miejsca. Nigdy się nie spodziewałam, że kierunek moich wyjazdów będą wyznaczały place zabaw. Odkąd mamy dzieci, które potrzebują ruchu to właśnie tam spędzamy każde popołudnie.
położenie / kameralny / w cieniu drzew
Świetny plac zabaw dla dzieci w przepięknej okolicy, przykryty cieniem drzew. Plac jest ogrodzony i dzieci znajdą tam kilka fajnych atrakcji. Nie jest on duży, ale dzieciom do lat pięciu w zupełności wystarczy. Znajdziecie tam karuzelę (napędzaną pedałami), huśtawki (dla małych i dużych), dwie zjeżdżalnie, domek do zabaw tematycznych i piaskownicę. W tym samym parku jest też plac zabaw dla dużo starszych dzieci.
A na koniec koniecznie wstąpcie na kawę i ciacho do Kolonii Ochota
Te zdjęcie wykorzystałam w moim wpisie o placach zabaw
Obecnie nawierzchnia już nie jest tak różowa jak na początku, ale też jest ok.
wiele atrakcji/ miejsce dla małych i dużych dzieci/piękna okolica
Ogromny plac dla dzieci w różnym wieku. Znajdziecie tu atrakcje nawet dla dzieci powyżej 10 r.ż (ogromna zabawka do wspinania się ze zjeżdżalnią). Część dla starszych dzieci wyłożona jest tartanem, a strefa dla młodszych usypana jest miękkim piaskiem. Jedyny minus to tłumy. W weekend jest tam bardzo dużo dzieci i robi się tłoczno.
design/ naturalny plac zabaw/ pyszna kawa
Miejsce bardzo wyjątkowe i nawet jeżeli macie daleko to warto się tam wybrać. Bardzo fajny naturalny plac zabaw dla dzieci, obok park gdzie można rozłożyć koc i zrobić piknik. Jest nawet spora ścianka wspinaczkowa. Uwielbiamy to miejsce, bo nie dość, że dzieci mogą świetnie spędzić tam czas, to i rodzice odpoczną. W SDK jest również kawiarnia, gdzie serwują pyszną kawę, ciasta i kanaki. Do tego cały obiekt jest naprawdę ciekawy architektonicznie.
Plac zabaw Warszawa
ciekawy pomysł/ powierzchnia/ dużo atrakcji
Niedaleko SDK jest jeszcze drugi plac zabaw, który warto odwiedzić. Jest to chyba jedyny tematyczny plac zabaw w Warszawie. Znajdziecie tam dwie strefy: dla młodszych i starszych dzieci. Całość robi ogromne wrażenie, nie tylko na dzieciach. Są tam huśtawki, kręciołki, wielkie drewniane dinozaury do wspinania się oraz tyrolka.
Jeżeli chcecie coś dobrego później zjeść do polecam Szarą Eminencję
woda do zabawy/ położenie/ duży teren
Nasze nowe odkrycie! Plac zabaw w Warszawie, na którym można bawić się wodą. Można też budować tamy. Znajdziecie też kilka sporych zjeżdżalni i drabinek do wspinania się. Naprawdę wspaniałe miejsce w świetnej lokalizacji. Jest tam również boisko wyłożone sztuczną trawą. Plac znajduje się tuż za Fonatnnami Multimedialnymi.
Można spędzić tam naprawdę ciekawe popołudnie z dziećmi. Obok jest kilka restauracji, ale jeszcze nie zdążyliśmy ich wypróbować. Podobno w weekendy są tam darmowe zajęcia dla dzieci.
A na słońcu przydadzą się Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka 2023
różnorodność/ piękny park/ fontanny
Dwa place zabaw położone w malowniczym parku. Znajdziecie tu świetne atrakcje dla młodszych dzieci, jak i starszych. Bardzo fajne jest to, że place zabaw się od siebie różnią: zarówno materiałem wykonania, jak i zabawkami.
Na pierwszym zrobionym z drewna i metalu można kopać małymi koparkami, zjeżdżać, huśtać się, a na drugim (położonym nieco dalej koło stawu z kaczkami) bawić się w piasku i kręcić na ogromnej karuzeli.
sensoryczne zabawki/ ogrodzony, niewielki teren/ lokalizacja
Bardzo fajny sensoryczny plac zabaw z dość nietypowymi zabawkami. Położony tuż obok wielkiej fontanny i Grobu nieznanego żołnierza. Zabawki są dość blisko siebie, ale dzięki temu możemy mieć na oku dzieci, nie chodząc za nimi krok w krok. Maluchy i starszaki na pewno znajdą coś tam dla siebie.
Jeżeli szukacie czegoś w okolicy na obiad to polecam St Antonio (animacje w weekend) lub Momu Gastrobar
teren do jeżdżenia na rowerze/ górka/ ogródek
Plac zabaw Warszawa Wola. Fajne miejsce na zabawy oraz jeżdżenie na rowerze. Znajdziecie tam również górkę, z której uwiebia zbiegać moje dziecko. Na terenie placu zabaw są nawet sprzęty dla dorosłych (siłownia pod chmurką)
Jeżeli po zabawie zgłodniejecie polecam Wam nasz ulubiony bar mleczny – Stołówkę u Chłopaków – mają przepyszne jedzenie w bardzo atrakcyjnej cenie (zupa plus drugie 14 zł)
woda/design/ klimat
To plac, w którym dzieci mają możliwość swobodnej zabawy z wodą. Świetne miejsce – spędziliśmy tam 3 godziny i nikt nie miał dość. Przed wizytą koniecznie zapakujcie do torby: zabawki do wody, ubrania na zmianę, ręcznik. Moje dzieci (5 lat i rok) bawiły się tam znakomicie i co najważniejsze nie trzeba było ich aż tak bardzo pilnować. Naprawdę to będzie chyba nasze ulubione miejsce na te wakacje w mieście. Po drugiej stronie jest strefa do wspinania się i mała karuzela. A tuż za płotkiem są huśtawki i spory zjazd tyrolski. Pod drzewami są hamaki, można rozłożyć koc i wspaniale spędzić czas.
Jeżeli zgłodniejecie to obok jest Szklarnia oraz dość elegancka (jak na outfit po placu zabaw) Warszawa wschodnia
Co prawda nie w Warszawie, ale w Błoniu 30 km od stolicy jest NAJLEPSZY plac zabaw w całym województwie. Pisałam o nim oddzielny wpis tutaj: Park Bajka
Jeżeli nie ma tutaj ulubionego placu zabaw Twoich dzieci, napisz go w komentarzu. Będę wdzięczna:)
a tu inspiracje na Najlepsze restauracje z dziećmi Warszawa
a tu Najlepsze hotele dla rodzin z dziećmi
Nie mam przed moim mężem żadnych sekretów, ale jakby zobaczył stan mojego koszyka w księgarni internetowej to by mocno się zdziwił, więc oszczędzam mu nerwów;)
dostępna TUTAJ
Dla dzieci 5 +
Dunia jest dziewczynką takich jakich wiele, czasem jest radosna, a czasami jest smutna. Książki o Duni (jest ich w sumie 5) to niesamowite historie o emocjach, które są bliskie dzieciom. Przygody głównej bohaterki są opisane ciekawym, ale zrozumiałym językiem. Książki z tej serii nadają się również do samodzielnego czytania.
dla dzieci 3+
Wydaje mi się, że już kiedyś gościła w moich wpisach, a to dlatego, że jest to książka WYBITNA. Moje dziecko ją uwielbia i to chyba jedyna pozycja, którą po raz trzeci wypożyczamy z biblioteki.
Książka jest o Stinie i jej przygodach podczas wakacji u dziadka. Do tego ilustracje są tak piękne jak obrazy. jeżeli jeszcze jej nie znacie to koniecznie kupcie.
Bardzo ciekawy przedruk książki z 1944 roku znanego rysownika i twórcy filmów animowanych. Genialna książka o tym jak powstaje książka. Skrzaty postanawiają uszczęśliwić małą Ewę, pisząc o niej książeczką. Bardzo fajna i pouczająca pozycja. Niewiele jest na rynku tak napisanych wierszy…
Trzecia książka Gwidona Miklaszewskiego z 1949 roku. Tym razem jeden ze skrzatów wpada na pomysł, by zbudować domek, który ma służyć mieszkańcom lasu. Do pomocy wzywa swoich braci. Wszyscy biorą się dziarsko do pracy i budują skrzaci domek.
Połączenie ilustracji Emilii Dziubak i rymów Dortoy Gellner sprawia, że ta książka czyta się sama. Poznacie wielu bohaterów i ich zaskakujące perypetie, do których chce się wracać.
„Ach, nie ma jak kocia muzyka! Od mysiej dostaje się bzika!”- powiedział kot
Bardzo fajna, edukacyjna seria, aż ciężko uwierzyć, że kosztują 5 zł!
„Nie wszystko mogę mieć” TUTAJ
„Myję ręce” TUTAJ
Książeczki o Fenku odkryłam kiedy szukałam książki o … myciu rąk. Bohaterem całej serii, w której znajdziecie bardzo dużo ciekawych tytułów (na temat różnych problemów) jest Fenek – lisek (alter ego naszego dziecka). Fenek, jak każdy dziecko ma swoje pomysły.
