kontakt i współpraca
Co robić z dziećmi w Warszawie, kiedy pada deszcz lub pogoda nie sprzyja spacerom? Myślę, że każdy, kto mieszka w tym mieście albo tu przyjeżdża szuka takich miejsc, gdzie można by było spędzić ciekawy czas z dziećmi. Dziś zaprezentuję Wam nasze ulubione miejsca, do których zaglądamy często i z chęcią polecamy innym.
Pierwszym miejscem, które wpadłoby wielu osobom do głowy jest Centrum Nauki Kopernik. Mimo tego, że byliśmy tam wiele razy, postanowiliśmy sprawdzić jak tam jest kiedy pada deszcz. Pojechaliśmy w pewną deszczową sobotę i zostaliśmy zaskoczeni w taki sposób:
W środku była ogromna kolejka do kasy, a i tak już nie mogliśmy nawet w niej stanąć. Widocznie wiele innych osób zadało sobie rano to pytanie: „Co robić z dziećmi w Warszawie, kiedy pada deszcz?” i stwiedzili, że to jest dobry pomysł. Jak widać CNK to nie jest najlepsze miejsce na wycieczkę w taką pogodę.
Nawet jakbyśmy zarezerwowali bilety online to nie ukrywam, że nie miałabym przyjemność korzystania z atrakcji Centrum w takim tłoku. Na wizytę tam wybierzcie inny dzień (najlepiej mało popularny np. któryś dzień długiego weekendu kiedy CNK jest otwarte).
Muzeum Historii Żydów Polskichul. Mordechaja Anielewicza 6
wstęp do Króla Maciusia jest bezpłatny – bilety trzeba pobrać w kasie
Samo miejsce jest absolutnym rajem dla dzieci. Magnetyczne tablice, dziuple w ścianach, duża przestrzeń, ciekawe zabawki i instrumenty. Wybierzcie się koniecznie, jeżeli nie chcecie siedzieć w zimne wieczory w domu. Uwielbiam tam przychodzić, bo zawsze znajdujemy tam coś dla siebie. Zapiszcie się na newsletter i będzie dostawać informacje o warsztatach.
Nawet łazienka jest przystosowana do wzrostu dzieci.
Obszerny wpis o tym miejscu znajdziecie Muzeum Polin
Galeria Renovaul. Rembielińska 20
Jeżeli nie przepadacie za typowymi salami zabaw to zajrzyjcie koniecznie do Klockowni. To wielki edukacyjny plac zabaw z ogromną ilością klocków. Każde dziecko znajdzie tam coś dla siebie, a rodzic może się w tym czasie napić kawy. Jak nie będziecie mieli pomysłu co robić z dziećmi w Warszawie, to zajrzyjcie do Klockowni.
Obszerny wpis o Klockowni znajdziecie Klockownia
ul. Różana 16
Strona internetowa TUTAJ
Teatr Lalek Guliwer to miejsce wyjątkowe! Jeżeli Wasze dzieci mają około 4 lat, to warto wybrać się na pierwsze, takie przedstawienie. Repertuar jest bardzo ciekawy i w każdym miesiącu jest wiele przedstawień, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Bilet kosztuje tyle, co w kinie w weekend, więc naprawdę warto się wybrać, bo przeżycia są niezapomniane.
Od niedawna w Teatrze jest też Kawiarnia Fika, gdzie możecie po spektaklu kupić ciekawe książeczki z wyd. Tashka i małe upominki. W grudniu wybieramy się tam na przedstawienie świąteczne i już rezerwuję bilety, bo rozchodzą się jak świeże bułeczki.
ul. Jezuicka 4(wejście od ul. Brzozowej)
Jeżeli macie mniejsze dzieci i chcecie przeżyć niezapomnianą przygodę w teatrze to zajrzyjcie do Teatru Małego Widza. Przedstawienia są dla wszystkich: dzieci zazwyczaj siedzą na poduszkach na podłodze i mogą chodzić, rozmawiać i chłonąć całym sobą, to co się dzieje.
O naszej wizycie w pisałam tu: Teatr Małego Widza
A ostatnio byliśmy na niesamowitym przedstawieniu, które się nazywa „Sensoryczny labirynt muzyczny” – nie ukrywam, że zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Niestety nie można było robić zdjęć, ale było bardzo ciekawie.
W podziemiach teatru stworzono ogromną sensoryczny labirynt, gdzie dzieci uczestniczą w różnych aktywnościach. Naprawdę WOW! Jeżeli uda się Wam zdobyć bilety (a jest z tym naprawdę trudno) to będziecie bardzo zadowoleni.
plac Mirowski 1
wstęp 15 zł/h
Miejsce, gdzie możecie zjeść (trochę ciężko jest zjeść tam z małym dzieckiem, bo nie ma krzesełek i są duże stoły), zrobić zakupy, a później pobawić się w bardzo fajnej salce zabaw. Ta sala jest dość niedużych rozmiarów, ale moje dzieci bawiły się tam świetnie! Jeżeli Wasze dziecko jest już starsze to możecie w weekend je tam zostawić, a Panie animatorki zapewnią im tam świetną zabawę .
ul. Rakowiecka 4 (wejście od ul. Wiśniowej)
wejście jest bezpłatne
Długo nie wiedziałam o istnieniu tego muzeum, aż pewnego niedzielnego poranka trafiłam na ich stronę. Samo muzeum nie jest duże, ale zapewni sporą dawkę wiedzy i zabawy. Spokojnie w 1,5 h można obejrzeć wszystko. Bardzo interesujące okazały się eksponaty zwierząt oraz ewolucja człowieka. /Jesteśmy teraz na etapie oglądania „Był sobie człowiek”, więc wizyta w tym muzeum była ciekawym doświadczeniem.
Ciekawe miejsce również dla dzieci. Na dole jest cała część wydzielona do twórczych zabaw z dziećmi. Można się przebierać w stroje ludowe, wycinać łowickie wycinanki, a nawet postukać w zabytkową maszynę do pisania.
Kiedy pada lub jest kiepska pogoda często wybieramy się do biblioteki. Zabieramy książki i idziemy je wymienić na inne. W ramach budżetu Partycypacyjnego i różnych dofinansować warszawskie biblioteki mają naprawdę ciekawą ofertę dla dzieci. W naszych okolicznych bibliotekach są np. zajęcia cotygodniowe wdrażające do przedszkola. Jest też spory kącik dla dzieci. Cyklicznie są też organizowane warsztaty plastyczne i kulinarne. Sprawdźcie koniecznie, czy w Waszej bibliotece nie dzieje się nic ciekawego.
Oprócz naszej zaglądamy również do biblioteki multimedialnej na Tynieckiej
ul. Towarowa 3
W poniedziałki wstęp jest wolny
Dla wszystkich miłośników pociągów, tych dużych i tych małych. Warto się tam wybrać żeby pooglądać eksponaty związane z historią kolejnictwa. Znajdziecie tam też makiety, która można uruchomić po wrzuceniu monety (miejcie ich zapas, bo dzieci nie mają dość). Możecie też wyjść na zewnątrz i pooglądać pociągi.
Aleja Poniatowskiego 1
Jeżeli jeszcze nie widzieliście, jak wygląda w wewnątrz to możecie wybrać się na wycieczkę. My byliśmy latem i dzieciom bardzo się podobało. Zwiedzanie jest z przewodnikiem, który ze szczegółami opowiada o Stadionie.
A już 2 grudnia rusza Zimowy Narodowy, gdzie będzie mnóstwo atrakcji zimowych:
W Warszawie jest kilka miejsc, gdzie można wysoko poskakać. My jeszcze nie byliśmy w żadnym, ale się wybieramy. Na tej liście mamy:
Hangar 646 TUTAJ
Stacja grawitacja TUTAJ
i niedługo będzie otwarta Jump Arena
Aleje Jerozolimskie 200
Na naszej liście do zobaczenia jest też Papugarnia – strona TUTAJ
A jeżeli zgłodniejecie możecie się wybrać do restauracji na obiad. Tu macie 10 najlepszych restauracji w Warszawie z dziećmi
Dlaczego dzieci biją dzieci, dorosłych, siebie? Chyba nie znam dziecka, które nigdy w życiu nie podniosło na nikogo ręki. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu spotkałam się z koleżanką i jej dziećmi w kawiarni z salą zabaw. W rogu sali siedziała dziewczynka, około 2,5- letnia i bawiła się klockami. Była zajęta swoją pracą i nie zwracała uwagi na innych. Po chwili podeszła do niej 18-miesięczna córeczka mojej znajomej. Niewiadomo po co przyszła, ale ni z tego ni z owego zarobiła od starszej dziewczynki ogromnym klockiem w głowę. Trwało to dosłownie sekundę, a ja widziałam to kątem oka. Moja znajoma była przerażona, bo guz na głowie rósł bardzo szybko, a jej córka strasznie płakała. Widziałam w oczach jej mamy ogromną złość i współczucie dla swojego dziecka, a jednocześnie ogromne zdenerwowanie na zaistniałą sytuację.
Chyba każdy z nas doświadczył lub jeszcze doświadczy takiego uczucia, kiedy ktoś bije nasze dziecko lub to nasze dziecko krzywdzi inne.
W dzisiejszym wpisie chciałabym spróbować wyjaśnić mechanizmy jakie władają dziećmi podczas takich sytuacji, aby w przyszłości móc im zapobiegać.
Pamiętajcie, to jest bardzo ważne stwierdzenie. Boi się, że druga osoba może coś nieprzyjemnego, niemiłego zrobić. W sytuacjach zagrożenia aktywuje się odruch walki lub ucieczki. Dzieci, które jeszcze nie nauczyły się innych sposobów „walki” w postaci słów, czyli np. powiedzenia do innego dziecka:
„Ja się teraz tym bawię.”
„To moje”
„Poczekaj na swoją kolej”
Często używają swojego ciała żeby się obronić. Nawet dziecko, które potencjalnie im nie przeszkadza, nie wykonało jeszcze żadnego ruchu, ale możliwe, że to zrobi. Małe dzieci nie potrafią jeszcze przewidywać, że ktoś nie ma złych zamiarów. W obronie własnej potrafią ugryźć, uderzyć lub rzucić przedmiotem. Przecież to bardzo skutecznie odstraszy zagrożenie. Tylko konsekwencje tego czynu nie będą miłe, ale małe dziecko tego nie przewidzi. Nie zdaje sobie również sprawy, że zadają ból i nie wiedzą dlaczego biją dzieci.
Dzieci naprawdę nie są świadome, że wszystkie te zachowania sprawiają ból fizyczny. Dlatego, ja zawsze powtarzam, że „TO BOLI!”
Takie reakcje ze strony dzieci najczęściej występują kiedy obciążony jest ich układ nerwowy np. kiedy są już zmęczone, chore lub będą zaraz chore, przestymulowane. O pretekst jest wtedy o wiele łatwiej.
Jak widzicie nie użyłam nawet tego słowa na „a”.
Według mnie takie zachowania nie są agresją. To my, dorośli patrzymy na to z tej perspektywy: oprawcy i ofiary i dlatego aż tak bardzo przejmujemy się takimi sytuacjami. Nakładamy na takie zachowania swoje filtry i dorabiamy ideologie. Dzieci nie postrzegają tego w ten sposób. Według ich toku rozumowania jest to normalne. Bronią się jak potrafią. Kiedy są starsze i nabywają innych umiejętności komunikowania to np. z języka ciała potrafią wyczytać, że drugie dziecko im nie zagraża. A kiedy już potrafią werbalizować swoje obawy, to jest o wiele łatwiej, już z daleka mogą powiedzieć, że:
„Jak skończę to Ci dam”
„Poczekaj na swoją kolej”,
„Zabolało mnie, jak stanąłeś na mój palec”.
Kora przedczołowa u 4-latka nie pozwoli mu zwerbalizować komunikatu: Mamo, kocham Cię, ale chciałbym Cię uderzyć, bo zabrałaś mi zabawkę.
Nie ma absolutnie niczego złego we wściekaniu się i byciu sfrustrowanym. Potrzeba jedynie odpowiedniego języka, który to wyrazi bez obrażania innych osób wokół. Chodzi mi o bardzo osobisty język, który opisuje sytuację z naszego punktu widzenia i wyraża wprost to, co nam się podoba, a co nie, czego chcemy, a czego nie.Jesper Juul
Nie ma absolutnie niczego złego we wściekaniu się i byciu sfrustrowanym. Potrzeba jedynie odpowiedniego języka, który to wyrazi bez obrażania innych osób wokół. Chodzi mi o bardzo osobisty język, który opisuje sytuację z naszego punktu widzenia i wyraża wprost to, co nam się podoba, a co nie, czego chcemy, a czego nie.
Rodzice często nie zwracają uwagi, co mogło być przyczyną. Tylko wałkują sam skutek (czyli uderzenie). Warto pytać, co się stało jak do tego doszło. Czasami pomagam moim dzieciom zrozumieć intencje drugiego dziecka i mówię np. „Chodź weźmiemy inną zabawkę, bo chłopiec nie chce żebyś brał jego traktor”.
W tej sytuacji trzeba poszukać przyczyny gdzieś głębiej np. w integracji sensorycznej lub szukać pomocy u psychologa. Dzieci, które potrzebują takiej stymulacji, aby rozładować napięcie trzeba obserwować:
Dzieci, które tak postępują, mogą potrzebować różnych bodźców, których codzienne sytuacje nie są w stanie im dostarczyć. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem dziecko w ten sposób dokonuje samoregulacji, a co za tym idzie organizuje układ nerwowy. Dzieci dostarczają sobie bodźców, których tak bardzo potrzebują.
Może to być lekko przerażające, ale tak właśnie jest. Uderzenie dostarcza bodźców z układu czucia głębokiego, którego receptory są umieszczone w mięśniach i ścięgnach. Silny ucisk, zderzenie pobudza ten układ i dlatego dzieci w ten sposób szukają stymulacji. To uczucie można porównać do pragnienia: musimy się napić i zaspokoić naszą potrzebę. Dzieci mają tak samo, tylko nie potrafią powiedzieć: „Muszę poczuć swoje mięśnie i ścięgna” tylko walą prosto w głowę młodszego brata lub siostrę.
Nasilone zachowania są najczęściej spowodowane ogromnym zapotrzebowaniem na bodźce. Niektóre dzieci w tak mocny sposób mogą okazywać swoją czułość i miłość. Nie potrafią wyregulować napięcia i np. podczas bardzo przyjemnej zabawy kogoś ugryźć. Takie doznanie sensoryczne znacząco poprawia ich samopoczucie.
Jeżeli macie podejrzenia, że to jest ten powód dlaczego dzieci biją, to warto je obserwować pod tym kątem. Nie muszą to być od razu zaburzenia integracji sensorycznej. Pamiętajcie, że wszyscy ludzie mają preferencje sensoryczne i u wszystkich występują objawy sensoryczne. Jest to zupełnie normalnie.
a tu ważny wpis – Jak oswajać dziecięce lęki
W jednym z kolejnych wpisów zapropnuję Wam ciekawe zabawy, które pomogą dostarczyć takich bodźców w warunkach domowych.
A na koniec Julek, który jest zły 🙂
Fotelik Takata Maxi mamy już ponad pół roku, zjeździł z nami całą Polskę i Węgry, więc dziś przyszedł czas na naszą recenzję. Jak wiecie jestem świadomym rodzicem i wiem, że bezpieczeństwo dzieci w samochodzie jest bardzo ważne. Wcześniej, ile tylko mogliśmy, woziliśmy córkę tyłem do kierunku jazdy i tak też teraz jeździ jej brat. Jest to najbezpieczniejszy sposób przewożenia dzieci i kiedy ktoś mnie pyta, o to jaki fotelik wybrać to zawsze odpowiadam, że RWF.
Niestety nasza córka ma chorobę lokomocyjną, która się ujawniła niedługo przed trzecimi urodzinami i byliśmy zmuszeni do przełożenia fotelika przodem do kierunku jazdy. Na szczęście kupiliśmy taki, który ma taką opcję (Besafe Combi isofix). Jeździła w nim bardzo długo, bo dopiero na wiosnę (jak miała 4,5 roku) zaczęliśmy się rozglądać za nowym fotelikiem.
Dlaczego nie podkładka vel „poddupnik”
Nie, nie i jeszcze raz nie! przeczytajcie dlaczego: http://blog.tylem.pl/podstawka-fotelik-samochodowy/
Takata Maxi jest fotelikiem przeznaczonym dla dzieci od około 4 roku życia (od 15 kg). My zawsze korzystamy z fotelików samochodowych do końca, bo każdy kolejny model jest mniej zabudowany. Nawet niedawno 18 – miesięczny Julek, który waży ponad 12 kg jeździł jeszcze w pierwszym foteliku, bo się bez problemu do niego mieścił. Lilka też jeździła w Besafe do końca. Dopiero wiosną zaczęliśmy szukać następnego fotelika.
Ten niemiecki fotelik kiedyś mignął mi na Facebooku. Zapisałam jego nazwę i kiedy przyszedł czas wymiany fotelika przyjrzałam mu się dokładniej.
Takata Maxi to jeden z najbardziej zaawansowanych fotelików w swojej grupie wiekowej. Tych fotelików używają m.in. BMW, Audi, Lexus do swoich crashtestów. Więc można żartobliwie powiedzieć, że Takata maxi to taki Mercedes S klasy wśród fotelików.
Tak wygląda po zdjęciu pokrowca:
W tym foteliku dziecko może nawet jeździć przez 8 lat, a później przejść na brata lub siostrę, bo ta marka gwarantuje dożywotnią gwarancję.
Testujący zwrócili uwagę na to, że siedzisko jest dość niskie i dziecko nie będzie widziało, co jest za oknem. Również tego się obawiałam, bo aby zapobiegać chorobie lokomocyjnej najlepiej jest patrzeć na krajobraz za oknem. Jednak moje zmartwienie zostało szybko rozwiane, bo Lilka, która ma 107 cm wszystko widzi. A to wszystko po to żeby fotelik przy największym rozmiarze nie sięgał wyżej niż zagłówek samochodowy żeby nie utrudniać widoczności.
Lilka mówi, że tak. Niewątpliwym atutem jest bardzo płynna regulacja wielkości fotelika. Za pomocą jednego przycisku możemy zmienić rozmiar (zarówno wysokość, jak i szerokość w ramionach). Każdy z nich jest oznaczony literą (od A do K, ale nie wiem dlaczego pominęli J;) i dzięki temu, możemy bez problemu zapamiętać, na którym rozmiarze jeździ teraz dziecko. Może w nim jeździć nawet dziecko, które ma 150 cm wzrostu.