Autorka porusza różne WAŻNE sprawy np. poznanie telefonu alarmowego, oszczędzanie wody, zdrowe jedzenie, segregowanie śmieci itd. Każda książka dotyczy innego problemu i naprawdę w ciekawy sposób pomaga zrozumieć go dziecku.
Niestety nie mogę pokazać Wam zdjęcia ze środka ponieważ autorka zastrzegła sobie do nich prawo. Ogólnie jest dość dużo tekstu i ilustracje jak na okładce. Na końcu są również pytania.
dla dzieci 4+
Ciekawa książka … w kształcie tableta. Jaskiniowiec TEK korzysta z technologii w nadmiarze, aż któregoś dnia nie ma dostępu do sieci i odkrywa piękno otaczającego świata. Fajna i potrzebna książka.
Kolejna książka o Karusi i piaskowym wilku. Piaskowy Wilk uwielbia trudne pytania. To dlatego tak dobrze się czuje w towarzystwie Karusi. Opowiada jej rzeczy zapierające dech w piersiach i razem tłumaczą sobie zagadki otaczającego świata.
Karusię ciekawi wszystko – komary i miłość, puste kieszenie, nieposłuszne nogi, krótkie chwile, które bywają długie, wszechświat bez końca i czerwone kalosze.
„Åsa Lind pokazuje świat na pograniczu rzeczywistości i dziecięcej fantazji, świat widziany oczami dziecka. Jest bardzo świadoma języka, smakuje go i bawi się nim, podobnie jak robią to dzieci. Rysunki Kristiny Digman w znakomity sposób współtworzą klimat opowieści.”
Druga książka po „Dołku do kopania”, która prezentuje zbiór gier słownych i powiedzonek dla dzieci. Uwielbiamy za trafne pointy i prostotę.
Kartonowe wydanie wierszyków dla dzieci do WSPÓLNEGO czytania. Wspólne czytanie w tym wypadku nie polega tylko na odczytywaniu słów przez dorosłego. Dzieci uzupełniają wierszyk nazywając ilustracje. Bardzo fajna książka wzbogacająca słownictwo.
Uczy również poprawnej odmiany rzeczowników. My ją lubimy czytać we troje (Junior też jest zainteresowany), a Lila jest zaangażowania w czasie czytania.
różne części TUTAJ
dla dzieci 5+
To nasze pierwsze spotkanie z Nelą – małą reporterką, która podróżuje po świecie i pisze książki. Moje dziecko z wypiekami na policzkach ogląda z tatą program „Boso przez świat” i uwielbia takie „wyprawy”. Powiedziała nawet ostatnio, że chciałaby zostać podróżniczką. Dlatego książki z tej serii to strzał w dziesiątkę! Napisane bardzo ciekawym językiem, ze zdjęciami i ciekawostkami. Książki z Nelą mają wiele walorów edukacyjnych i są warte uwagi. Podoba mi się również, że Nela boi się niektórych rzeczy i powoli oswaja swoje lęki (dobra lekcja dla dzieci).
Mamy całą serię
Tę książkę dostaliśmy w prezencie od przyjaciół. A właściwie Julian ją dostał na roczek. Jest genialna! Książkę z imieniem dziecka zamawia się na stronie (link wyżej) wpisuje się jego imię i oni ją drukują. Jest naprawdę wspaniała, trochę żałuję, że nie jest po polsku.
Historia jest o chłopcu, który zgubił swoje imię. Na swojej drodze spotyka różne zwierzęta, których pierwsze litery składają się na jego imię. Na Julka drodze stanął: Jaguar, Unicorn, Lion, Elephant, Koala. Świetny pomysł na prezent, szczególnie jeżeli mieszka za granicą – wysyłają bezpośrednio do solenizanta (bezpłatna wysyłka na cały świat).
Ta książka kosztuje ok 8 zł! Jestem w szoku, że za takie pieniądze można kupić coś naprawdę wartościowego. Jest to kolorowanka, w której znajdziecie mnóstwo informacji na temat polskich miast. Do tego jest ciekawa i ładnie narysowana. Są dostępne również inne miasta:
WARSZAWA TUTAJ
POZNAŃ TUTAJ
GDAŃSK TUTAJ
Przepiękna opowieść o nieśmiałości. Dwie urocze świnki mieszkają w tym samym bloku i nawet nie wiedzą o swoim istnieniu. Przez zupełny przypadek poznają się i próbują się przełamać.
Wspaniała opowieść, która na długo zostanie w Waszych sercach – do tego świetne ilustracje i błyskotliwy język.
dla dzieci 2+
Światowy bestseller w końcu w Polsce. Może się wydawać, że jest to zwykła książka o zwierzętach, ale tak nie jest. Naprawdę niezwykła książka dla miłośników zwierząt.
Najmłodsze dzieci będą zachwycone kolorowymi ilustracjami, a starsze dzieci będą mogły pomagać. Wystarczy przełożyć folię żeby pomóc zagrożonemu gatunkowi.
Na pewno znacie „Ptasie radio” Juliana Tuwima… Jednak trudno jest rozpoznać te ptaki w parku czy też w lesie. Dzięki tej książce możecie je poznać bliżej, obejrzeć a nawet wysłuchać ich śpiewu. Świetna, edukacyjna książka, która zaciekawi nie tylko dziecko.
Piękne ilustracje namalowała Katarzyna Minasowicz
Do książki dołączona jest płyta z głosami ptaków.
Ale powiało sentymentem. Sama miałam tę książkę z ilustracjami pop up. Cóż tu dużo pisać. Świetna, mało drastyczna wersja Czerwonego Kapturka. Przy niektórych ilustracjach są ruchome elementy.
Warto mieć ją do kolekcji z Czerwonym Kapturkiem.
dla dzieci 2+ do czytania przez rodzica
Kupiłam tę książkę (za 8 zł), bo myślałam, że Lilka będzie ją czytać bratu (złudne me nadzieje;) Ale ogólnie jest to bardzo fajna pozycja do nauki czytania. Są również inne części.
Na wakacjach na Węgrzech audiobook „Afryka Kazika” Lilka przesłuchała z 50 razy. Tak się jej spodobało, że wypożyczyłam tę książkę. Jest naprawdę ciekawa i ma dużo ciekawych zdjęć. Lilka mi właśnie mówi, że chciałaby aby Tata czytał ją jej całymi dniami;)
Jak my czekaliśmy na to wydanie! Pana Kleksa oglądaliśmy chyba z dwa lata temu, muzyka z tego filmu gra u nas codziennie i znamy ją na pamięć. W końcu możemy też czytać w takim pięknym wydaniu z ilustracjami. Polecam bardzo na prezent! Lilka mówi, że musimy ją zachować i za cztery lata będzie ją czytać Julianowi (oby;))
Sama jestem taką Rózią, gdzie inni dostrzegają śmieci, ja widzę inspirację. Bardzo lubię książki o przebjowych dziewczynkach, które nie są posłuszne i idą przez życie według swojego pomysłu. O tym właśnie jest ta książka! Rymy lekko częstochowskie, ale to nic – Lilka uwielbia Rewelkę;)
„Gębolud” to urocza opowieść o czarodzieju, który mówiąc wprost nie grzeszy czystością. Do tego jest bardzo ponury i nieprzyjemny. Jednak jego los się odmienia kiedy poznaje małą dziewczynkę i zostaje jej tatą. W jego sercu powoli zaczyna być radośnie.
Świetna książka dla dociekliwych dzieci. Pokazuje jak zbudowane są zwierzęta oraz w dość prosty sposób wyjaśnia jak one funkcjonują. Do tego znajdziecie tu mnóstwo szczegółowych ilustracji oraz wnikliwych opisów.
Przepięknie wydany ogromny atlas zwierząt. Jest to bardzo bogato zilustrowane kompendium wiedzy o zwierzętach. Dla młodych poszukiwaczy przygód każda strona jest okazją, by odkryć setki szczegółów i przyswoić sobie mnóstwo wiadomości.
Pamiętacie mój wpis o Najpiękniejszej książce dla dzieci ? Astrid Desbordes napisała nową, tym razem o miłości do rodzeństwa. Jak zwykle z humorem i trafnymi spostrzeżeniami pokazuje jak buduje się więź brata i siostry oraz o emocjach, które tym wydarzeniom towarzyszą. Książka jest wspaniała i może być fajnym prezentem dla dziecka, które będzie w niedługim czasie starszym bratem lub siostrą.
To kompendium wiedzy na temat psów i kotów. Polecam szczególnie dzieciom, które chcą przygarną zwierzaka do domu. Przepiękne ilustracje i bardzo ciekawe informacje budują wiedzę dzieci na temat zwierząt domowych.
Ja zamówiłam tę książkę z prostej przyczyny, chcę oswoić u Lilki strach przed psami. Z książki można się dowiedzieć wiele ciekawostek.
Na koniec jak zwykle zostawiłam prawdziwą perełkę:)
Mówią, że nie ocenia się książki po okładce… A ja ją zamówiłam właśnie z tego względu i oczywiście się nie pomyliła. Książka jest wspaniała! Ilustracje dosłownie zapierają dech w piersiach i przygody Lotte, która odrobinę przypomina mi z charakteru i wyglądu moją córkę, wciągają do cna.