Moja córka w długich podróżach wciąż śpi w samochodzie, więc możliwość regulacji nawet o te 15 stopni jest pomocne. Nie wiem czy to nachylenie naszej kanapy, czy też może fotelika, ale jak śpi w nim to nie opada jej głowa. Śpi z głową opartą o zagłówek.
Takata Maxi
Takata Maxi ma zaczepy na isofix, które znacząco podnoszą bezpieczeństwo przy zderzeniu bocznym i nawet u dzieci ważących ponad 18 kg warto ich używać.
Wkładamy fotelik do auta, zaczepiamy na isofixie i gotowe. Prowadzimy pas przez zagłówek, sprawdzamy czy jest też pod podłokietnikami i zapinamy. Ja wciąż robię to sama, ale rozpinanie już zostawiam córce i robi to bez problemu.
Odpinanie również jest proste, bo wystarczy przesunąć przyciski przy zaczepach i gotowe.
Takata Maxi jest dość wąska na zewnątrz i może się sprawdzić w autach gdzie są 3 foteliki na tylnej kanapie (nie testowałam, ale tak wygląda)
Takatę Maxi możecie też zabrać na pokład samolotu i korzystać w trakcie wakacji. Bardzo odpowiada mi tapicerka – wystarczy ją przetrzeć nawilżaną chusteczką i już jest czysta. Nawet nie musiałam zdejmować pokrowca żeby go wyprać (ale jest też taka opcja w 30 stopniach). Podoba mi się to, że można go złożyć i bez problemu przenieść. W całości produkowany jest w Niemczech, więc widać dokładnie dbałość o każdy detal.
Jedynym minusem jaki dostrzegam jest cena (1399 zł), ale kiedy myślę, że będzie nam służył przez 8 lat, a później przejmie go młodszy brat to wiem, że to dobrze wydane pieniądze.
Pamiętajcie, że foteliki kupuje się do auta i do dziecka, więc najlepiej podjechać i przymierzyć. My jak zawsze skorzystaliśmy z usług niezawodnych Osiem gwiazdek. Sklep znajduje się przy ul. Połczyńskiej 75 w Warszawie.
Jestem uzależniona od książek dziecięcych, bo to przy nich spędzamy najwięcej czasu. Lubię takie pozycje, z których sama również czerpię. Dlatego w tym cyklu znajdziecie same najfajniejsze książki dla dzieci.
Ciepła i pełna humoru rymowana książeczka o małym pisklaku. Wszyscy się nim zachwycają, a jest goły i dość paskudny. Bardzo wątpliwa prezencja nie przeszkadza w tym żeby jego rodzina straciła dla niego głowę.
Ciekawe i nieoczywiste rymy, jak na Panią Dorotę przystało. A cała opowieść jest o rodzicielstwie – my też kochamy te nasze pomarszczone i łyse maluchy od samego początku.
Książka ma kartonowe strony.
Dla dzieci w wieku 2+
Dostępna TUTAJ
Zabawna książka o higienie dla dzieci. Król żali się na swoich podwładnych, że nie używają mydła. A ono, długo nie czekając, daje dyla z królewskiej łazienki i zabiera się za porządki. Fajna pozycja z morałem dla najmłodszych czytelników.
Książka ma też ciekawy element, który bardzo lubią dzieci. W treści pojawiają się przedmioty, które można odnaleźć na ilustracjach, a później w trudniejszej wersji spróbować je odnaleźć, kiedy przykryte są pianą. Fajny trening pamięci.
Dla dzieci 2+
Genialny pomysł! Autorka zebrała dzieła znanych malarzy i utworzyła z nich opowieści. Dzieciom o wiele łatwiej będzie zapamiętać klasykę malarstwa.
W sekretnym ogrodzie ilustruje Monet. Impresjonistyczne obrazy wplecione w opowieść o małym chłopcu Kosmie, który przeżywa przygody w tajemniczym ogrodzie.
Dla dzieci 3+
Najsłynniejsze dzieła Edgara Degasa z motywem baletnic. Obrazy wplecione w opowieść o ambicjach matki odnośnie swoich córek, które pomimo wcześniejszego zapału nie chcą być baletnicami. Ciekawa i pouczająca opowieść.
W tej książce tematem przewodnim jest twórczość Vincenta van Gogha. Pewien chłopiec po długiej podróży znalazł się przed drzwiami żółtego domku. Zajrzał tam, ale nie wiedział czyj może to być dom? Czy może mieszka tu pianistka, a może rybak? Przekonajcie się sami.
Mamy w domu małą niecierpliwą osóbkę, która jeszcze nie może pojąć upływającego czasu. Dlatego dla nas jest idealna i do tego skłania do rozmów (tych egzystencjonalnych także). W prosty sposób i za pomocą pięknych ilustracji autorzy starają się pokazać upływający czas.
Jak ja uwielbiam tę książkę! Uwielbiam w niej wszystko i to naprawdę MUST HAVE na półce dzieci. Książka uczy wdzięczności, za to co mamy. Pokazuje jak możemy komuś sprawić przyjemność i być miłym. Do tego całość okraszona cudownymi ilustracjami. Według mnie nadaję się na prezent dla osoby, której chcemy za coś podziękować.
Treść tej opowieści zależy tylko od Ciebie i Twojego dziecka. Przechodząc przez magiczny labirynt napotykacie różne postaci i konstruujecie własną bajkę. Książka wg mnie ma niesamowity potencjał, który można wykorzystać u dzieci, które mają trudności z konstruowaniem dłuższych wypowiedzi. Z powodzeniem może być również wykorzystywana w gabinecie logopedycznym
Jak piękna i wartościowa jest ta książka! Na twardych stronicach zamieszczone są informacje na temat polskich ptaków. Przy każdym gatunku znajdziecie najważniejsze informacje, ilustrację, a także prawdziwe zdjęcia ptaka. Dzięki tej pozycji nauczycie się rozpoznawać ptaki, które codziennie widzicie na spacerach. Wyszczególnione są również ich pióra żeby było Wam łatwiej zidentyfikować jego właściciela.
Kolejna książka znanej niemieckiej pisarki, która przenosi nas w świat magiczny. Za każdym razem jak czytam Lilce książki tej autorki, to przypomina mi się moje dzieciństwo. Jest w nich coś takiego nostalgicznego.
„Odważna i ciekawa świata bohaterka przenosi się do cudownej krainy Królowej Zimy. Marlenka, królewna i śnieżynki oddają się beztroskiej zabawie wśród śniegu i lodu: ucztują w świetlistych komnatach, przechadzają się po błyszczącym i czarownym ogrodzie pełnym iskrzących krzewów i przezroczystych kwiatów, oraz tańczą w wesołym korowodzie. ”
Wyjątkowa książka, która pobudzi Waszą wyobraźnię. Autorka za pomocą krótkich wierszyków uzupełnia ilustracje. Skłania dzieci do kreatywnego i pokazuje jak można postrzegać świat. Świetny i niebanalny pomysł na książkę.
„Książka „Co widzisz” to zbiór 12 wierszyków, które są dopełnieniem ilustracji.Ilustracje natomiast zostały tak stworzone by rozwijać kreatywność a także inspirować wyobraźnię dziecka.
Przede wszystkim nie jest to książka jednorazowa i nie ma w niej określonych odpowiedzi. Tak naprawdę wszystko to co widzisz,zależy od wyobraźni a wierszyki i ilustracje mają ją tylko pobudzać do działania.
Każdy z wierszyków jest w innej tematyce, tak by na różnych przykładach pokazać jak szerokie jest spektrum wyobraźni. Coś z pozoru straszne już po chwili straszne nie jest, stare może stać się nowym a zwykłe niezwykłym.W opisywanych rzeczach, pojawiają się inne, a zabawa ta ze stron książki szybko przenosi się również w realny świat, który nas otacza.
Książka ta powstała po to by pokazać dzieciom, że nie tylko zabawki są sposobem na nudę, ale również ich własna wyobraźnia. „
Mała Edzia musi znaleźć prezent dla swojej mamy na nadchodzące urodziny. Ona wie, że to musi być tutułowy Tuli-pucho-kłaczek. A czymże on jest i gdzie można go znaleźć? Może w antykwariacie? Razem z małą dziewczynką ruszamy na poszukiwania po mieście.
Urzekły mnie genialne ilustracje!
Dla dzieci 3 +
Tak bardzo się cieszę, że na polskim rynku ukazała się ta książka. Autorka w bardzo prosty, obrazowy sposób uczy dzieci przez zabawę jak powinniśmy oddychać. wiele osób dorosłych nie zdaje sobie sprawy, że oddycha nieprawidłwo (dotyczy to szczególnie kobiet, które oddychają szczytami płuc). W tej książce autorka pokazuje jak oddychać przeponą, panować na oddechem, wyciszać się przy równomiernym oddychaniu itd. Dzięki tym wszystkim zabawom dzieci nauczą się bardzo potrzebnej umiejętności.
Logopedzi tez sporo z niej skorzystają, bo może się przydać przy niepłynności mówienia.
Dla dzieci 4 +
„W wierszach, ale i prozie Wandy Chotomskiej ciągle ktoś fruwa. Ptaki, motyle, czarownice na miotłach – to jasne. Ale też klienci Wypożyczalni Skrzydeł. (…) Zaproście do lektury tej antologii Waszych rodziców, babcie i dziadków — i wszystkich dorosłych. Niech i oni, na skrzydłach pożyczonych od poetki, znów przeniosą się do Krainy Dzieciństwa – Krainy Wyobraźni.”ze wstępu Zofii Beszczyńskiej
Zbiór najlepszych utworów autorki – chyba każde dziecko powinno mieć na półce.
Znacie muchę Fefe? Jeżeli nie to zajrzyjcie do mojego wpisu tutaj: Biblioteczka logopedyczna. Mała mucha Fefe zabiera Was tym razem w podróż po świecie! Dzięki niej możecie odwiedzać różne kraje i przy tym uczyć się wypowiadać. Świetna książka do nauki budowania dłuższych wypowiedzi.
Dla dzieci 4+
Pisałam Wam nie raz, że uwielbiam się uczyć z książek dla dzieci. Czasami jestem już zmęczona czytaniem książek, z których nic nie czerpię. A z tej nauczyłam się bardzo dużo i przy okazji przeczytałam ją dziecku. W książce znajdziecie rymowane wierszyki o postaciach z mitologii słowiańskiej, która jest nieodłącznym elementem naszej kultury.
Wg mnie świetnie nadaje się też do czytania przez tatusiów, bo te tematy mogą być również dla nich interesujące.
Oglądaliście Wikingów? To z pewnością spodoba się Wam ta książka! Znajdziecie tu mnóstwo ciekawych postaci z mitologii nordyckiej. Poznacie bóstwa i stwory z pradawnych nordyckich wierzeń. A przy okazji spędzicie ciekawy czas z dziećmi.
Gdzieś jest tamten las, w którym zwierzęta żyją tak jak ludzie. Każdy ma swoje sprawy i obowiązki. Mają takie same problemy odnośnie podejmowanych decyzji i kompromisów. Czasem są weseli, a czasem smutni. Jest to piękna opowieść o zwykłym życiu i o świecie. Całość dopełniają magiczne ilustracje Alcji Rose.
dla dzieci 5+
Kolejna już książka z cyklu: „Rok w…” Ta jest ciekawa, bo zawiera elementy magiczne, które są u nas wciąż na topie. Dla bardzo spostrzegawczych podglądaczy są ukryte humorystyczne smaczki.
A do tego przepiękne ilustracje. Sprawdźcie koniecznie
Dla dzieci 5+
Książka pyszna jak pomidorowa mojej mamy. Przepis jako opowieść szybciej wchodzi do głowy. A Lila powoli zaczyna czytać wyrazy, więc seria Czytam sobie jest dla nas akurat.
Muszę też zwrócić uwagę na ilustracje wykonane przez Darię Solak, jestem jej ogromną fanką i podziwiam każdą pracę. Tutaj też zupa pomidorowa jest jeszcze lepsza właśnie dzięki jej kresce.
Dla dzieci 3+ do czytania przez rodzica, a dla starszych do samodzielnego czytania
Maciupek jest nieśmiały i wszystkiego się boi Jest też bardzo samotny. Ale pewnego dnia opuszcza dom i wyrusza w podróż. Podczas wędrówki mija rozmaite stworzonka, ale nie jest na tyle odważny żeby ich poznać.
Za każdym razem jak ją czytam to chce mi się płakać, ale na szczęście ma dobre zakończenie.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to mała czcionka, którą niezbyt widzę w półmroku.
Niestety wciąż wielu rodziców nie docenia tej prostej czynności, którą mogą wykonywać razem z dziećmi. Myślą, że to może być nieatrakcyjne, czy też nudne. Nawet nie zdają sobie sprawy, że często z pozoru tak błahy obowiązek domowy może być dla dzieci bardziej rozwijający niż super ekstra, edukacyjna zabawka.
Dlaczego rodzice nie zapraszają swoich dzieci do wspólnego gotowania? Dlatego, że nie wiedzą jak jest to ważne za równo pod względem budowania więzi, jak i edukacji kulinarnej.
Ja to wszystko wiedziałam dawno, bo zalety przygotowywania posiłków przez dzieci opisywała niejednokrotnie Maria Montessori. Filarem tej pedagogiki jest styczność z prawdziwym światem i życiem praktycznym, które otacza każde dziecko. To właśnie tam dzieci bardzo często same przygotowują proste dania np. na podwieczorek. Same sobie nakładają jedzenie, a później po sobie zmywają.
Rodzicom, którzy nie mają styczności z takim podejściem do wychowywania dzieci, często ciężko jest to zrozumieć i wykręcają się różnymi stwierdzeniami:
„Ja sama zrobię to szybciej”
„To może być niebezpieczne”
„Będzie straszny bałagan”
Tymczasem najczęściej chodzi o ich niewłaściwe podejście.
Do propagowania wspólnego gotowania z dziećmi zostałam zaproszona w ramach Programu Tefal Szkoła na Widelcu. Fundacja Szkoła na Widelcu prowadzi wiele warsztatów kulinarnych, na których dzieci i rodzice mogą się przekonać, dlaczego warto gotować razem. Odwiedzają również szkoły i przedszkola. Prowadzą tam wspaniałe zajęcia dla dzieci, w czasie których uczą jak przygotowywać zdrowe posiłki.
Badania pokazują, że dzieci, które przygotowują wspólnie z rodzicami posiłki w domu, częściej sięgają po owoce i warzywa* Mają styczność z różnymi produktami, uczą się w tym czasie tak wiele, a do tego spędzają naprawdę wartościowy czas z rodzicami.
Jak widzicie jak tak wiele plusów gotowania z dziećmi, że naprawdę warto to robić. Szczególnie teraz, kiedy wieczory są długie, a pogoda nie sprzyja przebywaniu na podwórku. Powiem Wam szczerze, że my jak się nudzimy to nawet specjalnie coś wymyślamy, bo wtedy mamy zajęcie np. w sobotę zostałam sama z dwójką dzieci, na podwórku było okropnie, więc zaproponowałam, że razem zrobimy ciastka.
Wyszły pyszne, a do tego spędziliśmy niezapomniane chwile przy kuchennym stole. Przez to, że były zrobione z dobrych składników, to nawet pozwoliłam dzieciom zjeść je na kolację. Już dawno nie widziałam u córki takiego uśmiechu.
Oprócz warsztatów w szkołach i przedszkolach Fundacja Szkoła na Widelcu chce docierać również do rodziców. Miałam okazję być gościem rodzinnych warsztatów kulinarnych organizowanych z okazji Dnia Matki i Dnia Dziecka, gdzie mogłam zobaczyć jak to wygląda w praktyce. Grzegorz Łapanowski zrobił razem z dziećmi dania, które były smaczne i szybkie . Lilka mogła sama zrobić pyszny, owocowy koktajl, do którego sama przygotowała składniki.
Byłam też gościem wykładu otwartego dla rodziców, gdzie miałam okazję dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat przygotowywania posiłków. W czasie spotkania dietetyk Urszula Somow opowiadała rodzicom, na temat walorów gotowania z dziećmi.
Podczas pokazu kulinarnego uczestnicy dowiedzieli się, jak zrobić pyszny i zdrowy domowy fast food oraz dlaczego wspólne przygotowywanie takich dań to świetny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Przekonywali, że przyrządzanie np. vege burgerów lub quesadillii daje dzieciom możliwość indywidualnego komponowania dań – wybór składników i dodatków, różne sosy to podróż po nowych smakach.
Do spróbowania były warzywne frytki z ziemniaków i kolorowych marchewek z 3 sosami, domowe quesadille z pomidorami, kukurydzą i cieciorką, pudding chia z jogurtem naturalnym i owocami, dziecinnie proste lody bananowe, vege burgery, chipsy z jarmużu oraz prażona cieciorka.
Dzieci podczas wykładu mogły spędzić czas w kąciku animacji wycinając warzywno-owocowe girlandy lub wziąć udział w warsztacie kulinarnym prowadzonym przez Katarzynę Pieczyńską – dietetyka i edukatora Fundacji Szkoła na Widelcu. Podczas zajęć kulinarnych maluchy przyrządziły krem z awokado, banana i karobu – do złudzenia przypominający krem czekoladowy, który ozdobiły świeżymi ziołami i pestkami granatu.
W czasie gotowania prowadzący rozmawiają z dziećmi na temat wybierania wartościowych produktów i sposobów przyrządzania. Dzieci najszybciej się wtedy uczą, bo doświadczają tego w realu. Pamiętam jak po pierwszych warsztatach z Fundacją Szkoła na widelcu Lilka wróciła tak natchniona, że do wszystkiego dodawała zielone listki bazylii lub mięty. Mówiła nam wtedy:
Na talerzu musi być kolorowo!
I to prawda:)
Dlatego Fundacja Szkoła na Widelcu i marka Tefal ruszyła z programem społecznym, który ma zachęcić Polaków do wspólnego gotowania z dziećmi. Partnerski projekt edukacji żywieniowo-kulinarnej dociera m.in. do szkół i przedszkoli. Podczas zajęć dzieci same przygotowują wartościowe posiłki i uczą się o zdrowym odżywaniu.
Miałam przyjemność uczestniczyć również w warsztatach w przedszkolu w Nowej wsi pod Warszawą. Muszę przyznać, że było to niesamowite przeżycie, bo już dawno nie miałam styczności z grupą przedszkolną i pasja do mojej pracy zawodowej obudziła się na nowo. Fundacja Szkoła na Widelcu przeprowadziła świetne warsztaty ze zdrowego gotowania.