Lotte jest dziewczynką bardzo odważną i rezolutną. Chce dużo osiągnąć i być niezależna. Jednak nie do końca się jej to udaje, a ona się nie poddaje… Uwielbiam takie książki o dziewczynkach i wg mnie jest ich niewiele na rynku. Polecam z całego serca! Sami zobaczcie jakie cudo:
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zamierzasz skorzystać z moich rekomendacji kliknij „Lubię to” na profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Fidget spinner – co to jest? Dlaczego dzieci tak go uwielbiają, jaki ma na nie wpływ i skąd się wziął na rynku? W dzisiejszym wpisie znajdziecie odpowiedzi na te pytania oraz napiszę Wam moją opinię na jego temat, czy faktycznie jest taki niebezpieczny.
Zabawka wcale nie jest taka nowa. Ma ponad 24 lata, a wymyśliła ją Cetherine Hettinger. W jaki sposób powstał Fidget spinner? Sama Catherine w wywiadzie dla New York post powiedziała, że pomysł na tę zabawkę zrodził się w jej głowie, kiedy zobaczyła dość przykre zdarzenie w Izraelu. Była świadkiem agresji grupy chłopców, którzy obrzucali kamieniami kordon policji.
Hettinger jest wykształcenia inżynierem i pomyślała, że chciałaby stworzyć zabawkę lub przedmiot, który rozładuje napięcie i zajmie dłonie dzieci.
W wywiadzie dla Guardian, zdradziła, że sam projekt narodził się w jej głowie kiedy … zachorowała na chorobę immunologiczną (Miastenię), której jednym z objawów było osłabienie mięśni. Nie mogła bawić się ze swoją córką, więc wymyśliła Fidget spinner.
W 1993 chciała sprzedać swój pomysł dla firmy Hasbro, jednak oni nie widzieli w tej zabawce żadnego potencjału. Nikt nie mógł się spodziewać, że 24 lata później zabawka będzie takim hitem i firma, która będzie miała je na wyłączność zarobi miliardy dolarów. A sama Hettinger nie zarobiła na nim nawet dolara.
Niewiele osób wie, że jej prototyp znacznie się różnił od dzisiejszego Fidget spinnera. Wyglądał raczej jak rozłożony parasol, który nakłada się na palec i kręci. Catherine założyła niedawną publiczną zbiórkę na jej klasyczny Fidget spinner TUTAJ Sama chce wyprodukować go na nowo. Zobaczcie jak on wygląda:
4 maja 2017 roku Scott McCoskery w wywiadzie dla National Public Radio oznajmił, że to on 2014 zaprojektował Fidget spinner i nazwał go Torqbar, który wyglądem przypomina ten dzisiejszy (ale ma dwa ramiona). Stworzył go do zabawy podczas nudnych spotkań biznesowych, czy długich telekonferencji.
Jest to zabawka, która przyszła do nas z USA. Dzieci na jej punkcie oszalały! Wszyscy kręcą nimi w przerwach, po szkole, po przedszkolu. Wiele dzieci ma nawet po kilka Fidget spinnerów. Jej konstrukcja jest oparta na łożyskach, które się kręcą i wprawiają w ruch ramiona zabawki. Są dostępne różne kolory i modele. Są Fidget spinnery świecące, plastikowe, metalowe, kto jakie woli. Ja się o nim dowiedziałam od mojej 4-latki, która przyszła z przedszkola i błagalnym tonem poprosiła:
„Mamo, kupisz mi takiego kręcącego się SpinDera?”
Jestem rodzicem bardzo dociekliwym, dlatego od razu zaczęłam szukać, co to jest i dlaczego moje dziecko uważa, że to atrakcyjna zabawka. Od razu je znalazłam i stwierdziłam, że sama muszę zobaczyć ten gadżet zanim będę miała o nim swoją opinię.
W mediach powielane są informacje, które nie są do końca prawdziwe. Niektórzy nawet przestrzegają przed tą zabawką i uważają, że jest niebezpieczna. Jak jest naprawdę?
Zauważcie, że WSZYSTKIE nowości są tak przyjmowane. Ludzie panicznie boją się rzeczy, których nie znają, nigdy nie mieli ich w ręku, a tylko powielają informacje na ich temat na zasadzie plotki. Każdy o nim mówi, ale nie wie czy to prawda czy też nie. Media donoszą, że są zakazane w wielu szkołach, że szkodzą dzieciom, ale nie próbują dotrzeć do źródła.
Wszystkie źródła podają, że Fidget spinner został stworzony dla dzieci z ADHD i autyzmem, aby rozładować stres. Ma działać tak jak piłeczka do zgniatania i rozluźnić dłonie. Siła mięśni nadgarstków i przedramion wprawia Fidget spinner w płynny ruch, a co za tym idzie automatycznie zmniejsza napięcie. Z tym się zgadzam.
Dzieci z autyzmem, bardzo często lubią ruch rotacyjny (kręcenie się, kręcenie przedmiotami). Nadmiernie koncentrują się na szczegółach takich jak np. kręcenie kół aut, wpatrywanie się we włączoną pralkę i w ten sposób się autostymulują. O objawach autyzmu pisałam we wpisie: Objawy autyzmu
Są to powtarzające się zachowania, które nie służą niczemu innemu jak tylko gratyfikacji sensorycznej. Terapeuci pracujący z dziećmi autystycznymi starają się za wszelką cenę o ZMNIEJSZENIE czasu i natężenie autostymulacji. Takie właśnie zachowania zabierają uwagę dziecka, którą można wykorzystać w inny sposób. Dodatkowo takie epizody autostymulacji są negatywnie odbierane przez otoczenie, bo dziecko jest wtedy w swoim świecie i nie docierają do niego bodźce z zewnątrz. To bardzo utrudnia procesy związane z nauką i tym samym zaburza terapię.
Wpływ autostymulacji na zachowanie dziecka można śmiało porównać do uzależnienia (w mózgu uwalniają opioidy). Ta potrzeba jest tak silna, że dziecko za wszelką cenę będzie dążyło do niej. W tym czasie nie będzie przyjmowało informacji z zewnątrz, czyli: słuchać poleceń, odpowiadać na zadawane pytania itd. Dlatego terapeuci starają się eliminować zachowania autostymulujące u dzieci z autyzmem.
Myślę, że nie. Jednak warto by było zapytać terapeutę, który pracuje z dzieckiem twarzą w twarz, a nie polegać na doniesieniach z sieci.
Co ciekawe zdrowi ludzie też się autostymulują. Przypomnijcie sobie nudne spotkanie lub szkolenie. Pewnie też w pewnym momencie zaczynacie prowokować różne bodźce: tupać nogą, nakręcać włosy na palec, stukać ołówkiem o kolano. Te wszystkie zachowania służą właśnie AUTOSTYMULACJI.
Różnica jest jednak zasadnicza, że osoby które nie mają żadnych wyzwań rozwojowych potrafią jednocześnie koncentrować się na innej rzeczy, czyli np. słuchać na lekcji, a te zachowania autostymulacyje są zazwyczaj dyskretne do tego stopnia, że np. osoba siedząca obok ich nie zauważy.
U dzieci z ADHD może mieć uzasadnione zastosowanie. W pracy z dziećmi z tym zaburzeniem często się stosuje tzw. fidget toys, czyli zabawki pomagające się skoncentrować. Są to przedmioty ciche, nie wydające dźwięków, ale zajmujące ręce. Stosunek polskiej szkoły do Fidget spinnera nie jest mi jeszcze znany, ale w niektórych szkołach za granicą został zabroniony. Pewnie dlatego, że wiele dzieci (bez wyzwań rozwojowych) używało go podczas lekcji i nauczyciel nie mógł sobie z nimi poradzić i kontynuować swojej pracy.
Oczywiście są dzieci, które po zabawie będą rozdrażnione i pobudzone, przecież ruch rotacyjny jest dość silnym bodźcem. Rodzice powinni obserwować swoje dzieci i starać się wyłapać takie sytuacje.
Rodzice dzieci z zaburzeniami Integracji senosorycznej wg mnie powinni skonsultować zabawę Fidget spinnerem z terapeutą. W pewnym wypadkach zabawa nie jest wskazana, a wręcz zabroniona np. świecący Fidget spinner w rękach dziecka z padaczką.
Terapeuta może pokazać dziecku jak może się nim bawić żeby wspomagać rozwój, a nie szkodzić.
Fidget spinner jest zabawką tak wszechstronną, że dzieciom, które nie mają problemów z przetwarzaniem bodźców może pomóc.
Mam wątpliwości, czy Fidget spinner stymuluje (nadmiernie) zmysł wzroku, bo uważnie obserwowałam kilkoro dzieci (bez wyzwań rozwojowych) i zauważyłam, że żądne z nich nie wpatruje się w kręcącą się zabawkę, a raczej kontroluje wzrokiem, czy nie spada.
Jeżeli chcecie zobaczyć, co można z nim robić koniecznie kliknijcie ten filmik:
Myślę, że Fidget spinner może być również pomocny dzieciom, które obgryzają paznokcie (służy rozładowaniu napięcia).
Jak sami widzicie Fidget spinner nie jest dla wszystkich dzieci. Nie powinny go używać dzieci poniżej lat 3, a rodzice dzieci z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego niech skonsultują zabawę z terapeutą. Nie wierzcie mediom o szkodliwości Fidget spinnera, tylko obserwujcie swoje dzieci co się z nimi dzieje po zabawie.