W czasie zajęć dzieci poznawały nowe owoce i warzywa, a później same zrobiły owocowy koktajl, który mogły przyozdobić ziołami i nasionami. Dzieci były zaciekawione i słuchały Pani z ogromnym przejęciem. Na warsztatach dzieci korzystały również z urządzeń marki Tefal, które są dziecinnie proste w obsłudze.
To jak? Przekonałam Was, że warto gotować z dziećmi? A może już to robicie?
* Chu YL, Farmer A, Fung C, Kuhle S, Storey KE, Veugelers PJ. (2013) Involvement in home meal preparation is associated with food preference and self-efficacy among Canadian children. Public Health Nutr.
Węgry z dziećmi to znakomity pomysł na rodzinny wyjazd. Jak wiecie to już nasz 3 raz razem w tym kraju i jak zawsze wracamy nienasyceni. Godziny spędzone w ciepłej termalnej wodzie nastrajają nas bardzo pozytywnie, dlatego tak często tam jeździmy.
Dokładny opis dlaczego wybieramy Węgry na wyjazdy znajdziecie 10 powodów dla których warto odwiedzić Węgry
Relację z poprzedniej naszej wyprawy znajdziecie tu – Budapeszt z dzieckiem
W tym roku planowaliśmy wyjazd w listopadzie. Chcieliśmy pojechać na Węgry z dziećmi, nacieszyć ciepłem na nadchodzące zimne i deszczowe dni. W połowie października zaczęliśmy szukać odpowiedniego miejsca na nasz wyjazd. Znaleźliśmy IDEALNY hotel, tylko nie było w nim wolnych terminów na listopad.
Sprawdziłam pogodę i kiedy zobaczyłam, że na przyszły tydzień przewidywana temperatura na Węgrzech to 25 stopni, dosłownie w kilkanaście minut podjęliśmy decyzję, że jedziemy. Był środowy wieczór, a my już w niedzielę mieliśmy się moczyć w termalnych źródłach na zewnątrz.
Pisałam Wam już, że jestem najmniej spontaniczną osobą na świecie. Wszystko planuję z dużym zapasem, a do każdego wyjazdu zaczynam się przygotowywać na 3 tygodnie przed. Tym razem było inaczej, szybko się spakowaliśmy i byliśmy gotowi na wyjazd na Węgry z dziećmi.
Tym razem wybraliśmy malownicze okolice Miskolca, który jest bardzo blisko Polski.
My każdy wyjazd na Węgry wykorzystujemy żeby odwiedzić dziadków w Rzeszowie. Zazwyczaj z Warszawy ruszamy o 19 , dojeżdżamy na północ. Tam śpimy i zazwyczaj na drugi lub trzeci dzień ruszamy dalej.
W wiadomościach prywatnych prosiliście mnie żeby dokładnie opisać jak wygląda droga. Napiszę szczerze, że polska droga z Rzeszowa do Barwinka jest dość specyficzna, bo jednopasmowa i są remonty. Jest też spory ruch. Ale dalej jest tylko lepiej. Na Słowacji drogi są bardzo dobre i w porównaniu z Polską są puste. Pamiętajcie, że możecie winietę na przejazd kupić w sieci. Jeżeli jedziecie do Miskolca to nie musicie kupować węgierskiej winiety, bo nie jedziecie autostradą.
Po drodze są miejsca żeby się zatrzymać tzw. odpocivadlo. Jeżeli będziecie jechać naszym tropem to chcę Wam polecić wyjątkowe miejsce na obiad. Z resztą jedna z Was mi o nim napisała i specjalnie się tam zatrzymaliśmy w drodze powrotnej (tak bardzo żałuję, że nie jedliśmy tam też jak jechaliśmy do Miskolca).
KLIK
Restauracja znajduje się po drodze, w miejscowości Encs (40 km od Miskolca). Naprawdę nie pamiętam kiedy tak bardzo byłam zachwycona restauracją. Było pysznie, do tego obsługa była wyjątkowa i wszystko było wspaniałe. Z pewnością jeszcze tam kiedyś wrócimy, bo było to doskonałe doświadczenie kulinarne. Obsługa mówi bez problemu po angielsku i jest nadzwyczaj miła.
Avalon park w Miskolctapolca
Jeżeli będziecie szukać na booking.com to zobaczcie tylko zdjęcia i ofertę. A rezerwację najlepiej jest zrobić na ich stronie (jest też po ang), bo przez booking prawie zawsze nie mają wolnych pokoi.
Avalon to niesamowite miejsce! Nadal jesteśmy nim zachwyceni i z pewnością tam wrócimy. Naprawdę nigdy nie byliśmy jeszcze w hotelu, którego standard był tak wysoki, a do tego przystosowany do potrzeb rodzin. Sam Avalon park położony jest w malowniczym miejscu niedaleko Narodowego Parku Gór Bukowych, więc cały teren jest otoczony przyrodą. My akurat byliśmy jesienią, więc kolory drzew w lesie były niesamowite. Wystarczyło wyjść za bramę hotelu i już byliśmy blisko natury.
Teren hotelu jest ogromny! Pokoje dla gości są w budynku hotelu, ale również i w klimatycznych domkach, które są dwupoziomowe (jeden apartament na piętrze). My spaliśmy w domku. Kiedy tylko weszliśmy do pokoju zauważyłam ekspres do kawy:) i wiedziałam, że będzie tu nam dobrze. Nie myliłam się!
Właściwie to jest park rozrywki, a nie plac zabaw. Ogromny teren z różnymi atrakcjami. Zjeżdżalnie, armatki na piłeczki, podwieszane mosty, trampoliny, zjazd na oponach i wiele i wiele więcej. RAJ DLA DZIECI! Moje dzieci bawiły się tam godzinami i chociaż dla najmłodszych (poniżej 3 lat) nie było specjalnych atrakcji to i tak było super.
Przy placu zabaw była też restauracja dla dzieci z przekąsami i z toaletą, która zrobiła na mnie świetne wrażenie (niby to taki niuans, ale zwracam na to uwagę). Każda podróż na Węgry z dziećmi zawsze pozytywnie mnie zaskakuje, tak wiele miejsc jest przystosowanych do potrzeb rodzin, że mam ochotę tam często wracać.
Na zewnątrz hotelu znajduje się spory basen z ciepłą wodą (36 stopni) i jacuzzi. Można w nich się kąpać przez cały rok. Obawiałam się, że może być nam zimno, kiedy wieczorem temp. powietrza miała 15 stopni, ale było wspaniale. Dzieciom bardzo się podobało i korzystaliśmy codziennie. W środku hotelu, na dole jest też normalny basen z hydromasażami i jazcuzzi. Są też różne prysznice (np. tropikalny ) i sauny.
W środku hotelu jest też fajna sala zabaw dla dzieci i chociaż nie padał deszcz ani razu to przychodziliśmy tam chwilę odpocząć. Obok jest też sala do gier telewizyjnych.
W cenie noclegu mieliśmy śniadanie i lunch (2 porcje). Śniadanie było w formie szwedzkiego stołu i każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Bardzo podobała mi się możliwość samodzielnego robienia soku owocowo-warzywnego.
Na stołach były różności: bardzo duży wybór warzyw i owoców, jedzenie dietetyczne (5 rodzajów mleka roślinnego), jogurty bez laktozy itd. Menu lunchowe było dość specyficzne, ale było smaczne. Na terenie hotelu są 3 restauracje i zawsze można wybrać coś dla siebie.
Ogromny tor, który wcale nie jest dla dzieci, ale jest możliwość przejażdżki z dzieckiem. Lila jechała dwa razy z tatą i była przeszczęśliwa.
Kiedy wykorzystaliśmy dwa pierwsze dni na korzystanie z dobrodziejstw hotelowych, stwierdziliśmy, że musimy wybrać się na wycieczki.
W sumie nie mieliśmy w planach odwiedzenia tego zamku, ale spóźniliśmy się na kolejkę wąskotorową do Lillafüred. Poszliśmy ze stacji na piechotę (około 15 minut na piechotę) i kiedy dotarliśmy na miejsce spędziliśmy tam naprawdę ciekawy czas. Z ruin zamku jest wspaniały widok na okolicę, a w samym zamku jest sporo rzeczy do obejrzenia.
Węgierski kurort położony za Miszkolcem nad jeziorem Hamori. Kiedy tylko zobaczyłam zdjęcia stamtąd to wiedziałam, że musimy tam pojechać. Do Lillafüred wybraliśmy się kolejką wąskotorową, która odjeżdża z Miskolca (wszelkie info TUTAJ)
Była to niesamowita atrakcja, dzieci były zachwycone samą jazdą. Kolejka przejeżdża przez malowniczy Park Narodowy. A kiedy dojechaliśmy na miejsce było jeszcze lepiej. Warto odwiedzić Lillafüred, bo jest to przepiękne miejsce. Zrobiło na nas ogromne wrażenie i aż żal było wracać. Są tam też dwie jaskinie, ale sobie je darowaliśmy, bo nie mieliśmy co zrobić z wózkiem.
Węgry z dziećmi
Zaledwie 3 km od hotelu Avalon są termy w jaskiniach tzw. Barlangfürdo. Świetne miejsce na relaks z dziećmi. Kilkanaście grot, w których można się kąpać robi ogromne wrażenie. Najbardziej nam się podobało miejsce, gdzie było ciemno i na chwilę na suficie ukazywały się gwiazdki i księżyc. Za bilet dzienny zapłaciliśmy 60 zł za całą naszą rodzinę. Kompleks jest też położony na zewnątrz, ale jest otwarty tylko latem.
Ostatniego dnia, całkiem spontanicznie pojechaliśmy do Zoo Miskolcu, które nie jest typowe. Znajduje się na ogromnym terenie i jest malowniczo położone. Jest to bardziej „leśny park” niż zoo. Nie ma tam żyraf, słoni itd. Są za to zwierzęta, które raczej żyją w lesie. Bardzo nam się tam podobało! Dzieci mogą karmić zwierzęta karmą, którą kupuje się przy wejściu. Niesamowite uczucie, kiedy wielbłąd je Ci z ręki.
Sklepik z pamiątkami skradł moje serce. Zawsze staram się unikać takich miejsc, bo pełno tam szajsu, który nikomu nie jest potrzebny, a tam były naprawdę ładne rzeczy związane tematycznie z Zoo i do tego bardzo tanie.
Z pewnością w okolicach Miskolca jest jeszcze wiele miejsc do odwiedzenia. My byliśmy dość krótko (6 dni) i mieliśmy bardzo dużo atrakcji w hotelu. Myślę, że również można pojechać do samego Miskolctapolca i tam spać, a do Avalon pojechać na plac zabaw (30 zł za cały dzień), na gokarty na obiad i mieć bazę wypadową na wycieczki. Zdaję sobie też sprawę, że byliśmy po sezonie i było pusto. W sezonie na termach na pewno jest tłum i jest drożej. Ale warto się wybrać na Węgry z dziećmi właśnie po sezonie.
Badania – jak przygotować dziecko i jak zrobić to prawidłowo?
Pobieranie krwi to stres zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Czy można zrobić coś, żeby przygotować dziecko na pobranie krwi i jednocześnie nie spowodować, że zacznie bać się zastrzyków i gabinetów lekarskich?
Tak! Odpowiednie przygotowanie, zarówno fizyczne jak i psychiczne dziecka ma ogromny wpływ na przebieg całego zabiegu.
Na pytania odpowiada Joanna Dronka – Skrzypczak, autorka strony dietaeliminacyjna.pl
Rodzice są często bardzo zestresowani. To naturalne – nikt nie lubi, kiedy trzeba zafundować dziecku dyskomfort jakim jest niewątpliwie badanie krwi. Rodzice obawiają się tego, że będą zmuszeni przytrzymać dziecko siłą i przez to zafundują mu traumę. Faktem jest, że podczas pobierania krwi trzeba dziecko mocno trzymać ze względu na jego bezpieczeństwo. Nagłe szarpnięcie ręki może być niebezpieczne.
Cały sekret polega jednak na odpowiednim przygotowaniu dziecka do procedury pobrania krwi. Pomoże to zarówno opanować lęk rodzica jak i dziecka.
Główne błędy, jakie popełniają rodzice:
Po pierwsze porozmawiać z dzieckiem. Wytłumaczyć dlaczego trzeba krew pobrać. Warto pokazać kilka filmików, czy obejrzeć bajkę „Było sobie życie” na temat krwi. Takie ciekawostki sprawią, że dziecko oswoi temat. Można czytać książki na temat ludzkiego ciała. (Obszerny wpis Zabawki edukacyjne. Jest też audiobook „Igiełka Tusia” do odsłuchania za darmo
Kolejna sprawa: opowiedzieć jak wygląda takie pobieranie, gabinet. Im mniej niewiadomych, tym dziecko czuje się pewniej.
Po trzecie: zapewnić, że cały czas będziesz z dzieckiem. I tutaj ta drażliwa kwestia mocnego przytrzymania. Zamiast mówić, że będzie trzeba je mocno trzymać żeby się nie wyrwało warto powiedzieć: „Kiedy już przyjdzie czas pobrania mama/tata mocno cię przytuli, a pani pielęgniarka przytrzyma rękę. Możesz wtedy też się do mnie przytulić”.
Drobna zmiana „przytrzymania” na „przytulenie” może zdziałać bardzo wiele.
I po czwarte: szczerze odpowiedzieć na pytanie: czy to będzie bolało? Nie wolno kłamać, że pobranie jest bezbolesne, albo umniejszać bólu, odwoływać się do argumentów „Taki duży chłopiec nie powinien bać się małego ukłucia”. Warto powiedzieć: „Tak, lekkie ukłucie nie jest przyjemne, ale będę cały czas przy Tobie. Jeśli Cię zaboli zawsze możesz się do mnie przytulić”.
Zacznę może od kwestii nawodnienia: nie tylko może, ale nawet powinno wypić wodę na około pół godziny przed badaniem. Dlaczego? Ponieważ to właśnie brak nawodnienia jest jedną z najczęstszych przyczyną problemów z pobraniem krwi. Nieudane pobranie to stres zarówno dla dziecka jak i rodzica i osoby pobierającej. Dlatego ważne jest, żeby wcześniej nawodnić dziecko. Idealnie by było, gdyby maluch był na czczo, ale wiadomo, że dziecku trudno to wytłumaczyć. Dlatego jeśli badanie jest później, dziecko może być około 3 godzin po lekkim posiłku.
Tak, ale ze względu na to, że rodzic samodzielnie pobiera materiał obarczone sporym ryzykiem błędu. Metoda pobrania zależy w dużej mierze od tego w jakim celu pobieramy go do badania. W laboratorium powinniśmy otrzymać dokładną instrukcję. Np. wykonując badanie z kału na obecność grzybów lub pasożytów pobiera się kał z 8 miejsc.
Rodzice też często nie zdają sobie sprawy, że kał nie może być zanieczyszczony moczem. Dlatego niemożliwe jest wyciągnięcie go z pieluszki jeśli jednocześnie jest ona „zasiusiana”. Nie powinno też łowić się kupy z toalety. Kał powinien szczelnie wypełniać specjalnie przeznaczone do tego pudełeczko. Ma to znaczenie np. przy badaniu bakterii beztlenowych.
Można wykorzystać w tym celu wyparzony nocnik albo rozłożoną na toalecie folię spożywczą. Warto też dopytać w laboratorium jakie są zalecenia dla konkretnego badania.
Mocz pobieramy po wcześniejszym umyciu, ze środkowego strumienia, do jałowego pojemnika kupionego w aptece. Jeżeli nie uda nam się złapać do pojemnika to ostatecznie możemy użyć do tego wyparzonego nocnika.
Jeżeli uważasz, że ten wpis przyda Ci się, kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/ lub udostępnij go swoim znajomym. Dziękuję!
Jak wiecie jestem świadomym rodzicem, który lubi wiedzieć dużo o swoich dzieciach. Cały czas szukam różnych informacji, czytam książki i pytam specjalistów, jeżeli czegoś nie jestem pewna. Tym razem postanowiłam dotrzeć do źródeł wiedzy na temat higieny jamy ustnej dzieci. Wiele odpowiedzi mnie zaskoczyło, więc dzisiaj się z Wami tym dzielę.
Zapytałam specjalistkę, która na co dzień zajmuje się małymi pacjentami: Lekarz stomatolog Anna Kwiecień z Kliniki Dentystycznej Nova Estetica
Zęby pokryte są z zewnątrz szkliwem, które jest najtwardszą tkanką naszego organizmu. Wydają się być twarde i odporne na czynniki zewnętrzne. W rzeczywistości łatwo ulegają uszkodzeniom, a zaniedbane psują się. Są nam dane raz na całe życie – nie odrastają jak włosy czy paznokcie.
Rodzice często błędnie myślą, że z chorego mleczaka wyrośnie zdrowy ząb stały. Próchnica to jednak choroba zakaźna, która z mleczaków może przenieść się na zęby stałe dziecka. Mocno zepsute mleczaki trzeba usuwać, a jeśli dziecku brakuje ząbków, łatwo może dojść do powstania wady zgryzu. Braki w uzębieniu mogą również doprowadzić do nieprawidłowej wymowy, a ta do pomocy logopedy. Zaniedbane, czarne mleczaki to również powód do niskiej samooceny dziecka, które jest narażone na docinki kolegów.
Zdrowie zębów mlecznych przekłada się na stan zdrowia zębów stałych i nawet więcej – ma wpływ na nasze zdrowie ogólne. Choroba próchnicowa może być powiązana z problemami z układem oddechowym, pokarmowym czy sercowo-naczyniowym w późniejszym wieku.
Warto podkreślić, że maksymalny wiek, w którym powinna się odbyć pierwsza wizyta dziecka u stomatologa to okres 2 lat. To pomaga oswoić się dziecku ze stomatologiem, ale również wykryć na wczesnym etapie nieprawidłowości, które łatwo będzie skorygować od razu zamiast leczyć w przyszłości.