Fidget spinner można kupić np. TUTAJ
A tutaj macie wpis o najnowszej modzie z 2021 od Fidget toy – Pop it
Żródła na temat powstania Fidget spinnera:
The Guardian
New York Post
„Mamo, zobacz ja to chcę!”, „Oo jaki piękny konik, kupisz mi?”, „Tato, widziałam tam w sklepie takie pomadki, mogę je mieć?” Im macie starsze dziecko to pewnie słyszycie te frazy coraz częściej. Ja też słyszę je codziennie i wiem, że to jest ważne dla dzieci. Tylko jak znaleźć złoty środek? Przecież nie kupimy im wszystkiego, co tylko zapragną.
Jest rok 90, wstaję rano i wiem, że to dziś przychodzi Mikołaj. Tak to dziś dostanę swoją wymarzoną, wyproszoną lalkę Barbie, o którą prosiłam w listach do brodatego starca. Biegnę do choinki żeby odpakować moją plastikową lalkę.
Już przy drzwiach do pokoju wypatruję błyszczący papier. Prezent ma kształt prostokąta. Wszystko się zgadza – lalki przecież sprzedawane są w takich pudełkach. Z wypiekami na policzkach jednym szarpnięciem zrywam błyszczący papier. Biorę głęboki oddech i widzę tam… puzzle z Myszką Mickey.
Pamiętam moje rozczarowanie. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że to był prezent, na jaki moja mama mogła sobie pozwolić. Jednak emocje z tamtego dnia pamiętam do dziś. W końcu dostałam podobną lalkę do Barbie i bawiłam się nią baaardzo długo. Siedziałam z koleżankami pod blokiem na kocyku i ze starych skarpetek szyłam jej ubrania.
Teraz są inne czasy – zdaję sobie z tego sprawę. Możemy pozwolić sobie na więcej. Mało tego, że możemy – wielu z nas próbuje nadrobić za naszych rodziców żeby dziecko miało wszystko, co tylko chce. Nie potrafimy dostrzec tego, że spełniając każdą zachciankę robimy dziecku krzywdę.
Nienawidzę reklam dla dzieci! Chciałabym żeby i u nas (tak jak w Skandynawii) wprowadzono przepisy ograniczające ich emisję. Niestety pokazują one często nie zabawkę jako produkt, ale niesamowity ładunek emocjonalny. Pokazuje dzieciom, że właśnie szczęście osiągną poprzez zakupienie zabawki.
Często mówię córce, że reklamy kłamią. Wtedy ona mówi mi, że nie wszystkie i dyskutujemy o tym. Pomagam jej dostrzec manipulację ze strony firmy, która próbuje nakłonić dzieci żeby prosiły o dany przedmiot rodziców. I to działa!
Kiedy mamy malutkie dziecko jego potrzeby są bardzo proste: sucho, pełny brzuch, blisko mamy. Bez tych elementarnych rzeczy nie jest w stanie rozwijać się prawidłowo. Później im jest starsze pokazuje nam czego chce np. mój roczny syn nie komunikuje się jeszcze werbalnie, ale za to jest w stanie pokazać paluszkiem wszystko, co chce. Tak nauczył się prosić o kubek z piciem.
My nauczyliśmy się odczytywać ten znak i za każdym razem jak wskaże swoim pulchnym palcem na kubek to podajemy mu go do picia. To wciąż jest potrzeba. Ale kiedy starsza córka na dopiero co zobaczoną rzecz mówi, że „to chcę!” to już przyglądam się temu uważniej i rozmawiam z nią na ten temat. Wystarczy, że spojrzę na tę rzecz, wyrażę swoją opinię i najczęściej odkładamy ją na półkę. Ja też lubię oglądać w sklepie różne rzeczy.
Takie pytanie zadała mi córka kiedy kurier wręczył mi paczkę książek u progu mojego mieszkania. Ona nie widziała, że dwa dni wcześniej, wieczorem robiłam zamówienie w sklepie internetowym. Często zamawiam rzeczy z przedpłatą, więc nawet nie widzi, że ja za te książki płacę.
A czym są też pieniądze dla 5-letniego dziecka, kiedy za prawie wszystko płacimy kartą? Po pierwsze nie widzi zbyt często pięniędzy, nie jest w stanie ocenić czy to dużo, czy mało oraz skąd się one biorą na koncie. Dla niej jest to przyłożenie karty i głośne „pik” . Jest to zbyt abstrakcyjne żeby zrozumieć jak się kupuje rzeczy. Wg niej jest to zupełnie idylliczne i pozbawione wysiłku rodzica.
Dlatego tak często prosi o nowe rzeczy i chociaż w 99% jej odmawiam, na drugi dzień jest to samo.
Prawie wszystkie zakupy robię w internecie kiedy dzieci śpią lub nie ma ich w domu. Sama wybieram ubrania, buty, książki, a nawet i zabawki. Teraz po moich przemyśleniach widzę to bardzo dokładnie. Pozostawiam jej wybór, co do zakupu … szczotki do zębów. Trochę mało, prawda?
Oczywiście przy zakupach staram się kierować jej gustem, a nie tylko moim. Kiedy widzę, że obecnie uwielbia kręcące się sukienki to nie kupuję jej spodni jeansowych, bo wiem, że się jej nie spodobają i będziemy tylko obie się denerwować. Tak samo z innymi przedmiotami. Wiem też, że gdybym z nią robiła zakupy to od stóp do głów byłaby ubrana w Krainę lodu. A nie chcę tego. Przełamałam się nawet i kupiłam jej bluzkę z Elsą, cieszyła się tydzień, a póżniej o niej zapomniała.
Dlatego jak już wyjdziemy na zakupy to tak często o coś prosi.
Większość rzeczy, o które prosi to są właśnie zachcianki. Takie chwilowe popędy, które rządzą dziećmi, kiedy zobaczą cokolwiek ich interesującego przy okazji innych zakupów. Co robię w takiej sytuacji? Zazwyczaj rozmawiamy, że tego nie potrzebuje, że ma w domu podobne. A jak to nie pomaga to recytuję z głowy po co tu przyszliśmy i czy ta rzecz była zaplanowana. To zazwyczaj pomaga.
Mistrzem doświadczeń i afirmacji tego sposobu życia jest mój mąż, który potrafi wydać sporo pieniędzy na butelkę dobrego wina, pyszny holenderski ser, czy też kurs nowego języka. Od początku stara się wpoić córce, że to właśnie przeżycia są najważniejsze, a nie rzeczy.
Podam Wam teraz przykład z wczoraj. Byłam z dziećmi w kiosku po baterie. Lilka zobaczyła na obrazku książkę z żółwiem Franklinem, którego bardzo lubi i mamy ich kilka w domu. Poprosiła żeby zapytać panią sprzedawczynię, co to za książka, bo jej akurat nie ma. Pani odpowiedziała jej, że od jutra będzie można je kupować w kiosku co dwa tygodnie. Oczywiście moje dziecko odrzekło, że chce te książki. Odpowiedziałam moją standardową formułkę, którą zawsze stosuję „Lilu, zobaczymy, ok?”
Kiedy wróciliśmy do domu Lilka opowiedziała o tym tacie. Widziałam, że to dla niej ważne. Wyciągnęła nawet swoje książki o Franklinie i je znów czytaliśmy. Wieczorem wpadłam na fajny pomysł, który dużo ją nauczy.
Sprawdziłam cenę książki i powiedziałam Lilce, że jak bardzo chce to możemy pójść i ona SAMA ją sobie kupi. Chciałam żeby doświadczyła wartości pieniądza i żeby czegoś się nauczyła. Do tej pory raz na jakiś czas dawaliśmy jej drobne i wrzucała je do skarbonki. Jednak jeszcze nie miała okazji z niej skorzystać. Powiedziałam ile kosztuje książka i ile pieniędzy musi przygotować.
Otworzyła skarbonkę i pokazałam jej nadruki na monetach. Wzięła monety: 2 zł, i 3 po 1 zł. Włożyła je do swojego portfela i poszłyśmy razem do kiosku. Sama zapytała Panią o książkę z Franklinem i sama za nią zapłaciła. Pani wydała jej grosik reszty, który wrzuciła do portmonetki. Książkę włożyła do swojego koszyka. Żebyście widzieli jej minę. Była z siebie dumna! Podchodzi do mnie i mówi: „Sama sobie kupiłam Franklina i nawet resztę dostałam” 🙂
Mama dawała parę groszy i sama biegłam do kiosku po pestki lub gumy kulki. Bezcenne wspomnienie!
Lilka nie mogła się doczekać oglądania książki, którą sama sobie kupiła i przysiadła na murku żeby ją obejrzeć. Przez to doświadczenie nadała tej książce dodatkowego ładunku emocjanalnego i z pewnością zapamięta je na długo. I pewnie w dorosłym życiu nie będzie pamiętać tych książek, tylko właśnie sam fakt, że to zrobiła.
Oczywiście obiecałam jej, że kupimy tez kolejne części, które będą się ukazywać co dwa tygodnie żeby mogła zebrać taką piękną kolekcję.
Pewnie zapytacie o jej dostępność: od dziś jest dostępna w kioskach i salonach prasowych, a także na stronie literia.pl. Cała kolekcja będzie liczyła 28 książek, cena I tomu to: 4,99; kolejnych: 11,99.
Jak widzicie nie ma super zasady, gotowych rad jak radzić sobie z ciągłymi prośbami. Najważniejsza jest rozmowa i uwaga poświęcona dziecku. Jeżeli my będziemy mieli do tego zdrowy stosunek to i nasze dzieci się tego nauczą.
Dziś chciałabym Wam pokazać nasze śniadania, które przewijają się u nas ciągle. Chyba jest niewiele osób, które rano mają bardzo dużo czasu na przygotowanie pożywnego śniadania w 5 minut dla rodziny.
Ja tuż po przebudzeniu piję kawę i dopiero wtedy myślę co zrobię na śniadanie. Nie jestem osobą, która planuje posiłki sporo czasu naprzód i zazwyczaj robię je bardzo spontanicznie. W domu mam zawsze kilka produktów, które stanowią bazę do zrobienia szybkiego śniadania.
Zawsze mam w domu: jajka, banany, jabłka, kaszę gryczaną niepaloną, zdrowe płatki: orkisz preparowany, jagły z miodem, amarantus ekspandowany, owoce mrożone (zawsze je mrożę na koniec sezonu – maliny, jeżyny), mleko roślinne, kaszka dla Jula, często mam też serek Bieluch (ale nie zawsze)
Napiszę też, że zdarza nam się jeść na śniadanie nie do końca zdrowe rzeczy, bo np. mąż kupi nie takie płatki albo jemy w miarę dobre parówki. Ogólnie staramy się jeść zdrowo, ale wychodzi to różnie. Dziś np. nie udały mi się placki z bananami (próbowałam robić bez przepisu), więc dałam Lilce serek z krówką, a Julkowi kanapkę z masłem (ale nie chciał jeść, bo ząbkuje).
Przepis jest banalnie prosty i dzieciaki je uwielbiają! Robi się je bardzo szybko i często właśnie to jest nasz pomysł na śniadanie w 5 minut.
Wieczorem namaczam szklankę kaszy gryczanej niepalonej w dwóch szklankach wody i wstawiam na noc do lodówki. Rano przepłukuję kaszę, dorzucam niżej wymienione dodatki i blenduję na jednolitą masę:
Z tego ciasta można też usmażyć placuszki na patelni.
Do każdej z opcji można dodać co tylko chcemy: jogurt naturalny, owoce, dżemy itd. – w zależności co lubią dzieci i co mamy w lodówce
Ja do ciasta dodaję też mrożone maliny i to miksuję razem. Wychodzi około 15 placków, które moje dzieci zjadają w 10 minut:)
Zapytacie pewnie, co z owsianką na śniadanie?
Zwyczajnie nam się przejadła i od paru miesięcy nie mam ochoty na owsiankę – dzieci również. Za kaszami jaglanymi nie przepadają, więc znalazłam alternatywę.
Wcześniej Julkowi robiłam kaszkę błyskawiczną, bez mleka i bez cukru – najczęściej TĄ Jednak jakiś czas temu odkryłam znacznie lepszą i zdrowszą opcję. Wiecie, że takie kaszki, które zalewa się tylko wodą są mniej wartościowe niż takie, które się gotuje?
Ja też o tym nie wiedziałam. Zboże podczas obróbki traci sporo swoich cennych właściwości. Dlatego taka zalewana kaszka wcale nie jest taka super (jakby się mogło wydawać). Można też gotować jaglanki itd. Jednak moje dzieci za nimi nie przepadają, a do tego rano nie mam czasu żeby 20 minut gotować kaszę.
Znalazłam więc opcję idealną dla nas i chcę Wam dziś je pokazać, bo jest to tak genialny produkt, że aż szkoda żebym Wam go nie zdradziła.
Dlaczego je lubimy? Przede wszystkim dlatego, że nie mają cukru. Zdecydowanie wolę posłodzić kaszkę tartym jabłkiem lub bananem. Kaszki są produkowane w Polsce. Zboża pochodzą od lokalnych rolników, są pakowane również tutaj. A ja lubię wspierać polskie biznesy.
Do tego przygotowanie zajmuje dosłownie 3 minuty! No i moje dzieci je uwielbiają. Cena w porównaniu z kaszką błyskawiczną, którą kupuję jest bardzo podobna, a jednak wartości odżywczych jest więcej. Do kaszek można zamówić również Różdżki smaku, czyli owoce liofilizowane zachowujące wartości świeżych owoców. Lilka uwielbia ją dodawać sama.
Kaszki zamawiam na bieżąco, bo Julek je codziennie nawet dwie miski.
Kaszkę przygotowuję na mleku owsianym, a wcześniej gotowałam tylko na wodzie. Na koniec dodaję odrobinę masła i gotowe.
Dostępnych jest mnóstwo rodzajów, moim dzieciom najbardziej smakują kaszki mieszane. A Różdżki smaku uwielbiamy najbardziej jagodowe i truskawkowe. Jagody liofilizowane podawałam Julkowi również kiedy miał biegunkę (jagody mają właściwości przeciwbiegunkowe) i bardzo pomogły.
Kaszki HELPA <-klik
Mata z miską to EZPZ
Jeśli jednak macie więcej czasu na przygotowanie pysznego śniadania to tu macie przepis na szakszukę
Jestem ciekawa jakie Wy macie pomysły na śniadania w 5 minut? Zdradźcie je w komentarzach
Dziś Budapeszt. Bo po powrocie z naszych wakacji dostaję od Was setki wiadomości z różnymi pytaniami o nasz wyjazd. Postanowiłam zrobić krótki, ale treściwy przewodnik: gdzie się zatrzymać, co jeść, co zwiedzać?
Zacznijmy od początku – my nasze wakacje zaczęliśmy planować ok. 2 miesiące przed wyjazdem.
Właściwie od początku byliśmy przekonani, że w Budapeszcie zatrzymamy się w Aquaworld – to hotel, w którym jest aquapark. Czy z perspektywy czasu zatrzymalibyśmy się tam? Nie wiem. Napiszę Wam o plusach i minusach, bo to zależy co kto lubi:
Z perspektywy czasu myślę, że lepiej znaleźć coś bliżej centrum i np. 2 razy pojechać do Aquaparku na cały dzień. Gdzie szukać noclegów? My zawsze szukamy na booking.com. Następnym razem rozważyłabym jednak wynajęcia mieszkania na kilka dni np. przez airbnb.pl Szukajcie blisko centrum. Punktem orientacyjnym może być Hősök tere (Plac Bohaterów). Przy tym placu jest mnóstwo atrakcji.
Myślę, że każdy sam może wpisać w Tripadvisor i zobaczyć co go najbardziej interesuje. My za każdem razem jak jesteśmy w Budapeszcie jeździmy na Górę Gellerta skąd jest najpiękniejszy widok na Budapeszt. Tym razem odkryliśmy również inne atrakcje właśnie w tej lokalizacji i już Wam o nich piszę.
Po zejściu z góry poszliśmy zjeść zupę gulaszową z widokiem na panoramę Budapesztu w Búsuló Juhász Étterem, było przepyyyszne.
Tuż obok udaliśmy się na deser na lody do Füge bolt és kávézó. Tam napijecie się przepysznej kawy i zjecie naprawdę pyszne lody (mają nawet bezglutenowe rożki). W środku kawiarni są też rewelacyjnie wyposażone delikatesy, możecie kupić tam trochę pyszności na później.
Powiem szczerze, że takich placów zabaw to im zazdroszczę! A mają ich naprawdę sporo, ale trzeba o nich wiedzieć. Ja oczywiście niżej Wam wszystko napiszę:)
Najpierw poszliśmy na Vuk Játszótér (jest minutę pieszo od lodziarni) i niestety akurat był w remoncie. Udało mi się zrobić tylko dwie fotki przez ogrodzenie, a możecie go w pełni zobaczyć TUTAJ Jest wooow!
Idąc na Górę Gellerta jest inny plac zabaw: Cerka Firka i spędziliśmy tam dwie godziny! Dzieciaki były przeszczęśliwe, że mogą się bawić na kredkach i w temperówce.
Niestety przez to, że mieszkaliśmy tak daleko to nie mogliśmy z nich skorzystać. Ale dam Wam link do węgierskiej blogerki z linkami i adresami, gdzie znajdziecie m.in. takie cuuuuda! Gdybym mogła to bym tylko te place zabaw zwiedzała:)
4 km od Aquaworld jest TARZAN PARK– podobno świetny
8 najlepszych placów zabaw
6 super placów zabaw
Jednego dnia padało bardzo mocno i mąż wrzucił w google hasło: co robić w Budapeszcie z dziećmi kiedy pada deszcz? Wiecie co mu wyskoczyło jako pierwsze? Aquaworld, czyli hotel, w którym spaliśmy.