Na rozwój próchnicy ma przede wszystkim wpływ niewłaściwa higiena lub jej brak. I na tym warto się skupić. Higiena jamy ustnej powinna być wdrożona u Malucha już od momentu narodzin. W tym początkowym okresie karmienia są częste i najbardziej zdradliwe jest zalegające na dziąsłach i zębach mleko podczas nocnych karmień. Czyszczenie szczoteczką z wypustkami czy gazikiem jest punktem obowiązkowym po każdym karmieniu. Nawet jeśli w nocy będzie metodą „na śpiocha”;)
· myć dziąsła i zęby po każdym karmieniu (szczoteczką silikonową z wypustkami na palec rodzica, gazikiem z przegotowaną wodą/rumiankiem czy specjalnymi gazikami z ksylitolem)
· nie pozwalać zasypiać dziecku z butelką w buzi
· jeśli dziecko używa smoczka uspokajającego – dbać o jego bezwzględną czystość, wyparzać lub co najmniej przelewać gorącą wodą
· nie oblizywać łyżeczki przy podawaniu np. zupki i pokarmów stałych
· rozszerzać dietę zgodnie z zaleceniami – to również ma wpływ na stan zębów. Nie unikać odpowiednio do wieku pokarmów twardych (np. warzyw), które naturalnie oczyszczają zęby dziecka, unikać za to produktów oblepiających (popularne chrupki kukurydziane miękkie typu Flips) czy dosładzane cukrem napoje lub słodkie kaszki.
· starannie myć zęby dziecka również po spożyciu soków czy owoców
· jeśli dziecko już siedzi można wprowadzić silikonowe gryzaki z wypustkami jako dodatkowe wzmocnienie higieny jamy ustnej Malucha
Owoce i soki owocowe zawierają naturalne kwasy, które mogą rozpuścić składniki budujące zęby. Zęby mogą stać się nadwrażliwe i bardziej narażone na próchnicę, a nawet nieodwracalne uszkodzenia szkliwa (to tzw. kwasowa erozja szkliwa). Dzieje się tak przy długotrwałym kontakcie szkliwa zęba z owocem/sokiem.
Najwięcej kwasów występuje w cytrusach (pomarańcze, grapefruity, cytryny, limonki), ale również w porzeczkach, wiśniach, malinach, śliwkach, morelach, czereśniach i rabarbarze. Kwasy występują nie tylko w owocach, ale jest ich dużo w warzywach typu szczaw, brukselka, szparagi, a także w herbatach owocowych i wszystkich napojach gazowanych.
· popicie lub wypłukanie ust wodą bezpośrednio po spożyciu np. owoców
· mycie zębów dopiero po upływie 30 minut od zjedzenia kwaśnego posiłku
· picie soków czy napojów gazowanych przez słomkę
· łączenie owoców z neutralizującym działanie kwasów jogurtem naturalnym
· profilaktyczne stosowanie pasty lub płukanek z fluorem
· używanie pasty do zębów o niskim współczynniku ścieralności (RDA)
Niektórzy dentyści radzą, aby całkowicie zrezygnować z płukania ust wodą w trakcie i po myciu – zwłaszcza, jeśli chcemy wzmocnić działanie fluoru zawartego w paście lub w sytuacji, kiedy borykamy się ze schorzeniem stomatologicznym typu nadwrażliwość zębów czy dziąseł. Wówczas możemy dodatkowo wetrzeć w zęby i dziąsła niewielką porcję leczniczej pasty.
Na pewno nie wolno przepłukiwać ust w trakcie mycia zębów, bo to rozcieńcza pastę, obniżając znacznie jej skuteczność i właściwości. Płukanie ust po szczotkowaniu zębów oczyszcza dodatkowo jamę ustną z resztek jedzenia i bakterii, ale nie powinno być zbyt energiczne.
Holdery, osłonki, ochraniacze czy kapturki (nazewnictwo jest różne:)) są higieniczne, jeśli dbamy o nie podobnie jak o szczoteczkę. One również wymagają mycia, przepłukania pod bieżącą wodą i usuwania resztek pasty do zębów z powierzchni. Są niezbędne na czas podróży (transportowania szczoteczki), spełniając dodatkowo rolę ochronną nie tylko przed zabrudzeniem i bakteriami, ale i przed zniekształceniem włosia szczoteczki, co mogłoby skutkować nieprawidłowym szczotkowaniem zębów.
Na co dzień nie powinno się trzymać główki szczoteczki do zębów w osłonce, aby włosie mogło wyschnąć.
Higiena szczoteczki do zębów jest ważna i ściśle powiązana z samym myciem zębów. Jak zrobić to w sposób właściwy? W pierwszej kolejności płuczemy szczoteczkę, żeby usunąć z niej zeschniętą pastę do zębów, osad i drobnoustroje, które zdążyły się nagromadzić na jej powierzchni. Na mokre włosie nakładamy pastę i jeszcze raz na chwilę wkładamy szczoteczkę pod bieżącą wodę. Dopiero wtedy mamy pewność, że szczotkujemy zęby czystą szczoteczką.
Wyjaśnienie:
Pierwsze płukanie usuwa brud ze szczoteczki. Nieużywana przez kilka godzin i nieosłonięta szczoteczka staje się siedliskiem bakterii, które pochodzą zarówno z naszych ust, jak i z otoczenia, w tym z umywalki, na której trzymamy szczoteczkę, prysznica, kubka do płukania lub nawet toalety, jeśli znajduje się ona w naszej łazience. Do tego na włosiu szczoteczki do zębów osadzają się resztki detergentów i kosmetyków np. perfum czy lakierów do włosów. Jeśli nie wypłuczemy szczoteczki, wkładamy do ust groźne drobnoustroje i substancje.
Natomiast przepłukanie szczoteczki z nałożoną pastą aktywuje składniki myjące. Dzięki temu pasta bardziej równomiernie rozciera się na zębach i lepiej pieni. Jest też łagodniejsza dla szkliwa.
Płukanie szczoteczki może się odbywać zarówno w ciepłej jak i zimnej wodzie, usuwa w jednakowy sposób brud i bakterie.
Szczoteczkę po umyciu zębów trzeba bardzo dokładnie opłukać i wyczyścić z resztek pasty do zębów. Wszelkiego rodzaju osłonki i ochraniacze na główkę szczoteczki stosujemy tylko w trakcie podróży, nie jest to wskazane na co dzień. W przypadku krwawiących dziąseł warto dodatkowo po umyciu zębów włożyć główkę szczoteczki na 2 minuty do wody utlenionej, co wzmocni oczyszczenie włosia z bakterii.
Zalecane jest, aby po chorobie wymienić szczoteczkę do zębów na nową. Podobnie jak po zabiegu higienizacji (skaling i piaskowanie zębów) wskazana jest albo wymiana szczoteczki do zębów albo moczenie jej przez 2 minuty w wodzie utlenionej.
Bezwzględnie – dziecko w żłobku czy w przedszkolu powinno mieć w swojej wyprawce indywidualny zestaw do mycia zębów w postaci kubka, szczoteczki i pasty. Szczoteczki nie powinny stykać się ze sobą.
W warunkach domowych możemy potraktować temat z przymrużeniem oka i trzymać szczoteczki do zębów całej rodziny w jednym kubku, pilnując, aby ich główki się nie stykały.
Dobrym rozwiązaniem dla dzieci są holdery, które na przyssawkę można przykleić na ścianę lub do każdej gładkiej powierzchni.
ps. włosie szczoteczki powinno być skierowane do góry
Pewnie jesteście ciekawi, czego my używamy do higieny jamy ustnej najmłodszych domowników.
Droga córeczko, piszę do Ciebie ten list – być może przeczytasz go za kilkanaście lat. Akurat dziś jest święto wszystkich dziewczynek na świecie, więc jest to doskonała okazja żeby skreślić dla Ciebie kilka słów – od wiecznej dziewczynki, dziewczyny, nastolatki, kobiety i matki.
Te wszystkie osoby są wciąż we mnie, dlatego tak bardzo chcę Ci dziś to napisać.
Niedawno skończyłaś 5 lat i coraz więcej rozumiesz… Czasami zadajesz takie pytania, że sama nie wiem jak mam Ci odpowiedzieć. Wtedy milczę, bo nie chcę narzucać Ci swojego zdania.
„Zobaczysz, jak urośniesz” – nienawidzisz jak tak do Ciebie mówię, ale naprawdę tak będzie.
Kiedy w 20 tygodniu ciąży dowiedziałam się, że noszę pod sercem malutką córeczkę, cieszyłam się ogromnie! Wiedziałam, że to będzie wyjątkowa osóbka z mocnym charakterem. Już wtedy miałam takie przeczucie, że nasz relacja będzie bardzo niezwykła.
W Twojej wyprawce nie było ani grama różu, chciałam Cię przywitać w neutralnych kolorach, aby nie narzucać Ci za bardzo stereotypów, które już w tym okresie są przyczepiane niczym łatka do małego człowieka. Sama nie lubię tego koloru i nie mam prawie nic różowego. Nie było też słodkich falbanek i spineczek na łysą głowę. Przyszłaś na świat i było Ci obojętne w co jesteś ubrana, byle było wygodnie. Kiedy wychodziłam z Tobą na spacer wszyscy zaglądali do wózka i mówili:
„O jaki śliczny chłopiec”
Bo z daleka nie świecił róż.
Nie przejmowałam się tym kompletnie, a nawet byłam dumna, bo wtedy uważałam, że:
Róż to stan umysłu.
Chociaż biznes zabawkowy mocno napędza ten podział, nigdy nie kupowałam Ci takich zabawek, które kształtowałyby od początku podziały na zabawki: dziewczęce i chłopięce.
Kupowałam auta, bo jako dwulatka umiałaś poznać na parkingu wszystkie marki samochodów.
Miałaś drewnianą ciuchcię, bo uwielbiałaś chodzić ze mną i z Tatą na pobliską stację kolejową żeby pooglądać pociągi.
Nadal uwielbiasz Gwiezdne wojny i mniej się bałaś podczas oglądania niż przy Krainie lodu.
Nie ma czegoś takiego jak zabawki dla dziewczynek, gdybyś teraz powiedziała mi, że chcesz Lego Technics, kupiłabym je bez najmniejszego problemu.
Tak samo traktujemy Twojego brata, może bawić się Twoją Barbie wożąc ją na koparce i biegać ze szczotką do sprzątania.
Teraz przyszedł czas, kiedy ogromny wpływ mają na Ciebie koleżanki, które raczej nie są wychowywane w taki wyzwolony sposób. Pozwalam Ci na brokat, cekiny, róż. „Dziewczyńskie i chłopackie” podziały są dla Ciebie Ważne. Wybierasz częściej zabawki, które stereotypowo są przywiązane do Twojej płci – to Twój wybór, a nie czyjś. Kiedy mówisz o kąciku dla dziewczynek w przedszkolu, podaję Ci przykłady, że np. mężczyźni też chodzą na manikiur, czy do fryzjera. Tak samo kobiety pracują np. jako pilotki, mechanicy, kosmonautki…
Ostatnio Twój brat ciągle prosi mnie o śrubokręt. Wiesz dlaczego? Bo ostatnio przykręcałam nim kilka rzeczy i mnie naśladuje.
Lubię Wam proponować łażenie po płotach, drzewach. Pozwalam też wchodzić na górę po zjeżdżalni i nie widzę w tym nic złego. Twój brat naśladuje Ciebie i też lubi rysować. Nie dalej jak wczoraj Julek dorwał się do Twojego pudełka ze spinkami i sobie przypinał. Obserwowałam to z dużym zaciekawieniem.
Często zadajesz mi pytania, czy też będziesz miała męża i już teraz się przejmujesz, jak go znajdziesz. Nie myśl o tym, sama bądź szczęśliwa ze sobą, a wtedy wszystko będzie dobrze. Nie wmawiam Ci też, że „Jak będziesz miała męża i dzieci to…”
Chociaż nie jestem wojującą feministką denerwują mnie reklamy, które tak bardzo powielają społeczne schematy np. TA Nie pozwolę nigdy żeby też tak myślała i nauczę Ciebie jak je rozpoznawać.
Nie muszę Ci tutaj nic tłumaczyć. Rozumiesz to już od samego początku. Twój tata nie pomaga mi w domu. To też jego dom i od początku widzisz jak: sprząta, gotuje, prasuje, wiesza zasłonki, przyszywa guziki, zmienia Twojemu bratu pieluchy i nie ma u nas podziału na zajęcia męskie i damskie. Owszem dzielimy się obowiązkami, ale tylko ze względu na preferencje: ja np. nie znoszę zmywać, a Twój tata majsterkować.
O nie! Żadne z moich dzieci nic nie musi. W naszym domu są akceptowane wszystkie emocje i nie ma podziału na te „złe i dobre”. Twój brat też nie jest: „beksalalą” i może płakać. Od początku wspieramy w Tobie niezależność, samodzielność i poczucie własnej wartości. Nie karzemy i nie nagradzamy. Sama widzisz, co zrobiłaś źle i to najczęściej poprawiasz. Uwielbiam, kiedy walczysz o własne zdanie i bardzo często przyznaję Ci rację.
Naprawdę nie wiem skąd się wzięła ta zależność. Ale to nie jest trudne żeby ładnie wyglądać i mieć coś w głowie. Lubisz mnie naśladować, bierzesz swój plastikowy tusz do rzęs i drewnianą pomadkę, siadasz koło mnie i rozmawiamy o Chinach. Dbaj o siebie – dla siebie! Nie dla kogoś. To, że będziesz miała zawsze zrobiony makijaż nie oznacza, że nie miałaś już czasu przeczytać książki.
Wiem, że się złościsz kiedy nie pozwalam Ci malować paznokci, przyjdzie i na to czas. Już teraz pokazuję Ci też, że to co jest piękne, nie zawsze jest wygodne (Pamiętasz te złote wsuwki, które tak bardzo Ci się podobały, a od nich bolała Cię głowa? Tak też jest z wieloma innymi rzeczami.)
Co za bzdura. Nie lubię też stwierdzenia o chłopcach: „Boys will be boys”, czyli, że mogą być brudni, z dziurą na kolanie, czy obłoconych butach. Sama często chodzę bez makijażu i chcę Ci pokazać, że to żaden grzech. Jesteś dziewczynką i możesz się brudzić do woli (chociaż Ty akurat tego nie lubisz). Od ponad dwóch lat kochasz sukienki, uwielbiam obserwować Twój błysk w oku kiedy zakładasz na siebie „coś pięknego”. Ja też to mam, do dziś.
Jak tylko będziesz pełnoletnia i będziesz chciała, damy Ci pieniądze na kurs prawa jazdy. Tata nawet zapisze Cię na jazdy doszkalające w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Nikt nie powie o Tobie, że jeździsz jak baba i Ty sama też nigdy tak nie mów.
A dlaczego nie? Mam tylko nadzieję, że będzie traktowana tam tak samo jak oni, a Twoje zarobki nie będą warunkowane chromosomami..
Mam nadzieję, że dożyjesz też czasów, kiedy mężczyźni będą mieli urlopy tacierzyńskie – tak samo długie jak macierzyńskie.
A wiesz skąd to wszystko wiem i dlaczego tak łatwo mi to przyszło? Twoja babcia, a moja mama wychowała mnie samodzielnie. To ona WSZYSTKO robiła sama w domu i zawsze mi powtarzała, że mogę robić co tylko chcę. Nigdy nie krytykowała moich wyborów, choć były bardzo odważne. To od niej mam tę siłę, niezależność i wiarę w siebie, a ja przekażę je Tobie. Wiem, że czasami jestem zbyt surowa, ale chcę żebyś miała w życiu lekko i nigdy nie przejmowała się tym, co mówią lub myślą inni.
.
Kiedy nauczycielka zapytała dziewczynki w klasie o ich prawa, one napisały:
Niestety nie dotarłam do źródła zdjęcia. Jeżeli ktoś je zna, niech mi wyśle.
A Wam zostawiam jeszcze teledysk, który musicie obejrzeć!
Kawiarnia na urodziny dla dzieci to coraz częściej wybierane miejsce do świętowania tego wyjątkowego dnia. My również, w tym roku, zrobiliśmy taką imprezę urodzinową i dziś Wam o niej opowiem. Dlaczego się zdecydowaliśmy, jak wybieraliśmy miejsce i najważniejsze – jak nam się udała zabawa?
Jeszcze nie zdążył dobrze stopnieć śnieg, a moja córka – urodzona jesienią, zaczęła niecierpliwie dopytywać o swoje urodziny. Zaczęliśmy odliczać miesiące, tygodnie oraz dni. Jej niecierpliwość sięgała już zenitu! Wcześniejsze urodziny były świętowane zdecydowanie mniej świadomie i jeszcze pozwalała nam na samodzielne podejmowanie decyzji, bo z wszystkiego była zadowolona. Były to imprezy tylko rodzinne, bez żadnych zabaw, specjalnych wystrojów, czy też tematycznych wypieków.
W tym roku było inaczej, bo zaczęły się u nas w przedszkolu imprezy urodzinowe, na które dzieci zapraszają kolegów i koleżanki z przedszkola. Rok temu pierwszy raz Lilka była na takiej imprezie i bardzo się jej podobało. Przez kilka tygodni nie było innego tematu w domu, tylko opowiadała o tym jakby chciała żeby wyglądały jej przyszłe urodziny, które miały być za 10 miesięcy (!).
To taki dość neutralny teren, gdzie można się spotkać z rodzicami widzianymi do tej pory tylko na zebraniach. Nie czułabym się komfortowo żeby zaprosić dzieci z rodzicami do naszego mieszkania, zajmować się przygotowaniami, prowadzić ciekawe konwersacje i jeszcze pilnować Juniora, który ma fazę wrażliwą na wchodzenie na meble. Było to zwyczajnie niemożliwe. A do tego w tym czasie mieliśmy remont.
Uwielbiam spełniać jej marzenia, więc było jasne, że urodziny odbędą się w kawiarni.
Przez chwilę przeszedł mi jeszcze przez głowę bardziej zwariowany scenariusz, żeby zrobić imprezę na Farmie Dyń. Jednak Lilka marzyła o urodzinach księżniczkowych z animacjami, więc taka zabawa nie byłaby po jej myśli. Chyba, że byłby to Kopciuszek, którego karoca zmienia się z dyni. Niestety, to nie ta bajkowa postać jest jej ulubioną.
Uznałam, że to jest jej dzień i to ona ma być szczęśliwa, a nie ja.
Organizacją przyjęcia zajęłam się sama. Chciałam żeby Lilka miała niespodziankę, ale żeby wszystko było zgodne z jej zainteresowaniami. Odkładałam ten temat dość długo i na dwa tygodnie przez weekendem zaczęłam szukać odpowiedniego miejsca. Jak się okazało – kawiarnia na urodziny dla dzieci to dość popularny sposób spędzenia tego wyjątkowego dnia i miałam małe trudności ze znalezieniem sali, która sprostałaby naszym potrzebom.
Zależało mi na tym żeby miejsce było ładne, nie kiczowate, ze świetną obsługą i przystosowane do potrzeb dzieci. Nawet przez chwilę pomyślałam, że taka kawiarnia na urodziny dla dzieci, która spełnia powyższe warunki zwyczajnie nie istnieje. I wtedy trafiłam na nowe miejsce, które niedawno zagościło na stołecznej mapie.
Polana Wilanów (KLIK)
Przypadkowo trafiłam na ich stronę na Facebooku, zobaczyłam, że mają ofertę urodzinową i pojechałam tam z Julkiem na kawę. Mamy tam dość daleko, ale wiedziałam, że zorganizujemy urodziny w weekend, więc goście nie bedą stać w korkach. Tuż po wejściu, zamówiłam kawę i wypuściłam Jula z wózka. Rzadko, ale to bardzo rzadko udaje mi się wypić ciepłą kawę do końca kiedy jestem z nim sama w kawiarni.
Junior bawił się przy drewnianej kuchni dobre 40 minut, a ja mogłam się dokładnie rozejrzeć. Zamówiłam ich specjał, czyli podpłomyka (cienki placek z warzywami) oraz pierogi. Zjedliśmy z Julkiem je ze smakiem i po telefonie do męża, uznałam, że to idealne miejsce na naszą imprezę.
Wszystko wybrałam na 10 dni przed imprezą i zajęło mi to pół godziny. Obsługa była bardzo pomocna i od razu mówiła o wszystkich szczegółach.
Zapłaciłam niewielką zaliczkę i wyszłam. Naprawdę byłam przeszczęśliwa, że nie muszę sama tego organizować. Chociaż naprawdę to lubię, to wolałam jednak spełnić marzenie dziecka.
Kiedy już ustaliliśmy termin przyszedł czas na zaproszenia. Tu pojawił się problem, bo pamiętam takie sytuacje z pracy w przedszkolu. Zdaję sobie sprawę, że rodzice nie są w stanie zaprosić całej grupy na takie przyjęcie, dlatego dzieciom zostawiają wybór kogo zaproszą. Każde dziecko ma prawo darzyć sympatią jedną osobę, a drugą antypatią. Często nawet w kłótniach dzieci słychać: „Nie zaproszę Cię na moje urodziny!”.
To zaproszenie jest wielką nobilitacją i ten kto takiego kolorowego skrawka papieru nie otrzyma będzie czuł się poszkodowany. Najgorzej jest zobaczyć, że na wielu półkach w przedszkolu dzieci mają zaproszenie „A ja nie mam!”. Rodzice często się nie zastanawiają, czy inne dzieci będą się z tym źle czuły. Dlatego chciałam Wam zwrócić uwagę.
Nie róbcie tak!
Postanowiłam, że zostawię na półkach dzieci małe skrawki papieru z numerem telefonu i prośbą o kontakt. Nie chciałam żeby ktoś był przez nas smutny. Rodzice szybko oddzwonili i zaprosiliśmy ich na wspólne świętowanie.
Kiedy dzień imprezy zbliżał się wielkimi krokami, w ogóle się tym nie przejmowałam (a bywało, że przed organizowaniem takich imprez miałam mały stresik). Wiedziałam jednak, że obsługa kawiarni dopnie wszystko na ostatni guzik.
Tak też było! W dzień imprezy wyjechaliśmy trochę wcześniej i czekaliśmy na gości. Powitała nas przepięknie przystrojona sala dla dzieci i stoliki dla rodziców.
Lilka była zachwycona, bo się niczego nie spodziewała. Z dziećmi przez 2 h bawiła się animatorka, a my zaglądaliśmy tam tylko na chwilkę. Przewidziała różne zabawy: ruchowe, taneczne, a nawet kreatywne. Dzieciaki skakały, tańczyły i bawiły się balonami. Solenizantka była zachwycona.
A kiedy wjechał jej wymarzony tort, to aż się wzruszyłam, bo widziałam w jej oczach niesamowitą radość. Wszystko było tak jak chciała.
Najbardziej z organizacji cieszyłam się ja, bo miałam czas żeby spokojnie porozmawiać ze znajomymi i z rodzicami dzieci z przedszkola, a nie zajmować się parzeniem 15 kaw (tylu było dorosłych), czy też zmywaniem talerzyków.
Obsługa wykazała się niebywałym zmysłem organizacyjnym, bo wszystko przebiegło znakomicie.
Bardzo żałuję, że nie mamy tam bliżej, bo bylibyśmy stałymi gośćmi. Wiem, że są tam też zajęcia dla mam i dzieci. Jest tam mnóstwo ciekawych propozycji dla dzieci w różnym wieku: KLIK
Podsumowując, kawiarnia na urodziny dla dzieci to naprawdę dobre miejsce na organizację przyjęcia. Tydzień później mieliśmy jeszcze spotkanie rodzinne, przy którym już musiałam się napracować, ale też było fantastycznie.
Własny styl, zdolność dobierania ubrań idealnie pasujących do sylwetki, umiejętność niebanalnego łączenia faktur i wzorów, świetne oko do wybierania perełek ubraniowych… te wszystkie epitety nie są o mnie. Chciałabym napisać, że tak jest, ale niestety… Mam wiele innych plusów, jednak ubrać się nie potrafię.
Ten wpis powstał po to żeby pokazać Wam jak sobie z tym radzę. Napiszę też gdzie najczęściej kupuję ubrania i gdzie szukam inspiracji.
Zacznę od tego, że nigdy z modą nie było mi po drodze. Nie miałam potrzeby wyszukiwania najnowszych trendów, ciekawych połączeń i noszenia samych najnowszych fasonów. Owszem, lubiłam chodzić na zakupy ubraniowe, ale nigdy nie przykładałam do tego dużej wagi.
O ile uwielbiam ubierać moje dzieci i męża, to ze sobą mam problem. Dzieciom wyszukuję różne perełki i sprawia mi to ogromną frajdę. Lilka też jest teraz na etapie, że zaczyna dostrzegać połączenia kolorów i faktur. Kiedy poznałam Daniela chodził w zielonym swetrze i w pantoflach z czubem. Teraz jego styl, który razem wypracowaliśmy bardzo mi się podoba i pasuje do jego charakteru oraz zawodu. Śledzi blogi modowe z klasyczną modą męską i wciąż śledzi nowe trendy.
Dodam też, że moja sylwetka jest bardzo wymagająca. Mam całe 160 cm wzrostu, więc wiele ze stylizacji zwyczajnie odpada już w przedbiegach. Jestem typową klepsydrą z lekkim wcięciem w talii, którego wcale nie lubię podkreślać. Muszę również wspomnieć o tych 10 kilogramach, z którymi walczę po ciążach (IOO). Jak widzicie, modelką niestety nie jestem;)
Zdziwiłam się mocno, kiedy poprosiłyście mnie o to, żebym napisała wpis o moim stylu oraz miejscach gdzie kupuję ubrania, bo wg mnie jestem ostatnią osobą na świecie, od której możecie się inspirować w tym temacie.
Ostatnio trochę też zaczęłam się interesować modą i to zostało zauważone. Dostałam nawet kilka komplementów od Was, że wyglądam całkiem nieźle (zważywszy na moje gabaryty). A to pewnie dlatego, że przez ostatnie 3 lata nauczyłam się maskować różne rzeczy, a inne podkreślać.
Podoba mi się wiele ubrań i fasonów, które wiem, że już na pierwszy rzut oka nie są dla mnie. Bardzo nad tym ubolewam, ale nie chcę sobie dodawać dodatkowych kilogramów, czy też jeszcze bardziej skracać.
Kilka lat temu kupiłam sobie książkę Magdy. Pisałam o niej we wpisie Książki, które zmieniły moje życie
Ta książka nauczyła mnie przede wszystkim tego, jakich ubrań ABSOLUTNIE nie mogę kupować. Chociaż podobałyby mi się na wieszaku, to niestety na mnie wyglądałyby fatalnie. Wszystkie ubrania typu oversize nie są dla mnie.
Dzięki tej lekturze nauczyłam się szukać dobrych krojów dla mnie i posprzątać w szafie.
Uwielbiam też kanał na Youtube Magdy. Jeżeli jeszcze nie znacie to zaglądajcie. Najbardziej lubię te filmy, w których Radzka radzi jak się ubierać. Moim faworytem jest film o tym jak optycznie się zmniejszać (lub poszerzać) za pomocą koloru czarnego i białego:
Uwierzycie, że czasami nawet robię sobie notatki?
Niby są to oczywiste rzeczy, ale nie dla mnie. Tak odkrywcze były dla mnie np. to, że jeżeli dzielę sylwetkę liniami np. dekolt, bluzka, spodnie i te linie są widoczne to optycznie jeszcze bardziej się skracam. Zwracam na to teraz uwagę i wg mnie wyglądam smuklej.
W komponowaniu stroju staram się podkreślać moje atuty, a chowam to co chcę ukryć. Po filmiku Magdy zaczęłam jeszcze bardziej stosować tę metodę, czyli tam, gdzie chcę coś podkreślić zakładam jasny kolor, a tam gdzie chcę ukryć to zakładam ciemny. Czyli prawie zawsze mam na dole ciemny dół. Wyjątkiem są brzoskwiniowe spodnie, które kupiłam jeszcze przed tym, kiedy o tym się dowiedziałam.
Przestałam je lubić tuż po pierwszej ciąży i chodzę na zakupy jak muszę już coś sobie kupić (a i tak najczęściej wychodzę z torbą pełną ciuchów dla dzieci). Nie mam za bardzo czasu chodzić po galeriach i szukać ubrań dla siebie, więc najczęściej w wolnej chwili przeglądam sklepy internetowe, ale bardzo rzadko kupuję coś online. Najczęściej sprawdzam, czy dana rzecz jest dostępna w sklepie stacjonarnym i jadę ją przymierzyć.
Według mnie to nic specjalnego, ale jakoś nie mam czasu ani chęci na bardziej odważne stylizacje i połączenia. Szukam jeszcze długiej ciemnej kamizelki żeby zbudować linię ramion i wysmuklić tułów.
Zapytacie pewnie jakie sklepy odwiedzam.
COS
Zaglądam online, a później jadę do warszawskiego Klifu i mierzę. Uwielbiam stamtąd T-shirty (TUTAJ), bo po kilku miesiącach użytkowania wciąż wyglądają ok. Mam również dwie sukienki, które czasami noszę.
Mango
Najczęściej przeglądam w aplikacji na telefonie, ale i tak zazwyczaj jadę daną rzecz przymierzyć. Wszystkie jeansy (5 par) mam właśnie z Mango. Mam wrażenie, że jakość ich ubrań mocno się poprawiła (albo Zara tak bardzo się zepsuła). Lubię tam zaglądać i często znajduję tam coś dla siebie.
Spodnie Mango, kurtka Mango, koszula H&M (która ma 5 lat)
Mohito
Zaglądam tam dość często, ale naprawdę fajnych ubrań (które nie są bardzo „dziuniowate” i nie są wykonane ze 100% poliestru jest niewiele), ale czasami trafi się taka perełka jak np. te swetry za 79 zł 100% bawełny. Mam też stamtąd trench i kilka bluzek, ale trzeba zawsze patrzeć na skład.
H&M
Lubię bluzki koszulowe stamtąd i wszystkie, w których obecnie chodzę są właśnie z tego sklepu. Również przeglądam w aplikacji, a później szukam w sklepie.
Zara
Obraziłam się na ten sklep i bardzo rzadko tam zaglądam. Jakość mają taką, że już mnie wkurza chodzenie z reklamacjami. Czy też tak macie?
DANHEN
Polska marka, którą odkryłam dopiero rok temu. Mam jedną kopertową bluzkę z wiskozy, która genialnie się pierze, prasuje i nosi. Cały czas do nich zaglądam żeby wypatrzyć sobie coś nowego.
Miszkomaszko
Uwielbiam wzornictwo, ale ostatnio jakoś nie chodzę w ich sukienkach. Czekam na syreni wzór i może mi się odmieni.
Kocham trampki Chipie (właśnie zamówiłam nową parę z Limango w kolorze czarnym)
Uwielbiam mokasyny Minnetonka, które niestety nie są dostępne w PL. Znajoma kupiła mi w USA piękne czarne, ale są za małe 🙁 Może ktoś chce przygarnąć? (rozmiar 38 o TE)
Na teraźniejszą aurę mam kalosze, sztyblety IGOR
A na zimę UGG
Obecnie non stop chodzę z torebką Mammania
Od pół roku mam model Gwen i jestem to jedyna torebka, w którą pakuję rzeczy dzieci i moje. Ma idealne dla mnie gabaryty i sporo kieszonek. Myślę, że jeszcze długo z nią będę chodzić.
To teraz zdradzę Wam jeszcze jeden patent, który stosuję od dłuższego czasu. Mam np. skórzaną kurtkę i nie bardzo wiem do czego ją nosić. Wiecie co robię? Wrzucam w Pinterest frazę: „How to wear biker jacket” i mam tyle stylizacji do wyboru do koloru, że na bank coś sobie znajdę pasującego do mojej sylwetki z zasobności szafy.
O tym gdzie kupuję ubrania dla dzieci pisałam we wpisie jak Ubrać dzieci modnie i wygodnie
A Wy jak sobie radzicie z zakupami? Zdradźcie też swoje ulubione sklepy 🙂
Pokój dla rodzeństwa – jak go zaprojektować żeby był funkcjonalny i rozwijający dla dzieci? Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, zaczęłam myśleć o tym, jak się pomieścimy w naszym 50 – metrowym mieszkaniu. O ile w pokoju dla jednego dziecka nie mieliśmy problemu z rozmieszczeniem łóżka czy też komody z zabawkami, tak z pokojem dla rodzeństwa mieliśmy sporą zagwozdkę.
Jak urodził się Junior, wiedziałam, że będzie z nami w pokoju. Chciałam mieć go jak najbliżej siebie i kosz Mojżesza postawiliśmy blisko naszego łóżka. Nie miał zbyt wielu swoich rzeczy, więc spokojnie zmieściliśmy je w komodzie.
Później, kiedy przybywało mu zabawek, a nasz salon, w którym śpimy zaczął się kurczyć, zaczęłam myśleć o tym, żeby w Lilki pokoju zorganizować mu kilka półek na zabawki. Cały czas spał z nami, ale coraz więcej czasu przebywał w pokoju siostry.
Ja zawsze bardzo się cieszę, ale jednocześnie jest mi też trochę smutno, że dzieci tak szybko rosną. Kiedy pomagaliśmy Juniorowi zdmuchnąć pierwszą świeczkę na torcie, to uczucie się we mnie jeszcze mocniej obudziło.
Mój malutki synek już chodzi, gada jak najęty i mówi teraz, że ma „jeden lat”, zjada sam jajecznicę w ekspresowym tempie i prosi o swoją „kawę”. Ściska mnie trochę w dołku, że ten czas tak szybko leci i te etapy przechodzi jak burza. Ja chyba do końca nie jestem na to przygotowana i każdą chwilę, kiedy jest jeszcze malutki, celebruję jeszcze bardziej, bo wiem, że one też niedługo przeminą.
Tak właśnie było też z Julka „wyprowadzką” do pokoju siostry. Lekko odciągałam to w czasie, żeby nie dać mu jeszcze pełnej niezależności. Całe dnie spędzał u niej w pokoju, ale noce wciąż był ze mną. Wspominałam Wam, że nasza mleczna droga niedawno się skończyła i żeby zająć głowę, zaczęliśmy myśleć o pokoju dla rodzeństwa.
Pokój przedszkolaka:
Pokój dla rodzeństwa to nie jest wcale taki prosty temat. Zwłaszcza, że między naszymi dziećmi jest spora różnica wieku (3,9) oraz różnią się płcią. Każde jest na totalnie innym etapie rozwoju ruchowego i psychicznego. Mają inne zainteresowania i potrzeby.
Szukałam na własną rękę różnych rozwiązań, przeszukałam cały internet i gazety wnętrzarskie. Żaden pokój dla rodzeństwa nie zrobił na mnie takiego wrażenia, że mogłabym zastosować te rozwiązania u siebie. Stwierdziłam, że poproszę o pomoc fachowca. Jednak uprzedziła mnie moja czytelniczka, Agata, która jest projektantką wnętrz w Pracowni Projektowania Wnętrz A+A Kids (zobaczcie ich genialne realizacje), a prywatnie jest mamą dwójki dzieci z podobną różnicą wieku jak moje.
Zaproponowała mi swoją pomoc. Nie dość, że „zna” nas z bloga, wie, co lubimy, to jeszcze sama na podstawie doświadczeń ze swoimi dziećmi miała dla nas kilka rozwiązań. Spotkałyśmy się kilka razy i w przerwach w rozmowie o książkach, metodzie Montessori i gadżetach dziecięcych rozmawiałyśmy o naszym pokoiku.
Tak wygląda docelowy projekt pokoju dla rodzeństwa, który będzie pewnie gotowy na początku roku.
Cudowną tapetę w gruszki zaprojektowała Beata Dejnarowicz
Jest to wszystko, na czym mi zależało. Idealny pokój dla rodzeństwa w różnym wieku. Lila marzyła od zawsze o piętrowym łóżku i uznałyśmy, że to jedyna okazja żebyśmy mogły jej marzenie spełnić. Chciałam też, żeby miała swoją kryjówkę przed bratem, czyli do zabawy małymi rzeczami, których nie będzie jej zabierał. Dlatego też zmieniamy biurko na wyższe. Przy niskim stoliku przeszkadza jej przy pracy. Będzie też miała wyżej swoje półki, które będą poza zasięgiem młodszego współlokatora. Postawiłyśmy wykorzystać przestrzeń wkoło okna na półki i półeczki. Zamiast zasłon będzie roleta, która powiększy pokój.
Na górze będzie pawlacz na zabawki, które zmieniam co kilka tygodni. W końcu szafa w salonie opustoszeje.
Strefa Julka będzie na jego łóżku oraz obok. Dzięki mobilności będzie można je ustawiać w dowolny sposób. O tym projekcie będę jeszcze pisać nie raz.
Chciałam podzielić go na dwa razy, żeby nie mieć wyłączonego pokoju przez kilkanaście dni.
Pierwszy etap już za nami i dziś się Wami nim podzielę. Nasz pokój dla rodzeństwa jest gotowy.
Pokój Lilki był pomalowany zwykłą satynową farbą, która niestety nie do końca spełniała swoje funkcje. Wybierała nam ją ekipa remontowa, która nie wzięła pod uwagę tego, że będzie tam mieszkało dziecko. My się kompletnie na tym nie znamy, więc zaufaliśmy im w 100 %. Po 1,5 roku od malowanie ściany wyglądały niezbyt świeżo.