Uznaliśmy, że mamy dość wody i wolimy porobić coś innego. Wybraliśmy się do centrum, które bardzo przypomina Centrum Nauki Kopernik, ale jest bardziej oldchoolowe: https://www.facebook.com/csodakpalotaja/
Po zabawach pojechaliśmy do malowniczo położonej restauracji Dunyha. Nie wiedzieliśmy, że jest to cały kompleks i można się tam zatrzymać na kilka dni. Zobaczcie sami: Petnehazy Club – baseny, zielone okoliczności przyrody, pyszne jedzenie:)
Z racji tego, że urodziny Juniora wypadały nam na wyjeździe, więc postanowiliśmy je świętować w tradycyjny sposób – zabraliśmy dzieci do zoo. Warto odwiedzić budapesztańskie zoo – spędziliśmy tam naprawdę fajny czas i na koniec spotkałam moją czytelniczkę z córką Lilką:)
Okolice ZOO to od setek lat tereny rekreacyjne. Na tzw. Wystawę Millenijną w 1896 roku – czyli na 1000-lecie państwa węgierskiego powstało tam mnóstwo atrakcji na weekendowe wypady „za miasto” (piszę w cudzysłowie bo dziś to ścisłe centrum).
Zamek Vajdahunyad, wspomniane ZOO, wesołe miasteczko, cyrk miejski no i naturalnie baseny termalne. Dociągnięto tam wtedy nawet linię metra, która była pierwsza „kontynencie europejskim” (Celowo zawsze piszą formułując dokładnie w ten sposób – bo de facto pierwsze metro było w Londynie – ale UK to wyspa a na kontynencie prym wiedzie Budapeszt).
Dzieciom się bardzo podobało. Jednak jak zawsze największą furorę zrobił tematyczny plac zabaw. Atrakcje w kształcie zwierząt zajęły je na długo.
Jest tylko jeden minus – nie wiem dlaczego przy zwierzętach i atrakcjach nie ma informacji w języku angielskim.
W zoo byliśmy ponad 3 h i od razu po wyjściu udaliśmy się coś zjeść. Na przeciwko jest świetna restauracja z widokiem na jeziorko i fontannę: Robinson
A na koniec przeszliśmy w stronę Placu Bohaterów (warto zobaczyć, jeżeli ktoś jest pierwszy raz) oraz udaliśmy się w stronę Muzeum Rolnictwa (piękne miejsce) i wypiliśmy kawę w kawiarni przy jeziorku.
Baseny termalne SchechenyiSpa (my mieliśmy w hotelu, więc tym razem nie skorzystaliśmy, ale wg mnie warto się wybrać)
Nie udało nam się dotrzeć do ulubionej restauracji mojego męża, ale może Wam się uda? Znajdziecie tam naprawdę pyszne dania kuchni węgierskiej. Kehli
Mieliśmy również w planach odwiedzenie Szimpla Kert miejsca gdzie można zjeść w pięknych okolicznościach. W niedziele jest tam też market.
Ogólnie w Budapeszcie jest wiele ciekawych restauracji, ale tym razem nie zdążyliśmy ich odwiedzić. Podrzucę też Wam link, który miałam zapisany przed wyjazdem. Są tam właśnie takie klimatyczne miejsca: TUTAJ
Jeżeli macie jakieś pytania, śmiało – piszcie je w komentarzach.
a tu jeszcze Węgry 10 powodów, dla których warto je odwiedzić
Dzień Dziecka zbliża się wielkimi krokami. Ja już na szczęście wszystko mam i dziś chciałabym zaprezentować kilka świetnych zabawek, które świetnie nadają się na prezenty.
Jak wiecie mamy w domu prawie 5 – latkę i roczniaka. Także w tym roku wybrałam prezent dla Juniora zgodny z jego etapem rozwoju, a Lilce zgodnie z jej zainteresowaniami. Obecnie są to: taniec, język chiński, różne zabawy manualne, ozdabianie przedmiotów i dekorowanie.
Oto moje pomysły:
Układanki jednoelementowe
To pierwszy etap układania. Te mają dość grube uchwyty i świetnie je się łapie. Dodatkowo dziecko ćwiczy chwyt pęsetkowy – potrzebny w dalszych etapach rozwoju.
Wybrałam puzzle sensoryczne ze zwierzętami, bo będziemy przy nich wydawać odgłosy:)
Jedne są z elementami dotykowymi
Drugie są z dźwiękami, przy czym są bardzo fajnie nagrane, nie ma wątpliwości jakie to zwierzę. Bardzo się Julkowi podobają ( dałam mu je trochę wcześniej, bo chciałam wypić kawę;) Na razie tylko wyjmuje, ale już nie długo zacznie wkładać elementy w odpowiednie otwory.
Szukałam czegoś takiego w prezencie na roczek. Zależało mi też na figurkach. Ta zabawka będzie nam służyć conajmniej 3 lata, bo można się z nią bawić na różne sposoby: można układać piramidę, wkładać zwierzęta do otworów, bawić się w farmę. Julkowi oczywiście najbardziej podoba się burzenie;) A do tego świetnie się składają i zajmują mało miejsca.
Na koniec klasyk! Jak tylko ją kiedyś zobaczyłam to wiedziałam, że kupię tę rakietę dla następnego dziecka. Elementy trzymają się ze sobą magnesami, jednak trzeba je odpowiednio dopasować. Rakieta nie jest duża i doskonale mieści się w małych rączkach. Do tego te ruchome śmigiełko… Już czuję, że to będzie jego ulubiona zabawka.
Ostatnio przyniosłam Juniorowi starego miśka Lilki. Kiedy ona to zobaczyła to oczywiście go chciała… A on teraz ma jakąś fazę na przytulanie i tuli nawet… foremki do piasku. Postanowiłam, że też musi mieć swojego misia.
Często szukamy tych drewnianych zabawek edukacyjnych, a zapominamy o klasykach, które powinno mieć każde dziecko. A ten miś jest przeuroczy, zamknięty w cudnym pudełku na prezent. Do tego jest tak miły w dotyku, że sama mam ochotę go przytulić.
Tak jak wspomniałam wyżej – Lilka ma bardzo ukierunkowane zainteresowania i dlatego wybrałam takie rzeczy, które obecnie podobają się jej najbardziej.
Lilka spędza teraz przy biurku długie godziny, ciągle coś klei, wycina, ugniata itd. Brakowało mi czegoś sensownego jako podkładka (do tej pory zaściełałam gazetę). Teraz może ugniatać masę solną, lepić z modeliny czy tez malować farbami. Zobaczcie jaki fajny wynalazek – mata się przyczepia do biurka, można ją myć w zmywarce i stosować do różnych prac.
Układanka zamknięta w metalowym pudełku. Mieliśmy kiedyś bardzo podobną tylko z domem – Lilka ją uwielbiała. Za pomocą magnesów można tworzyć własne aranżacje. Super zabawka na podróże, bo zajmuje mało miejsca.
Lilka uwielbia takie rzeczy – właście to jej jedyne zajęcie ostatnio. Ciągle coś tworzy. Już kiedyś miała takie zestawy Janod, ale z innymi motywami ( zobaczcie tutaj: Mamo, ja nie lubię rysować). Teraz zamówiłam trochę trudniejsze. Będzie zachwycona! Cały zestaw jest zamknięty w metalowej walizeczce, która później służy do innych rzeczy.
Przeszła jej jakoś faza na układanie puzzli, ale może zachęci ją piękny obrazek z baletnicami:)
A JUŻ W PRZYSZŁYM TYGODNIU POKAŻĘ WAM NAJFAJNIEJSZE KSIĄŻKI NA PRZENT NA DZIEŃ DZIECKA
Jeżeli szukacie innych ciekawych wpisów z pomysłami na prezenty to polecam te:
KLOCKI MAGNETYCZNE
KLOCKI KONSTRUKCYJNE
ZABAWKI GEOGRAFIA
KINOPTIK I JOINKS
ZABAWKI (NIE TYLKO) DLA DZIEWCZYNEK
Ale macie ze mną dobrze! Sezon dopiero się zaczyna, a my w warunkach wodno-piaszczystych zdążyliśmy przetestować dla Was świetne gadżety, które przydadzą się podczas podróży z dziećmi. A jeżeli nigdzie się nie wybieracie to możecie ich używać nawet na spacerze.
Moje odkrycie tego wyjazdu! Nigdzie nie mogłam znaleźć nic sensownego z rękawami, aż trafiłam na te. Są przemiłe w dotyku, dobrze wchłaniają wodę i szybko schną. Do tego zajmują bardzo mało miejsca w walizce. Dzięki temu, że mają dość uniwersalny rozmiar wystarczą na długo.
Myślałam, że będę ich używać tylko na basenie, ale przez to, że tak dobrze wchłaniają wodę to zamierzam ich używać również w domu po kąpieli. Zapytacie pewnie jak wypada rozmiarówka. Julian ma 0-2 (a ma 80 cm wzrostu), a Lilka mimo tego, że ma 4,5 roku (105 cm) ma rozmiar 2-4, więc jak widzicie szlafroki wystarczą na dłużej.
Są dostępne w różnych kolorach i dwóch rozmiarach TUTAJ
Czy Wasze dzieci też nie potrafią chodzić po basenie? Moje są zawsze w biegu… Zawsze się obawiam, że się wywrócą na śliskiej powierzchni i non stop powtarzam: „Chodzimy powoli!”. Jednak moje słowa działają tylko na dwa kroki, później już biegną. W tym roku postanowiłam, że przetestujemy taki wynalazek i powiem Wam, że sprawdziły się znakomicie!
Zero upadków, a ja w końcu nie musiałam ich ciągle strofować. To nic innego jak bardzo dobrze przylegające skarpetki z antypoślizgiem. Wchodzi się w nich do wody. Myślę też, że świetnie się sprawdzą na wodnym placu zabaw, o którym pisałam we wpisie Bajka
Dostępne w różnych rozmiarach i kolorach TUTAJ
Kiedy tylko zrobi się zielono temat kleszczy powraca jak bumerang. W tym roku zdecydowałam się jeszcze na dodatkową ochronę. To ten mały breloczek przy Lilki plecaku – nazywa się TickLess i aktywowany ma chronić przed kleszczami.
Jak działa? Kleszcze oraz roztocza kurzu domowego posiadają specjalny narząd (tzw. narząd hallera), który wykorzystują do namierzania pożywienia/ofiary.
TickLess oraz MiteLess blokują działanie narządu hallera poprzez emisję ultradzwięków. Czyli stajemy się niewidoczni dla kleszczy. Drugie takie urządzenie mam przy wózku Julka, a trzecie przy mojej torebce. Jest jeszcze wersja MiteLess dla alergików na roztocza, które również mają ten narząd hallera.
Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ
Junior od dwóch miesięcy ma fazę na chodzenie. Wszystko robi w ruchu, nawet czyta książki i myje zęby. Trochę się obawiałam posiłków podczas wyjazdu i stwierdziłam, że przyda się nam takie składane krzesełko. To był strzał w dziesiątkę!
Zajmuje mało miejsca po złożeniu (wsunęłam je pod fotel w aucie), a po rozłożeniu służy jako krzesełko. Na wyjeździe – wiadomo, nie zawsze się je w restauracji i dzięki temu mogłam dać mu spokojnie coś do jedzenia. Na zdjęciach je swoje pierwsze truskawki z widokiem na Balaton. Kiedy się pobrudził to wycierałam je chusteczkami nawilżanymi, a po powrocie krzesełko uprałam w pralce i wygląda jak nowe.
Na każdy wyjazd z dziećmi zabieramy takie zestawy: sztućce, większa miska, kubeczki. Przydają się do zrobienia kaszki, czy też umycia owoców. Teraz zabrałam właśnie ten, bo miska jest trochę większa i może służyć również za talerz. Nie znałam wcześniej tej marki, a jest super – nie wiedziałam, że z kukurydzy można zrobić eko talerze.
Kiedy miałam przed sobą wizję 2 – tygodniowego zastanawiałam się jak będę prać śliniaki, których Julian zużywa po 4 dziennie. Myślałam, żeby kupić jednorazowe, ale akurat nigdzie nie mogłam ich dostać. Tak też znalazłam gadżet idealny! Do uchwytu zamontować można chusteczkę, która zawsze jest dostępna w restauracjach. Na koniec wycieram chusteczką buzię po posiłku i ją wyrzucam. Genialne! Juniorowi służą również jako gryzaki;)
Podróżowanie z dziećmi autem to czasami spore wyzwanie. Ja mam kilka swoich patentów, które nam je ułatwiają. Często wyjeżdżamy na wieczór żeby dzieci zasnęły w samochodzie. Mam swój sposób, który zawsze stosuję i działa idealnie. Otóż, często światła mijanych samochodów budzą dzieci, dlatego ja zawsze zakładam osłonkę na fotelik, którą montuję przy twarzy dziecka.
Wcześniej układałam tam przewijak Skip hop, a ostatnio zamówiłam taką osłonkę, która przyda się również latem podczas jazdy wózkiem. Jest bardzo przewiewna i dobrze się trzyma (na magnesy). Można ją podwijać i przypinać.
Ja nie wiem jak my wcześniej bez niego jeździliśmy! To jest genialny wynalazek. W końcu nie muszę 100 razy podawać wody do picia, czy też innych rzeczy. A do tego osłania fotel przed zabrudzeniem od butów.
Na samej górze ma przezroczystą kieszeń, do której można włożyć tablet z włączoną bajką. My akurat nie stosujemy takich umilaczy, bo Lilka ma chorobę lokomocyjną, ale innym może się przydać.
Do tej pory jeździłam z zupełnie przypadkowymi zasłonkami z reklamą kaszki, które dostałam w gratisie. Niezbyt dobrze zaciemniały, a do tego non stop wypadały. Przed wyjazdem zamówiłam te i są genialne! Dobrze zaciemniają, można je mocować na przyssawki lub zaczepić na szybie. Składają się za pomocą jednego kliknięcia (może to zrobić dziecko zapięte w pasach). Mogłyby być odrobinę szersze, ale to już zależy od wielkości szyb. W zestawie macie dwie zasłonki.
Pewnie zapytacie w jakim foteliku jeździ Lilka – to Takata Maxi. Przygotuję o nim oddzielny post, bo sprawdza nam się znakomicie.
Postanowiłam ożywić trochę nasz szary wózek na wiosnę:) Wkładka jest naprawdę świetna i przyda się latem kiedy jest gorąco. Jakie jest jej działanie:
Wkładka zapewnia odpowiednią temperaturę siedzenia w wózku dzięki trzem elementom: wierzchniej warstwie chłonącej wilgoć, siatce na spodzie, która pozwala na swobodny przepływ powietrza oraz specjalnym zagłębieniom, które odprowadza ciepłe powietrze. Wkładka zaprojektowana jest tak, by zapewniać dziecku wygodę przez cały rok. Posiada wiele otworów by móc ją dopasować do różnych konfiguracji pasów w większości rodzajów wózków. Antypoślizgowy spód sprawia, że wkładka jest nieruchoma.
Mam go już ponad rok i uwielbiam! Ma dwa miejsce na napoje (moje i np. Juniora), kieszonkę na zamek i dobrze trzyma się wózka. Kiedy wychodzę blisko domu to nie biorę żadnej torby. Pieluchy i chusteczki wkładam do worka Skip hop (TUTAJ), a portfel, telefon do organizera. Można prać go w pralce.
Zapanowała u nas faza na hulajnogę! Po 3 latach od kupienia:) Zabieramy ją wszędzie, bo Lilka bardzo ją lubi, a do tego po złożeniu zajmuje mało miejsca. Idealnie nadaje się na zwiedzanie miasta, czy też wycieczkę do zoo. Ostatnio zażyczyła sobie dzwonek i upolowałam taki z kolekcji z zagrożonymi zwierzętami Wishbone. Pasuje na każdy pojazd.
Dzwonek TUTAJ
Mamy je już dość długo, ale nie miałam okazji Wam pokazać. Co za wynalazek! Pojemniki są 3 – każde z nakrętką i można je ze sobą łączyć. Co w nich nosimy? Różności: pokrojone jabłka, chrupki Julka, a nawet zabieram w nich w podróż suchą kaszkę dla Jula do zalania wodą. Są niewielkie i mieszczą się wszędzie.
Tak, przyznaję kupuję Juniorowi jedzenie w słoiczkach do podgrzania (taka ciekawostka, że Lilce kupiłam tylko jeden w życiu). Na spacery zabieram go właśnie w tym podgrzewaczu, w którym za pomocą jednego kliknięcia podgrzewam jedzenie.
Bardzo fajny pomysł! Tylko aby go znów „aktywować” trzeba go gotować w garnku lub za pomocą torebki do sterylizowania wygotować w mikrofali. Super pomysł na wyjazd.
Mamy już kolejny model. Więcej pisałam o nich Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci. Są fajne, lekkie i co najważniejsze mają filtry.
Dostępne w wielu rozmiarach, modelach i kolorach TUTAJ
Nie mogłam o nich nie wspomnieć – od kilku sezonów Lilka w nich biega i jestem z nich bardzo zadowolona. To są właśnie takie buty, w których dzieci mogą chodzić cały dzień, co zazwyczaj się zdarza na wyjazdach. Są miękkie, dobrze trzymają się stopy i noga się w nich nie poci.
Julka pierwsze buty to też Bobux – napiszę o nich oddzielny wpis.
Taaak, pogoda nawet latem nad morzem może być… ciekawa, dlatego jeszcze przed wyjazdem zamówiłam im cienkie czapki. Jeżeli szukacie takich to bardzo Wam polecam Pan Pantaloni. Miałam kiedyś dla Lilki jedną od nich i chodziła w niej 3 sezony. Super się pierze, nie rozciąga i nie zsuwa się z uszu.
Zamówiłam też Julkowi legginsy, a Lilce sukienkę, bo paski tej wiosny rządzą u nas w szafie.
Pan Panataloni TUTAJ
Lilka przechodziła w nich w tamtym roku całe lato. Zamówiłam je również i w tym, bo pasują do wszystkiego:) Pamiętajcie tylko, że trzeba je zamawiać większe.
To już wszystko. Niedługo dodam jeszcze post o zabawkach i grach podróżnych.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to koniecznie dajcie mi znać i kliknijcie Lubię to: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy moja mama powiedziała mi te słowa: „Zrozumiesz to, jak sama będziesz matką”. Wiele razy później powtarzała tę frazę. Nie znosiłam kiedy tak mówiła! Trzaskałam drzwiami, wybiegając w jednym bucie na klatkę schodową, a pod nosem burczałam : A co Ty możesz wiedzieć!
Minęło ponad 13 lat, odkąd wyprowadziłam się z domu, a jej słowa realizują się jak samospełniająca się przepowiednia.