Z Agatą doszłyśmy do wniosku, że zrobimy coś zwariowanego i dodamy dzieciom trochę koloru na ścianie. Długo nie trzeba było mnie namawiać kiedy usłyszałam jedno słowo: „OMBRE”, czyli ściana, która zaczyna się od najciemniejszego koloru, a kończy na najjaśniejszym. Ten pomysł wydał mi się genialny!
Mój wybór padł na markę Beckers, która zgodziła się wziąć udział w tym odważnym malowaniu. Po wielu rozmowach uznaliśmy, że to właśnie te farby najlepiej będą się nadawały do naszego remontu. Dlaczego? Przede wszystkim mają farby, które są antyalergiczne bez zawartości Lotnych Związków Organicznych. Mają też atesty i certyfikaty. Spodobały mi się też sprytne, ekologiczne opakowania brainy pack, które można wykorzystać do ostatniej kropli i są niesamowicie ergonomiczne: łatwo się je nalewa na tackę lub do sprężarki.
Najpierw ściany zagruntowaliśmy Beckers Designer Primer później pomalowaliśmy na biało Beckers Designer White, na koniec Pani Dorota za pomocą sprężarki zrobiła efekt ombre farbą Beckers Väggfärg 7 z mieszalnika, kolor NCS S 2070Y10R.
Kiedy miałam już wybrane farby, kolor z palety NCS to nie mogłam znaleźć fachowca, który pomaluje w taki sposób ścianę. Przecież ekipa remontowa nie będzie bawić się w takie niuanse. Myślałam, szukałam, pytałam i w końcu znalazłam osobę, która zajmuje się artystycznym malowaniem ścian.
Pani Dorota kiedy tylko usłyszała o moim pomyśle, od razu się zgodziła. Zajęła się również wszystkimi pracami, czyli malowaniem sufitu, dwukrotnym pomalowaniem ścian na biało i na koniec jako wisienkę na torcie wyczarowała nam ombre na ścianach.
Jestem niesamowicie zadowolona z tego efektu! Gradient sięga odrobinę wyżej niż widać na zdjęciu i przechodzi płynnie do białego.
Malowanie trwało 3 dni, a my w tym czasie żyliśmy w komunie w naszym salonie. Ciekawe doświadczenie;) Nie musieliśmy się wyprowadzać z mieszkania, bo farby Beckers są praktycznie bezzapachowe i nie było czuć typowego zapachu farby.
Pierwszy etap naszego remontu już za nami, a ja z naszych rzeczy oraz kilku nowych dodatków zrobiłam dzieciom pokój, który będzie im służył do momentu realizacji projektu architekt. Trochę to potrwa, dlatego chciałam żeby ten pokój dla rodzeństwa był już w pełni funkcjonalny. Dzieciom bardzo podoba się kolor na ścianach i to, że Julek śpi razem z Lilą. Oni są tak samo podekscytowani jak my i na razie o dziwo siedzą w swoim pokoju, a nie na nas (jak dotychczas).
Po tej przeprowadzce mam wrażenie, że Julek urósł o kilkanaście centymetrów.
Cieszę się też, że remont rozłożyliśmy na dwa etapy. Dzięki temu możemy spokojnie myśleć o końcowym efekcie. Wcześniej myślałam, że sama ze wszystkim dam radę sama: z projektem, malowaniem itd. Jestem zadowolona, że oddałam te funkcje profesjonalistom. Wszystkie produkty Beckers sprawdziły się znakomicie przy tym niestandardowym malowaniu i jestem przekonana, że dzieci długo będą mogły bawić się w pokoju ze słoneczną łuną na ścianach.
Muszę przyznać, że tegoroczna jesień lekko nas zaskoczyła. Ze strojów kąpielowych, które nosiliśmy nad Bałtykiem przeszliśmy od razu do kaloszy i płaszczy. Nie ukrywam, że się na to nie przygotowaliśmy i trochę nam żal. Ciągle mam cichą nadzieję, że jesień się zreflektuje i będzie nam dane cieszyć się słoneczną, jesienną pogodą.
Wrzesień, październik i listopad to miesiące, w których wciąż na coś czekam, więc dziś chciałabym Wam pokazać trochę inspiracji, które napędzają mnie do działani i skreślania dni w kalendarzu.
Kiedy zobaczyłam pierwsze wizualizacje, aż zaniemówiłam z wrażenia.
Na placu wybudowana zostanie sieć tuneli, górek i mostków. Teren wyposażony zostanie w ścieżkę sensoryczną oraz różne budowle, np. altankę z dachem ze strzechy, tematyczny domek z kuźnią, piecem kaflowym, kowadłem i paleniskiem czy łódkę. Opiekunowie najmłodszych dzieci będą mogli korzystać z huśtawki, na której jednocześnie buja się dorosły i dziecko
Specjalnie zadzwoniłam do Zieleni Warszawskiej, aby zapytać kiedy będzie gotowy. Termin oddania to koniec października, ale ZW przewiduje opóźnienie.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążymy przed śniegiem pobawić się na tym placu zabaw.
Ależ długo kazali na siebie czekać! Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że okaże się tak dobry. Trzyma w napięciu, fajnie nakręcony, bez sztywnej gry nastolatków. Wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki.
Nowy sezon już 22 października
Czekam na kolejny sezon i doczekać się nie mogę. Kto jeszcze go nie oglądał, to polecam. Serial jest o relacjach rodzinnych. Niesamowita historia trojaczków, która przedstawiona jest dwutorowo – czasami przenosimy się do przeszłości, a czasami jesteśmy w czasie teraźniejszym kiedy mają 36 lat. Genialnie nakręcony serial, który ogląda się jak film. Ten serial obejrzeliśmy jednym tchem – mam nadzieję, że kolejne odcinki również takie będą.
Nowe odcinki już 26.09
Oj lubimy ten serial! Już ósmy sezon, a wciąż trzyma poziom. Wiele razy rozbawił mnie do łez, pomógł się oderwać od wielu spraw i sprawił, że trochę inaczej patrzymy na nasze rodzicielstwo. To serial o patologicznej rodzinie, która ma wiele problemów. W niektórych momentach jest dość mocny i przerysowany. Bardzo go polecam, bo naprawdę jest tego wart.
Zapowiada się wspaniała książka dla maluchów! Wiola, z wykształcenia logopeda, a znacie ją pewnie z bloga matkawariatka.pl napisała książkę dla dzieci. Nie mogę się jej doczekać, bo zapowiada się naprawdę ciekawie.
Książka będzie w sprzedaży od 20.09
Kartonowa wersja książki, która ma niesamowity rytm i sporo wyrażeń dźwiękonaśladowczych, które są u nas na topie.
Pięknie ilustrowana książka o historii Coco Chanel. Chcę ją podarować Lilce.
Dostępna od połowy września.
„Klara i Emilia, zachęcone przez mamę, zaczynają chodzić na lekcje baletu. Wkładają przepiękne szeleszczące suknie i białe, mięciutkie baletki. Szybko okazuje się jednak, że balet wymaga ciężkiej pracy. Baletnice to opowieść o dziecięcych marzeniach i wytrwałości w dążeniu do wyznaczonych celów. Książka jest ilustrowana oryginalnymi obrazami Edgara Degasa.”
To może być coś pięknego!
Dostępna od 16.10
Czekam też (jak na szpilkach) na nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego. Poprzednie pochłonęłam dosłownie w kilka dni. Nowa książka o tytule „Jak zawsze” ukaże się w listopadzie. Mam nadzieję, że dzieci będą łaskawe i dadzą mi szybko przeczytać;)
Czekam też na kultowy wzór od Miszkomaszko w syreny! Kto wie, może Julowi też coś nabędę i będzie jak tryton:)
Muszę Was zapytać, czy też na coś czekacie? Jeżeli tak, to podzielcie się w komentarzu:)
Jak tam Mamy, odpoczęłyście na wakacjach? Jeżeli i Wam po takim pytaniu rysuje się na zmęczonej twarzy nerwowy uśmiech, to ten wpis jest dla Was. Co to znaczy „odpoczynek” w słowniku kobiety, która ma na głowie dom, dziecko, pracę, męża, czasem nawet jakieś zwierzę domowe? Czy „odpoczynek mamy” jest oksymoronem, w którym jeden wyraz przeczy drugiemu i odwrotnie?
W ubiegłym tygodniu byłam sama z dziećmi i kiedy wrócił mój mąż, poszłam załatwić kilka spraw. Tak naprawdę chciałam pobyć chwilę sama, a przy okazji odebrać przesyłkę na poczcie.
Przede mną stało 5 osób. Każdy z nich miał swoje sprawy i czekał cierpliwie w kolejce. Pan, który stał na samym początku wyciągnął z przepastnej, niebieskiej torby, którą ostatnio podrobił Balenciaga około 120 listów.
Pani przede mną aż uniosła wzrok ku mrugającym jarzeniówkom i głośno westchnęła. A ja w duchu aż poskoczyłam z radości: „Yeeeessss, dodatkowe 20 minut dla mnie” i wyciągnęłam z torby ulubioną gazetę, do której nie miałam czasu zajrzeć od tygodnia.
Czas niestety leciał za szybko, a Pani w okienku kończyła stemplować przesyłki. Podeszłam do okienka, wyjęłam awizo. Byłam już tak padnięta, że ledwo widziałam na oczy, ale nie pomyliłam tego papierka z receptą. Pani przyniosła moją paczkę i podała mi blankiet do podpisania.
Z pierwszymi poradziłam sobie bez najmniejszego problemu, bo gdybym tego automatyzmu nie dała rady napisać, to już bym prosiła o telefon na pogotowie z podejrzeniem udaru. Ale kiedy przyszło mi napisać datę, to autentycznie miałam pustkę w głowie. Zaczęłam liczyć, dodawać, odejmować.
Miałam rozładowaną moją pamięć zewnętrzną, mój mózg, który zawsze mam pod ręką (czyt. telefon). Zakłopotana zapytałam Panią w okienku: „Który dziś?”. Pani rzuciła tylko: „Ósmy”. Zaczęłam kreślić ósemkę, miesiąc jakoś ogarnęłam – bez przesady, aż tak źle ze mną nie jest. Następnie napisałam „20..” i tu się zatrzymałam.
Zmarszczyłam brew, spojrzałam do góry, głośno westchnęłam. Nie uwierzycie, poziom mojego zmęczenia sięgnął zenitu, bo do jasnej Anielki nie byłam w stanie, przez dłuższą chwilę przypomnieć sobie, czy jest rok 2007 czy 2017. Aż mi się gorąco zrobiło! W końcu przywołałam rok urodzenia Juniora i wtedy już wiedziałam. Ale to co działo się ze mną przez tamte chwile przeraziło mnie na dobre.
czytaj: jesteś złym, leniwym rodzicem i najpewniej Twoje dzieci od rana do nocy oglądają bajki
Tamten dzień był wyjątkowy, bo dosłownie dałam z siebie WSZYSTKO dzieciom, pracy i mężowi. Nic nie zostawiłam dla siebie.
To błąd, który popełnia wiele mam. Tak bardzo chcemy wszystkich wkoło zadowolić, że nic lub prawie nic nie zostawiamy dla siebie. Dlaczego?
Nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie.
Zgadzacie się? Nie mam nawet myśli przesadnego dbania o wygląd. Tylko takiego ogólnego bycia dla siebie dobrą. Macie z tym problem? Ja już nie mam.
Pamiętacie mój wpis o wrażliwych dzieciach? Każda z Was była zdziwiona ostatnim punktem. Przytoczę go:
13. DBANIE O SIEBIE – wiem, że zabrzmi jak banał, ale rodzice małych wrażliwców MUSZĄ bardziej dbać o siebie. Kiedy to tylko możliwe muszą mieć szansę na odreagowanie, zrelaksowanie, odpoczynek i czas dla siebie. Bez tego nie będą w stanie reagować na taki ładunek emocji od dzieci.
Czy Wy też oddajecie dzieciom ostatni kawałek ciastka, mimo tego, że zjadły przed chwilą swoje?
Czy zostawiacie swoje sprawy żeby pomóc dziecku? Jesteście na każde zawołanie?
Spełniacie potrzeby, prośby, zachcianki?
Jesteście przy dziecku kiedy ma świetny humor i kiedy od samego rana wszystko jest na „NIE”?
Ja też i gdybym nie miała czasu na regenerację nie byłabym w stanie być tą uśmiechniętą Mamą, którą zawsze chciałam być. A nie tą sfrustrowaną, którą denerwuje własne dziecko.
Spędza sama weekend w SPA, pije drinki z parasolką i ma więcej niż godzinę dziennie na czytanie książki.
Do spa na weekend wolę pojechać z rodziną i znaleźć tam trochę czasu dla siebie:)
YYY, osobiście nie znam takiej Mamy.
Już dawno doszłam do wniosku, że taki wyjazd nie jest dla mnie, chociaż w sferze marzeń wielu kobiet tak to właśnie wygląda. Tak sobie wyobrażają ODPOCZYNEK.
Myślę, że nie ma co aż tak wyolbrzymiać swoich oczekiwań. Chyba, że naprawdę o czymś takim marzycie to ok. Jednak utożsamianie odpoczynku absolutnego z takim właśnie wyjazdem może być frustrujący, że w swoim matczynym życiu nic „tylko dla Was” nie czeka.
„Shantaram” może przeczytam za dwa lata;)
Tylko się dołowałam. Przeglądałam fotki Mam w sieci i popadałam w frustrację, że np. ta z Nebule była tam i siam i nawet kawkę w hamaku było dane jej wypić i gazetę poczytać. A moja kawa już lodem się skuła. Albo jak ona te pazury ma zawsze na najmodniejszy kolor zrobiony i nawet nie odpryśnięty? A ja nie mam niani i na 3 h na manikiury i pazikiury pójść nie mogę, a Shantarama czytam już drugi rok.
Na kartce wypisałam, co w moim życiu jest tylko moje. Co sprawia mi przyjemność i dodaje powera? Jak odpoczywam? Co robię dla siebie?
W poszukiwaniu czasu dla mnie zapisałam się nawet na siłownię. Uznałam, że skoro nie mogę znaleźć czasu dla siebie to go sobie zwyczajnie kupię. Jednak po dwóch wizytach stwierdziłam (po raz kolejny), że to nie jest moja bajka i tylko bym się wpędzała w kolejne poczucie winy, kiedy mam iść na trening, a mój mąż musi zostać w pracy. To nie dla mnie.
Zaczęłam ćwiczyć w domu. Każdą drzemkę Juniora przeznaczam na pracę, więc nie mogę w tym czasie ćwiczyć. Uzgodniłam więc z mężem, że 3 razy w tygodniu będzie zabierał dzieci sam na podwórko. Do tej pory chodziliśmy razem, bo to naprawdę fajny czas kiedy możemy być we czwórkę. Jednak uznałam, że bardziej potrzebuję tego czasu tylko dla siebie. Z resztą to tylko 40 minut.
Wkręciłam się również w samodzielne robienie paznokci hybrydowych. Dzięki temu mam piękne paznokcie przez 10 dni, a sam proces ich robienia relaksuje mnie i pozwala odpocząć od codziennych spraw. W trakcie malowania słucham podcastów, webinarów lub filmików na youtube.
Jak wiecie jestem też kosmetycznym freakiem. Uwielbiam testować nowości, czytać recenzje i szukać kosmetyków idealnych. Każdy dzień rozpoczynam od pielęgnacji. Nie mam dużo czasu, a czasem prawie w ogóle, więc stawiam na moje pewniaki, które nie zabierają dużo czasu. Naprawdę widzę zależność – im bardziej dbam o siebie i więcej czasu poświęcam własnej osobie to jestem bardziej cierpliwa i miła dla innych.
Często rano nie mam nawet jak się wykąpać, bo wolę się porządnie wyspać niż wstawać przed wszystkimi. Dlatego np. po śniadaniu wstawiam krzesło do karmienia z Juniorem w środku do łazienki i on mi towarzyszy podczas kąpieli. Samego nie mogłabym go zostawić, bo ma obecnie fazę „Na Kukuczkę” i w 8 sekund jest w stanie wejść na stół.
W tym terminie zawiera się nie tylko OCZYSZCZANIE zewnętrzne, ale również duchowe. To, że sobie przecieram rano i wieczorem twarz płynem micelarnym wpływa na mnie relaksująco. Mam czas dla siebie (chociaż to 2 minuty) i oddam go później innym z uśmiechem. A nie wiecznym grymasem, że: „Nawet nie mam się jak wykąpać”.
Zmywam makijaż jak dzieci siedzą w wannie lub się bawią. Tonizuję skórę twarzy chwilę po tym. Krem wklepuję jak wsuwają śniadanie. Rozczesuję włosy jak na chwilę przysiądą poczytać książki. Wydaje się, że to są tylko minuty i w tym czasie nie da się odpocząć jak w SPA w weekend, ale kiedy zsumujemy z całego tygodnia te wszystkie czynności tylko dla siebie, to wyjdzie podobnie. Naprawdę!
A przy okazji dbam o swoją skórę, która z wiekiem stała się bardziej wymagająca. Często kobiety (w tym Mamy) o tym zapominają! Dla mnie to było ODKRYCIE: jeżeli nie zmyję dobrze makijażu, nie użyję toniku to ten krem, który tak sumiennie wklepuję pod zmęczone powieki zwyczajnie nie zadziała na 100%!
Dobre oczyszczanie to ponad 50% sukcesu. Tonik pozwala naszej skórze wrócić do prawidłowego funkcjonowania. przywraca jej naturalne pH, które woda kranowa zwyczajnie zaburza. Całkiem nieświadomie utrudniałam sobie kolejne kroki pielęgnacji. Ale teraz już wiem:)
Chwilka na kawę i parę przeczytanych zdań pozwalają mi odpocząć i być myślami gdzieś indziej. Jednocześnie zakładam sobie, że mogę tego nie dokończyć.
Same powtarzanie sobie, że może się uda, nie powoduje takiej złości jak ktoś mi przerwie w połowie. Zdarzyło mi się chodzić np. z pomalowanymi paznokciami na jednej stopie przez dwa dni, bo akurat nie miałam jak dokończyć.
Jeżeli też tak masz, to wiedz, że inne Mamy mają podobne dylematy. Próbują rozciągać dobę, która nie jest z gumy i walczą z czasem. Lubię też mój tryb „oszczędzania energii”. Włączam go, kiedy wiem, że przed mną jest ciężki dzień.
Do napisania tego wpisu zachęciła mnie marka tołpa, która zwraca uwagę na z pozoru tak banalną czynność, jaką jest oczyszczanie skóry twarzy. A to kluczowy krok w codziennej pielęgnacji.
Czasami popełniamy błędy, z których sobie nawet nie zdajemy sprawy. Warto ten temat eksplorować. Razem chcemy Was zachęcić do pogłębienia tego tematu i naprawy codziennych rytuałów oczyszczania. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ
Mam dla Was również niespodziankę od marki tołpa – wyjątkowy rabat „nebule17” -20% na zakupy na stronie tolpa.pl
Kod nie łączy się z innymi promocjami i kodami rabatowymi w ramach jednego zamówienia. Kod jest ważny do 23.09.2017 r.
*wpis powstał w ramach współpracy z marką tołpa
Jeżeli potykacie się w domu o zabawki, a wieczorem nikt nie jest chętny do sprzątania pokoju, który wygląda jak po wybuchu bomby – to ten wpis jest dla Was. Pokażę Wam jak w prosty sposób nad tym zapanować.
Często dostaję od Was wiadomości: „Jak to jest, że u Was jest tak mało zabawek na półkach, a tak dużo różnych rzeczy pokazujesz?”, „Jak zapanować nad bałaganem w zabawkach? albo „Moje dziecko niczym się nie bawi, a ma mnóstwo zabawek”
W dzisiejszym wpisie pokażę Wam bardzo proste rozwiązania, które stosujemy w domu od samego początku. Sporo z nich jest zaczerpniętych z pedagogiki Marii Montessori, a inne są wypróbowane przez nas (metodą prób i błędów).
Zaznaczę też, że u nas również czasami często nie da się przejść i zabawki leżą na podłodze. To normalne! Nie chodzę za dziećmi i nie pilnuję żeby odkładały każdą rzecz na półkę lub proszę aby bawiły się jedną rzeczą jednocześnie (absurd! a przy dwójce dzieci niewykonalne). Jednak dzięki tym sposobom jest „w miarę”, gdybym ich nie stosowała byłoby zdecydowanie gorzej.
Wszędzie zabawki! Dostajemy je przy każdej wizycie gości, wciskają ją nam za zakupy na stacji benzynowej, w prawie każdej gazetce dla dzieci również znajdziemy zabawkę. Naprawdę, nic dziwnego, że dzieci mają ZABAWEK NAPRAWDĘ DUŻO!
Nam się może wydawać, że to nic takiego, ale nadmiar zabawek działa na dzieci ROZPRASZAJĄCO. Zamiast bawić się tym co mają, nie mogą się skoncentrować na jednej rzeczy i w rezultacie nie bawią się niczym.
U swoich dzieci też to często obserwuję i wygląda to mniej więcej tak: po śniadaniu (najlepszy czas koncentracji) kiedy jesteśmy w domu i nigdzie nie wychodzimy dzieci chodzą z kąta w kąt i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Towarzyszą mi wtedy wszędzie i widzę, że się nudzą. Wtedy wiem, że muszę ZNÓW się wziąć za sprzątanie w zabawkach (a robię to średnio raz w miesiącu).
Nie robię tego nigdy w złości, za to, że jest bałagan. Najczęściej proszę męża żeby zajął się dziećmi, a ja mam wtedy trochę czasu żeby to zrobić.
Czym się kieruję przy zamianie: najczęściej zainteresowaniami dzieci i ich okresami wrażliwymi. Przeglądam zabawki w mojej magicznej szafie, którą pokażę Wam na koniec i wybieram te, które będą odpowiednie do wieku oraz umiejętności. Julkowi często zdejmuję coś „na próbę”, jeżeli widzę, że sobie z czymś zupełnie nie radzi to chowam zabawkę na później. Jeżeli zabawka nie jest dostosowana do wieku to najczęściej leży na podłodze.
Naprawdę nie ma sensu trzymać na półkach lub w koszach zabawek, z których dzieci wyrosły np. w naszym przypadku grzechotek, gryzaków itd.
Taka zabawka nie jest interesująca i z pewnością od razu wyląduje na podłodze. A nas będzie tylko wkurzać!
Zabawki za trudne i niedostosowane do umiejętności również szybko wylądują na podłodze. Zdecydowanie lepiej żeby zabawek było mniej, ale żeby wspierały rozwój dziecka.
Jeżeli Twoje dziecko ma sporo zabawek, a niczym się nie bawi to może zabawki są źle wyeksponowane. Najlepsze są półki, które są na wysokości oczu dziecka. Wtedy jest największe prawdopodobieństwo, że dziecko po coś sięgnie. Nie może mieć również trudności ze zdjęciem/odłożeniem zabawki na miejsce, bo to utrudnia użytkowanie.
Najlepiej sprawdzają się niskie koszyczki lub tacki. Dziecko wtedy widzi zawartość i łatwiej będzie mu wziąć do ręki, to co akurat chce. Jeżeli koszyk, pudełko jest wysokie to najprawdopodobniej dziecko wyrzuci wszystko na podłogę żeby odnaleźć jedną, potrzebną mu rzecz. Z tacki, czy niskiego koszyczka może bez problemu wziąć, to co akurat potrzebuje.
Będzie mu też łatwiej wziąć całość na dywan lub do stolika i na koniec do niego posprzątać. Niby jest to takie proste, ale wielu rodziców o tym nie wie. Spróbujcie, może i u Was się sprawdzi.
Zobaczcie jaka jest różnica:
W jasnym koszyczku wszystko widać, dziecko weźmie jedną zabawkę lub cały koszyk i postawi na podłodze. Zielony najprawdopodobniej zdejmie i wyrzuci z niego wszystko, bo nic w nim nie widać.
Lili sposób na ułożone Lego, które może przenosić i się nim bawić.
Klocki, o których pisałam Plus plus
To właśnie klocki „robią” nam największy bałagan. Pokażę Wam nasze patenty.
1.Skrzynka na Lego Duplo, w której łatwo jest znaleźć klocki. Nie trzeba wysypywać całej zawrtości na podłogę. Wystarczy dobrze zamieszać ręką i już mamy to, czego potrzebujemy. Dla kontrastu pokażę Wam kosz, który też jest dedykowany do Lego. Kupiłam go zupełnie bezmyślnie. Nie da się w nim nic znaleźć i dzieci za każdym razem wysypywały klocki na podłogę. A na koniec każdy był zbyt zmęczony żeby je składać;) Teraz ten pojemnik służy nam za kosz na śmieci. Nasza TUTAJ
Dla porównania:
Sprytny worek, który można powiesić na wieszaku na ścianie lub wsunąć pod łóżko. Kiedy rozłożymy go na płasko służy jako mata. Oczywiście, kilka klocków zawsze ląduje po za nią, ale jest ich zdecydowanie mniej. Worki TUTAJ
Sprawdzają się u nas również różne małe walizeczki. Szczególnie u Lilki, która ma sporo swoich małych rzeczy, które chowa przed bratem. Jest to naprawdę fajne rozwiązanie. Jak ma chęć pobawić się np. swoimi laleczkami Lori (TUTAJ), to bierze walizkę i idzie np. na łóżko. Po skończonej zabawie wszystko składa i zamyka. Bałaganu brak.
Małe Lego trzymamy też w pojemniku pod łóżkiem. Jest z nim trochę więcej zachodu, bo ciężko się otwiera. Po za tym Lila bawi się nimi, kiedy młodszy brat śpi.
Dobrze pod tym względem sprawdza się też stolik edukacyjny Janod (napisze o nim we wpisie z obecnymi zabawkami Jula). Każda rzecz ma swoje miejsce i dzięki temu naprawdę łatwo uporządkować jego elementy.
Przyznam Wam się szczerze, że mam też takie zabawki, których nie znoszę i wyjmuję je najczęściej wtedy kiedy mogę nad nimi zapanować, czyli jak siedzę na dywanie. Nie jestem straszną pedantką, ale naprawdę nic mnie tak nie doprowadza do szału jak zgubiony element zabawki np. matrioszki.
Jul obecnie uwielbia ją rozkładać, ale nie potrafi jej złożyć i każdą część znajduję w innej części mieszkania. Moje ciśnienie mocno się wtedy podnosi, dlatego daję mu tę zabawkę jak siedzę obok. Tak samo jest z basenem z kulkami – wyjmuję go tylko co jakiś czas i na jakiś czas. Po pierwsze zajmuje dużo miejsca, a po drugie kulki są wtedy wszędzie. Dzieciom też szybko się nudzi, dlatego go chowam do komórki.
Najważniejsza zasada utrzymania małej ilości zabawek na półkach. Średnio raz w miesiącu zmieniam, to co jest na półkach. Jeżeli widzę ogromne zainteresowanie jakąś zabawką, to jej oczywiście nie chowam. Staram się aby na jedną aktywność była jedna zabawka, a nie dwie czy trzy np. dwa podobne kulodromy czy sortery kształtów. Wyjmuję je zamiennie.
Nie wyjmuję dwóch kulodromów na raz, tylko wybieram jeden. Drugi czeka w szafie.
Czasami np. w takie deszczowe dni jak dziś Lila mnie prosi żeby zdjąć „coś z góry”. Wtedy wyjmuję coś zapomnianego.
Podsumowując, jeżeli uważacie, że Wasze dzieci mają za dużo zabawek i niektórymi już się nie bawią, spróbujcie zastosować moje sposoby:
Tak wygląda moja szafa w salonie. Zabawki zajmują trzy duże półki.
Niedługo robimy wielki remont pokoju i wtedy może uda nam się wkomponować w przestrzeń pokoju miejsce do przechowywania.
Jeżeli uważasz, że ten wpis może przydać się Twoim znajomym, śmiało – możesz go udostępnić.
Chciałabym mieć czysty dom, uśmiechnięte dzieci, dwudaniowy obiad na stole, dużo czasu dla siebie, wymodelowane włosy i wewnętrzny spokój. Tymczasem najczęściej z tych wszystkich rzeczy mam tylko jedną rzecz na raz. Brzmi znajomo?
Albo uśmiechnięte dzieci, które swobodnie rozrzucają zabawki po domu albo podłogę czystą jak łza i dzieci, za którymi chodzę krok w krok. Do znudzenia proszę o zabawę tylko jedną zabawką, a na koniec odłożenie jej na miejsce. To jedyny sposób na porządek mając w domu dzieci. Jest to dla mnie totalna abstrakcja, bo dom to nie muzeum, ani przedszkole. Albo skomplikowany obiad z deserem albo mój wewnętrzny spokój, który znika, kiedy zaczynam gotować.
Może są mamy, które wstają na godzinę przed dziećmi, czyli pewnie około 5. Piją kawę w spokoju, biorą prysznic bez ciekawskich oczu zza drzwi. Układają włosy, robią pełny makijaż. Przygotowują skomplikowane śniadanie i czekają z uśmiechem na pobudkę swoich dzieci i męża. Pranie robi się u nich samo, jedno na tydzień i do razu po wysuszeniu samo układa się w szafie. Ich dzieci przecież się nie brudzą.
Cały dzień z uśmiechem bawią się ze swoimi dziećmi, a kiedy zasną robią mordercze treningi na fit sylwetkę. W międzyczasie, bez żadnego wysiłku gotują dwudaniowy obiad, oczywiście z deserem. Po obiedzie jest czas na edukację. Chińskie fiszki już od 8 miesiąca, a na koniec czytanie metodą Domana. Ich dzieci oczywiście w tym czasie siedzą i zaciekawione słuchają. W międzyczasie pieką chleb na zakwasie, dla sąsiadki również, bo ona nie ma czasu.
Właściwie nie muszą sprzątać, bo w domu zawsze jest porządek. Kiedy wieczorem już dzieci zasną same w swoich pokojach, to mają czas dla siebie. Ale wolą uszyć dziecku worek na kapcie i wyhaftować jego imię. W nocy świetnie się wysypiają, bo przecież ich dzieci przesypiają całe noce.
„Julianie, proszę powtórz: qi che”
Zastanawiają się te, które zasnęły na podłodze przy dziecięcym łóżeczku, w legginsach ze śladami wczorajszej pomidorowej. Budzą się o 23, idą do łazienki i nie są wstanie przejść przez kupę (prania, na szczęście). Patrzą na swoje poszarzałe i zagniecione lico, na rozmazany tusz pod powieką, którym wczoraj udało się pomalować. Przebierają się, bez wcześniejszego prysznica, w piżamę i kładą się spać. A właściwie padają na twarz.
W nocy parenaście pobudek, bo noga boli, albo dusza. Pobudka dziś później, uff, na szczęście nie o 5.30 jak wczoraj. Kawa, kawa! Królestwo za filiżankę kawy lub nawet wiadro! Dziecięta oczywiście już głodne, chociaż to środek nocy. Zalewają na odczepnego płatki z cukrem i mlekiem, krowim. Mops już jedzie. Czytają książki, bawią się Lego, animują towarzystwo od 3 h, patrzą na zegarek, a okazuje się, że minęło 15 minut.
Godzina 5 minut 30, ile zostało do 20? Wymęczone, zaślinione, zagilone, czasem nawet podrapane. W dresach, getrach i bezkształtnych ciążowych bluzkach siedzą na dywanach z udeptanymi chrupkami i walczą o przetrwanie. O prysznicu przypominają sobie około godziny 12, ale niestety nie mają takiej możliwości.
Czasem myślą, że już nie dadzą rady, że uciekną. Zaciskają zęby i znów zasypiają na podłodze przy dziecięcym łóżeczku. Są takie dni, że gdyby tylko ktoś im zaproponował pracę za biurkiem 12 h dziennie to poszłyby. Poszłyby odpocząć. Jutro będzie lepiej, a może i nie będzie.
Pytają inne, które budzą się niewyspane od 6 lat. Rozklejają oko i widzą swoje dzieci, które na chwilę zajęły się sobą w pokoju. Idą włączyć magiczny przycisk budzenia do życia z napisem „KAWA”. Mają kilka minut na to, żeby zacząć w miarę funkcjonować, a przy okazji już zdążyć przeczytać jedną „Kicię kocię”. Robią szybkie, ale pożywne śniadanie. W międzyczasie wycierają rozlaną wodę, w której młodsze dziecko zdążyło już zanurzyć pulchną rękę.
Dzieci trochę zjadają, trochę rozrzucają po podłodze. Jedną ręką wycierają stół, a drugą nakładają na łyżkę owsiankę. Biorą szybki prysznic w towarzystwie ciekawskich oczu. Zamiast nucić ulubione melodie śpiewają siedząc w wannie: „Head and shoulders, knees and toes” albo nawet i „Sto lat”. Wszystko za to żeby nie właziło na sedes i nie bawiło się stojącą obok szczotką. Szybkie czesanie włosów w koczek na czubku głowy, po którym poznaje się wszystkie matki i można zaczynać dzień.
Pranie x 3 w obowiązkowej asyście. Przy okazji nauka kolorów przez zabawę: czerwona skarpeta w białym praniu. Liczenie również zaliczone: „Ile godzin do 17.30 kiedy wraca mąż?. Damy radę!” Drzemka w dzień to czas na obowiązki, pracę zawodową i domową. Obiad z wczoraj na szczęście czeka w lodówce.
Można ten czas spędzić ze starszym i powyklejać Lapbooki o Chinach. Nawet druga kawka i artykuł w gazecie jest możliwy! Nie jest źle. Później bajka na You Tubie. Chwila dla siebie ładuje akumulator na resztę dnia. Później obowiązkowy punkt dnia, czyli plac zabaw czyt. zmęczę Was dzieciaki i szybko zaśniecie! Później kolacja i usypianie. Zasypiają zmęczone, ale szczęśliwe.
W internecie jest mnóstwo przekoloryzowanych sytuacji, które przedstawiają współczesnym mamom nieprawdziwy obraz macierzyństwa. Niektóre mamy stawiają przed sobą niedoścignione wzory, a kiedy im się nie udaje, odczuwają porażkę.
Albo uśmiechnięte dzieci, które swobodnie rozrzucają zabawki po domu albo podłogę czystą jak łza i dzieci, za którymi chodzę krok w krok. Do znudzenia proszę o zabawę tylko jedną zabawką, a na koniec odłożenie jej na miejsce.
To jedyny sposób na porządek mając w domu dzieci. Jest to dla mnie totalna abstrakcja, bo dom to nie muzeum, ani przedszkole. Albo skomplikowany obiad z deserem albo mój wewnętrzny spokój, który znika, kiedy zaczynam gotować.
Zastanawiają się te, które zasnęły na podłodze przy dziecięcym łóżeczku, w legginsach ze śladami wczorajszej pomidorowej. Budzą się o 23, idą do łazienki i nie są wstanie przejść przez kupę (prania, na szczęście). Patrzą na swoje poszarzałe i zagniecione lico, na rozmazany tusz pod powieką, którym wczoraj udało się pomalować.
Przebierają się, bez wcześniejszego prysznica, w piżamę i kładą się spać. A właściwie padają na twarz. W nocy parenaście pobudek, bo noga boli, albo dusza. Pobudka dziś później, uff, na szczęście nie o 5.30 jak wczoraj. Kawa, kawa! Królestwo za filiżankę kawy lub nawet wiadro! Dziecięta oczywiście już głodne, chociaż to środek nocy. Zalewają na odczepnego płatki z cukrem i mlekiem, krowim. Mops już jedzie.
Czytają książki, bawią się Lego, animują towarzystwo od 3 h, patrzą na zegarek, a okazuje się, że minęło 15 minut. Godzina 5 minut 30, ile zostało do 20? Wymęczone, zaślinione, zagilone, czasem nawet podrapane. W dresach, getrach i bezkształtnych ciążowych bluzkach siedzą na dywanach z udeptanymi chrupkami i walczą o przetrwanie. O prysznicu przypominają sobie około godziny 12, ale niestety nie mają takiej możliwości.
Dzieci trochę zjadają, trochę rozrzucają po podłodze. Jedną ręką wycierają stół, a drugą nakładają na łyżkę owsiankę. Biorą szybki prysznic w towarzystwie ciekawskich oczu. Zamiast nucić ulubione melodie śpiewają siedząc w wannie: „Head and shoulders, knees and toes” albo nawet i „Sto lat”. Wszystko za to żeby nie właziło na sedes i nie bawiło się stojącą obok szczotką.
Szybkie czesanie włosów w koczek na czubku głowy, po którym poznaje się wszystkie matki i można zaczynać dzień. Pranie x 3 w obowiązkowej asyście. Przy okazji nauka kolorów przez zabawę: czerwona skarpeta w białym praniu. Liczenie również zaliczone: „Ile godzin do 17.30 kiedy wraca mąż?. Damy radę!” Drzemka w dzień to czas na obowiązki, pracę zawodową i domową. Obiad z wczoraj na szczęście czeka w lodówce.