Dziś sama jestem matką i wiem, co to znaczy paniczny strach o zdrowie dziecka. Tego dziecka, które przed chwilą było uśmiechnięte i ściskało Twoje palce z całych sił. Wiem, co to znaczy być nieprzytomnym po nieprzespanej nocy. I nie mam tu na myśli 10 czy 16 pobudek, tylko siedzenie przy łóżku i pilnowanie czy przypadkiem dziecko znów nie wymiotuje i się nie dławi. Wiem też, jak to jest, kiedy uśmiech dziecka pomaga przetrwać ten czas.
To co moja mama próbowała mi wytłumaczyć 25 lat temu, dopiero teraz jest dla mnie jasne. Są to prawdy uniwersalne o byciu mamą. Nieważne, że minęło tyle czasu…
Czasy się zmieniają, ale ludzie pozostają tacy sami.
Często rozmawiam z moją mamą o wychowywaniu dzieci. Jak sama mi kiedyś przyznała: Wtedy było łatwiej!
Nie mogłam uwierzyć w jej słowa, bo jednak zawsze mi się wydawało, że mamy tyle udogodnień, długi i płatny (TRZY RAZY DŁUŻSZY) urlop macierzyński, wsparcie zaangażowanych ojców i wszystkiego innego. A może mamy za dobrze i nie doceniamy tego, co mamy?
Postanowiłam przenieść się w czasie i sprawdzić, jak to było kiedyś i czy faktycznie było łatwiej, a może podobnie?
Telefon, czerwony i błyszczący z kablem zakręconym jak świński ogon – marzenie każdej gospodyni domowej. Symbol luksusu i łączności ze światem. Nie dzwoniło się na plotki czy też bezsensowne pogaduchy z newsem, że Lewandowska z góry urodziła.
Telefon służył do przekazywania najważniejszych informacji: ktoś zmarł, ktoś się urodził, rzucili wózki na Lipowej lub też aranżowaniu spotkań towarzyskich. Często wpadało się bez zapowiedzi, ku „uciesze” wszystkich domowników.
Rozmowy face to face, zamiast naszego fejsa były znacznie łatwiejsze. Nikt się nie obrażał za to, że na końcu rozmowy nie dałaś ikonki Emoji z puszczonym oczkiem, bo to był jednak żarcik. A Ty to wzięłaś na serio.
Zamiast wystylizowanej fotki z kawą upiększonej filtrem Valencia – parzona kawa w szklance w metalowym koszyczku ze stylową grzałką obok. Teraz wiesz co jakaś @nebule jadła na śniadanie, a nie wiesz jak się nazywa sąsiad zza ściany.
Bez przypomnień na telefonie wiedziały, kiedy jest następne szczepienie na Polio czy też, o której zaczyna się przedstawienie w teatrze lalek. Zawsze przed czasem i na spokojnie – i to MPK-iem, bez buspasa.
Dziś wyjście i dojechanie z dwójką dzieci na umówioną godzinę muszę planować na dwie godziny przed, a i tak się stresuję czy zdążymy.
Czy w PRL-u doba była o 3 godziny dłuższa, czy może matki się szybciej ze wszystkim uwijały? Mindfullness przy cerowaniu skarpet i kotlety mielone w stylu slow food przepuszczone przez maszynkę do mięsa zdiełaną w ZSRR, którą wujek Kazik przywiózł z wyprawy po złote łańcuszki. Jak to jest, że matki miały czas na wszystko?
Frania uprała górę prania i odwirowała ubrania – w trybie manualnym kręcąc za korbkę. Oczywiście nie sama! Spracowane dłonie – zakończone paznokciami w migdałki, pomalowane na perłowy kolor potrafiły zrobić wszystko. Teraz hybryda zdziera się tylko od stukania w klawiaturę i scrollowania fejsa.
Teraz zapłaciłabyś paypalem, przelewem lub zbliżeniowo, żeby doba była dłuższa o 3 h. Dziś luksusem jest czas, na który nie możesz sobie pozwolić. Siedzenie bezczynne to marnotrawienie pieniędzy. Jesteś 5 tygodni na macierzyńskim już powinnaś szyć kocyki minky. Zostajesz na wychowawczym? To może jakaś praca freelancera lub start-up?
Szkoda czasu na siedzenie na dywanie i czytanie po raz setny Pucia. A kiedy decydujesz się wrócić po roku na swoje stanowisko i jakimś cudem nie zajęła go młodsza o 10 lat dziewczyna w wieku (jeszcze) przedprodukcyjnym to jesteś ZŁĄ KORPOMATKĄ, która woli zarabiać hajs na nianię lub drogie przedszkole językowe.
Sprzątanie w trybie manualnym (czytaj ściera i balia z wodą) plus asany na podłodze, w pozycji „pies z głową w dół” – z każdego kąta lakierowanego parkietu wytarte śmieci. Radziecki odkurzacz wył jak przy starcie Sputnika i mało kto dziś pamięta, że można było nim nadmuchać materac. Stylowa grzałka to był must have każdego gospodarstwa domowego.
Herbata i kawa tylko fusiasta – zostawiała niezły osad na zębach. Ciasta, szynki i kiełbasy piekło się w prodiżu postawionym na paździerzowym stołku. Jedzenie dla niemowląt przecierane ręcznym blenderem (czytaj: przez sitko), oczywiście wszystko eko i bio, bo na naturalnych nawozach od stryjka Zdzisia spod Pułtuska. Jaja od kurek szczęśliwych z wolnego wybiegu i mleko od krówek dojonych humanitarnie. Problem był wtedy, kiedy nie miało się rodziny na wsi.
„Kobiety, jutro o 8 rzucą buty dla całej rodziny w tym sklepie na Górczewskiej” – to nie wiadomość z poczty pantoflowej z 85-go roku, a post na fejsie o plastikowych butach z logiem krokodyla. Lubimy dalej coś upolować, wystać, wyprosić, wywalczyć.
Wtedy to był nieodłączny element miejskiego lajfstajlu, a dziś? Promocja w drogerii potrafi przenieść nas na nowo do PRL-u, kiedy wszystkie Panie były jak… Pani Walewska – o tym samym zapachu.
A właściwie eko i fair trade: tetra na pupę, tetra pod szyję, tetra na budę wózka. Silny trend minimalizmu – dostawało się ich 10. Genderowe ubranka po siostrze na brata, po bracie na siostrę i zawsze w czapeczkach, koniecznie wiązanych pod brodą – nawet w domu, a już zbrodnią było nie założenie jej po kąpieli.
Vintage kaftaniki wiązane na troczki to znak rozpoznawczy każdego berbecia – od ciągłego prania (Frania), wyrzynania przez rolki i prasowania z lekkim efektem sprania i przecierania. Dziś płacimy za takie ciuchy hiszpańskiej marki kilka stówek z hasztagiem #bobolovesyou.
Wózek dostawało się w spadku bo dziadku (od stryja siostry córki sąsiadki spod Łomży) lub jakimś fartem nowy ze sklepu. Podnoszenie takiego pojazdu dawało lepsze efekty niż crossfit 3 razy w tygodniu. Dziecko w takim wózku zasypiało 3 minuty, bo amplituda bujania na skórzanych paskach był wprost proporcjonalna do poziomu zmęczenia dziecka.
Z racji tego, że mamy nie miały takich luksusów jak np. pieluszki jednorazowe, nawilżane chusteczki, czy też nosidła ergonomiczne, były zmuszone zostawiać dzieci w domu. Dzieci w przestrzeni publicznej praktycznie nie było.
Zaglądam właśnie do mojej torby, bez której nie ruszam się z domu i mam tam moje pewniaki: pampersy, pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove, 3 łyżeczki plastikowe, body z długim rękawem, jedna (?) skarpetka, śliniak, 3 klocki Lego. Z moich rzeczy jest tam: portfel. Pisałam już, że to moja torba?
Blogi w tamtych czasach nie miałyby racji bytu, bo była tylko jedna marka kocyków, jedna marka ubrań i jedna marka wózków. Zero inspiracji – wszędzie to samo. Być może blogi z DIY byłyby najbardziej popularne, bo tylko mama potrafiła uszyć z barchanowych gaci rożek do chrztu.
Trudno orzec – widzę dużo podobieństw. Wydaje mi się, że nasze mamy nie miały takiej presji: bycia świetną mamą, pracownikiem roku, a do tego wzorową żoną. Miesiąc po porodzie nie musiała myśleć o nadliczbowych kilogramach, a mimo tego nigdy nie chodziła w dresie.
Zawsze zadbana, ubrana w garsonkę lub sukienkę z lekkim makijażem i perłową pomadką na ustach. Brak internetowych schadzek i scrollowania Facebooka generował naprawdę sporo wolnego czasu, który można było spożytkować na coś ciekawego.
Nie ma znaczenia ile masz lat, czy pamiętasz czasy Gierka, czy może Wałęsy.
Nie ma znaczenia w jakiej szerokości geograficznej mieszkasz, czy po wodę chodzisz do kuchni całej w marmurach i z baterią ze złota czy też musisz pokonać 20 km z bańką na głowie.
Nie ma znaczenia czy, dzieci Twoje dzieci wychowywałaś 30 lat temu, czy robisz to teraz.
Nie ma znaczenia, czy Twoje mieszkanie wygląda jak ze skandynawskiego katalogu, czy też przy wytapetowanej ścianie stoi brunatna meblościanka.
Stylizacja sesji: Monika Wielgo
Zdjęcia: Justyna Duszaj
Zdjęcia wykonano w Muzeum PRL