Parterem wpisu o prawdziwym macierzyństwie jest marka Baby Dove
Jak wzmacniać odporność dziecka – temat szczególnie ważny dla mam maluszków, których starsze rodzeństwo idzie do żłobka albo przedszkola. Wiadomo, że starszak będzie przynosił nie tylko ciekawe opowieści i nowe umiejętności, ale też wirusy i bakterie, dla których przedszkole to istny raj do rozwoju. Rodzice martwią się, że infekcje starszaka mogą odbić się na zdrowiu maluszka, którego układ immunologiczny może nie podołać temu wyzwaniu.
Czy jest się czego obawiać? Jak w ogóle kształtuje się układ odpornościowy? I co można zrobić, żeby zapobiegać infekcjom u starszaka i malucha? Na pytania odpowiada Joanna Dronka – Skrzypczak, autorka strony www.dietaeliminacyjna.pl
Żeby dziecko mogło przetrwać już pierwsze dni poza brzuchem mamy musi przyjść na świat z pewną pulą przeciwciał, które będą go chronić przed patogenami. Taki „pakiet startowy” przeciwciał dostaje od swojej mamy będąc w jej brzuchu. Jest to tak zwana odporność wrodzona, nieswoista. Działa szybko, ale nie jest bardzo precyzyjna. Dlatego już od pierwszej chwili, w momencie porodu dziecko zaczyna pracować nad własnym systemem odpornościowym, czyli tzw. odpornością nabytą (swoistą).
Przechodząc przez kanał rodny mamy dziecko zostaje zasiedlone jej bakteriami, które dają początek jego własnemu mikrobiomowi, a co za tym idzie zaczyna się praca nad treningiem własnego układu odpornościowego i wytwarzaniem własnych przeciwciał. Mleko mamy dostarcza dodatkowo przeciwciał przez czas karmienia piersią. Można to potraktować jako „doładowanie” do układu odpornościowego dziecka?
Faktem jest jednak, że to odporność swoista będzie najważniejsza dla dziecka w późniejszym okresie jego życia. Przeciwciała od mamy są pomocne, ale najważniejsze jest, żeby dziecko skutecznie zaczęło produkować własne, swoiste przeciwciała. Warto wiedzieć, że ten proces będzie trwał całe życie, ponieważ układ immunologiczny cały czas uczy się rozpoznawać nowych „wrogów” i walczyć z nimi. Dlatego najważniejsze jest, aby zadbać o te czynniki, które wspomagają jego pracę. A jest to w dużym stopniu prawidłowa mikroflora jelit i zdrowe jelita.
Jak wzmacniać odporność u małego dziecka?
Na pocieszenie warto napisać, że według badań naukowych dzieci posiadające starsze rodzeństwo są mniej narażone między innymi na alergie w przyszłości. Alergie to nic innego jak „błąd” układu immunologicznego, który wytwarza przeciwciała przeciwko nieszkodliwym substancjom np. przeciwko białkom pożywienia czy pyłkom roślin. Fakt, że dzieci posiadające rodzeństwo mają mniejsza skłonność do alergii pokazuje, że dzięki lepszemu treningowi układu immunologicznego szybciej i skuteczniej wytwarza się u nich swoista odporność.
Nie oznacza to jednak, że trening ten ma odbywać się przez ciągłe infekcje. U niemowląt choroby są wyjątkowo uciążliwe: dziecko nie potrafi jeszcze oddychać przez usta, zatkany nos to koszmar dla niego i dla rodziców. Na pewno nie pomoże trzymanie dziecka w sterylnych warunkach, unikanie patogenów za wszelką cenę. Układ odpornościowy musi mieć okazję do ćwiczeń i nauki. Takimi trenerami są między innymi bakterie jelitowe. Dlatego chcąc wesprzeć odporność zarówno młodszego jak i starszego dziecka powinno się:
Probiotykoterapię można zacząć już w pierwszych tygodniach życia dziecka. Szczególnie ważne jest to dla dzieci urodzone drogą cesarskiego cięcia, które nie otrzymały swojego zestawu startowego bakterii przechodząc przez pochwę mamy. Są nawet specjalne probiotyki dla dzieci dedykowane maluchom po cesarskim cięciu.
Najistotniejsze jest jednak, aby spośród dostępnych na rynku preparatów wybrać te wysokiej jakości z przebadanymi szczepami. Jak najbardziej można stosować probiotyki dla maluszków u starszych dzieci, jeśli mają dobry skład. Ważna jest regularność przyjmowania probiotyków, a także czas trwania. To nie jest cudowny środek, tylko praca u podstaw, dlatego długotrwałe stosowanie jest kluczowe. Ja stosuję probiotykoteapię przez cały czas, co kilka miesięcy zmieniając preparat. Listę rekomendowanych probiotyków można znaleźć tutaj: http://www.dietaeliminacyjna.pl/probiotyki-dla-dziecka-wybrac/
Suplementacja jest ważna i często potrzebna, ale powinna być stosowana rozważnie i z głową. Obiecywanie sobie cudów po słodzonych misiach czy syropkach z apteki to nie jest rozsądne rozwiązanie. Zrównoważona dieta, ruch, probiotykoterapia, suplementacja witaminy D – to podstawowe zalecenia. Jeśli chcemy dodatkowo wesprzeć odporność dziecka sięgnijmy po to, co oferuje nam natura.
Na rynku dostępne są syropy – wyciągi z dzikiej róży i innych roślin o wysokiej zawartości witaminy C. Do tego miód, który ma naturalne właściwości przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe. To raczej zalecenia dla starszaka. Niemowlęciu wystarczy mleko mamy, witamina D, probiotyki. W razie wątpliwości dobrze jest poradzić się lekarza, a nie w ciemno kupować cudowne preparaty na odporność, ponieważ najczęściej w składzie znajdziemy cukier i dodatki smakowe.
Edukacyjne bajki dla dzieci – najciekawsze propozycje. W telewizji i internecie jest mnóstwo fajnych bajek i programów, które warto pokazać dzieciom. Jestem za tym żeby nie stosować żadnych radykalnych metod tylko pokazywać dzieciom sprawdzone wcześniej pozycje. Mocno reprezentowany będzie też polski serial animowany!
Oczywiście, rozumiem też rodziców, którzy świadomie nie włączają dzieciom bajek. Ale tak sobie myślę, że to tworzenie trochę sztucznej rzeczywistości, bo kiedyś w końcu się zetkną z bajkami i takie nieprzygotowane mogą odebrać je bardzo źle.
Pamiętam historię jednej z mam, której dziecko nie oglądało NIGDY bajek, chodziło do przedszkola Montessori i na codzień stykało się tylko z realnymi sytuacjami. Jednak, któregoś dnia sąsiad w podobnym wieku zaprosił chłopca do siebie. Pech chciał, że akurat na film o Spidermanie. Wyobrażacie sobie dziecko, które widzi sceny z tego filmu nigdy wcześniej nie widząc fikcyjnych postaci? Chłopiec był przerażony!
Uważam, że dobrze dobrane bajki do wieku oraz WRAŻLIWOŚCI dziecka są naprawdę ok.
Irytują mnie też bajki dla najmłodszych, w których obrazy atakują feerią kolorów, a akcja jest tak szybka, że można dostać oczopląsu. Nie ma co się dziwić, że po obejrzeniu dziecko jest maksymalnie pobudzone i trudno mu się dostosować do świata realnego.
Tytuł oryginalny: Puffin RockDługość odcinka: 20 min
Wyjątkowo pozytywna edukacyjna bajka dla dzieci o przygodach małych maskonurów. Przyjemna grafika narysowana piękną kreską i ciekawe dialogi sprawiają, że naprawdę lubię tę bajkę. Ma sporo walorów edukacyjnych. Bohaterami są Oona i Baba – rodzeństwo, które spędza ze sobą sporo czasu na zabawach i poznawaniu świata. Bajka pokazuje dzieciom, że warto opiekować się innymi.
Dostępna na NETFLIX
Tytuł oryginalny: Topsy and TimDługość odcinka: 11 min
To chyba jedyna bajka, a właściwie film w duchu Montessori. Powstała na podstawie serii książeczek, których niestety nie można już nigdzie kupić (z genialnym przekładem Wandy Chotomskiej). Wiem, że są dostępne w bibliotekach.
Kim są Tosia i Tymek? To rodzeństwo, które ma takie problemy jak nasze dzieci. Lilka uwielbia oglądać ten serial, bo jest realny. Nie ma tam potwórów, strachów i innych. Jest to bardzo fajna bajka dla wrażliwych dzieci.
Wszystkie odcinki możecie obejrzeć bez problemów na Tosia i Tymek Youtube
Tytuł oryginalny: Ekipa ChrumasaDługość odcinka: ok 7 min
To nasz ostatni hit! Polski serial animowany na temat warzyw i owoców dla dzieci (myślę, że od lat pięciu). Fajna bajka dla dzieci z edukacyjnym zacięciem. W sumie jest sześć odcinków i każdy porusza tematy związane ze zdrowiem. Lubię takie edukacyjne bajki dla dzieci z przesłaniem.
Wszystkie odcinki możecie obejrzeć TUTAJ
Tytuł oryginalny: BingDługość odcinka: ok 7 min
Bajka o empatycznym króliku i jego przyjaciołach. Za każdym razem kiedy ją oglądamy jestem szczęśliwa, że powstają takie produkcje. A co takiego jest w niej wspaniałego? Bing mówi bardzo dużo o emocjach, w taki sposób jak my to robimy, czyli nazywa je i tłumaczy. Bajka jest genialna! Jeżeli jej nie znacie to sprawdźcie.
Codziennie jest na Mini mini + oraz jest kilka odcinków na You tube.
A na rynku jest też dostępny Magazyn Bing
Tytuł oryginalny: Mother Goose ClubDługość odcinka: ok 25 min
Ulubiony program moich dzieci. To z niego uczą się piosenek po angielsku. Obejrzeliśmy już wszystkie po kilkanaście razy. Wiadomo nie od dziś, że dzieci uczą się przez zabawę, dlatego tak dużo mogą się nauczyć oglądając te piosenki.
Tytuł oryginalny: Il était une fois… la vieDługość odcinka: ok 23 min
Kultowy serial animowany, którego chyba nie trzeba wszystkim przedstawiać. A jednak go tutaj przypomnę. Ostatnio nawet włączaliśmy ponownie żeby zobaczyć, co się dzieje z krwinkami podczas upadku. Świetny serial, który tłumaczy jak działa ludzkie ciało. Jeśli chodzi o edukacyjne bajki dla najmłodszych dzieci – klasyk.
DVD do kupienia najtaniej TUTAJ
Tytuł oryginalny: Charlie and LolaDługość odcinka: ok. 11 min
Jest to jedna z ulubionych bajek Lilki. Bohaterami są Charlie i Lola – rezolutne rodzeństwo, które ma różne ciekawe perypetie. Porusza różne tematy, takie jak np. wizyta u okulisty, strachu przed ciemnością. Do tego bardzo ją lubię za niebanalną kreskę.
Do obejrzenia na Youtube
Tytuł oryginalny: Guess How Much I Love YouDługość odcinka: 11 min
Przepiękna animacja, która powstała na podstawie książki. Opowiada o miłości rodzica do dziecka. Czasem aż sama uronię łezkę wzruszenia. Wspaniała bajka dla najmłodszych.
Do obejrzenia na Mini mini +
Tytuł oryginalny: Martha SpeaksDługość odcinka: 11 min
Bajka ta jest tak zabawna, sympatyczna i mądra, że aż czuję ekscytację, mogąc się podzielić z Wami tym tytułem. Marta to pozornie zwykły, fajny pies, jednak dzięki zupie literkowej, która trafia do jej głowy, Marta… nawija jak szalona. A że jest wyjątkowo mądrym, życzliwym i nieco naiwnym psem, przydarzają się jej różne przygody. Jej właścicielką jest Helenka, która ma fajnych, zabawnych przyjaciół. Cała bajka jest pełna humoru i życzliwości, a jej walorem edukacyjnym jest nie tylko nauka zachowań społecznych, ale przede wszystkim słów. Gdy tylko w bajce pojawia się niezrozumiałe słowo, wyjaśniane jest jego znaczenie. Oglądam ją chętnie z dziećmi, bo jest bardzo pozytywna i zabawna, a także pełna ironii z puszczonym okiem w stronę dorosłych.
Tytuł oryginalny: Raa Raa the Noisy LionDługość odcinka: 10 min
Bardzo prosta w formie bajka, której głównym bohaterem jest hałaśliwy lew oraz jego przyjaciele z dżungli: Krokuś, Zebcia, Rafcia, Trąbuś i Uuu Uuu. Tym, co przyciąga w tej bajce, są dźwięki. Przy jej tworzeniu pracowali między innymi specjaliści od logopedii dziecięcej. Jest tu rytmika i magiczne fascynujące dźwięki. W każdym odcinku Raa Raaa rozwiązuje jakiś nieskomplikowany problem. Szuka przyjaciół, swojego głosu, czy przyczyny pojawienia się jakiegoś tajemniczego dźwięku. W bajce tej nic nie rozprasza dzieci, co sprawia, że dźwięki stają się najważniejsze. Oglądać w ciszy😊.
Tytuł oryginalny: Thomas the Tank Engine and Friends Długość odcinka: ok 10 min
W tym zestawieniu Tomka nie mogło zabraknąć. Na wyspie Sodor pociągi wykonują różnorodne prace, a ich celem jest bycie pożytecznym i życzliwym. Tomek ma mnóstwo przyjaciół – innych pociągów, z którymi współpracuje. Są tu lokomotywy parowe, spalinowe, elektryczne, wąskotorowe, ale także wagony, statki powietrzne, wodne, żurawie i podnośniki oraz inne pojazdy. Występują również ludzie, którzy są jednak tłem dla przygód pociągów. Dzieci dzięki tej bajce poznają świat lokomotyw i przekonają się, że życzliwość i dobre serce oraz upór w dążeniu do celu i pracowitość przynoszą korzyści wszystkim.
Tytuł oryginalny: Curious GeorgeDługość odcinka: 22 min
Przygody przesympatycznej małpki, która zgodnie z tytułem jest bardzo ciekawska. George odkrywa nie tylko to, do czego służą różne przedmioty, ale także poznaje ciekawych ludzi, miejsca, zawody i inne zwierzęta. Jest przy tym dość niefrasobliwy, ale bardzo sympatyczny. Tu małpka nie mówi, więc dzieci muszą uważnie obserwować rozwój wydarzeń i oprócz poznawania świata, uczyć się zależności przyczynowo-skutkowych. Oczywiście nie zdając sobie z tego sprawy.
Tytuł oryginalny: Doc McStuffinsDługość odcinka: 22 min
Sześcioletnia Dosia z wielkim sercem i troską leczy swoje zabawki, w specjalnie przygotowanej w ogródku klinice. Przyszywa im łapki, ceruje dziury, skleja, dokręca, reperuje. Bajeczka oswaja dzieci z wizytami u lekarza, ale także uczy empatii. W leczeniu Dosi pomagają inne zabawki, które ożywają przy niej. Bardzo sympatyczna i ciepła bajka.
Tytuł oryginalny: Fireman SamDługość odcinka: 11 min
Strażak Sam musi znaleźć się w tym zestawieniu, nie tylko dlatego, że jest to jedna z ulubionych bajek wielu chłopców, ale też dziewczynek, ale także z tego powodu, że ma mnóstwo walorów edukacyjnych, dotyczących bezpieczeństwa. To od Strażaka Sama dzieci nauczą się, jak postępować bezpiecznie z ogniem, dlaczego nie wolno beztrosko wychodzić w góry bez przygotowania, czy tego, co może prowadzić do pożaru lasu. Pierwsza pomoc i postępowanie w sytuacjach kryzysowych, a także sposoby na ich unikanie – oto przekaz Strażaka Sama.
Tytuł oryginalny: Dzielny lew ErykDługość odcinka: 4 min
Polski serial animowany z 2015. Eryk to lew, który choć dzielny, czasem się czegoś boi. Taka postawa pokazuje dziecku, że każdy ma prawo obawiać się nowych sytuacji, co nie znaczy, że nie jest dzielny. Eryk boi się burzy, pierwszego dnia w przedszkolu, czy mycia głowy. Bajka dla najmłodszych – oswaja dzieci z sytuacjami, które mogą spotkać na co dzień i uświadamia im, że strach ma wielkie oczy. Jeśli więc macie przed sobą jakieś wydarzenie, wymagające oswojenia, przeglądnijcie odcinki „Dzielnego lwa Eryka”, być może będzie pomocny😊.
Tytuł oryginalny: FranklinDługość odcinka: 21 min
Żółw Franklin to niezwykle uroczy bohater, który ma swoich równie miłych przyjaciół. Poznaje świat wokół siebie, czasem zachowując się zabawnie, jak wtedy, gdy spotkawszy nietoperza, sam próbuje spać głową w dół, by sprawdzić, jak się czuje to stworzenie. Poznawanie świata – zwierząt, wydarzeń, zwyczajów – oto czego dzieci uczą się wraz z Franklinem. Wszystko w spokojnej, wolno płynącej fabule.
Tytuł oryginalny: Myszka w paskiDługość odcinka: 2.5 min
Doskonała bajka dla przedszkolaków, która nie tylko oswaja dzieci z tym miejscem, ale pozwala im się identyfikować z wydarzeniami, które przedstawia Myszka w paski. Większość z nich dzieje się właśnie w przedszkolu. Myszka w paski pokazuje różne sytuacje, jakie mogą się tam wydarzyć i uczy, jak na nie reagować. Od niej dzieci dowiedzą się także, jak bezpiecznie poruszać się po ulicy oraz czym są pieniądze. Jest to polski serial animowany, który porusza wszechstronne dzieciny życia, a wszystko na przykładzie dzieci z przedszkola.
Tytuł oryginalny: Les TriplésDługość odcinka: 7 min
Są takie bajki, które lubię bardziej niż inne. I Trojaczki do nich należą. Być może dlatego, że identyfikuję się z ich mamą😊? Choć ona samodzielnie wychowuje trójkę rozrabiaków, to jednak czasem czuję jej irytację😉. A same trojaczki są niezwykle rezolutne: dziewczynka i dwóch chłopców przeżywają różne przygody i jak to rodzeństwo – kłócą się i jednocześnie kochają nad życie. Bawią się, odkrywają i poznają świat, wyobrażając sobie czasem zupełnie niesamowite rzeczy. Idealna bajka dla rodzeństwa.
Tytuł oryginalny: Baby EinsteinDługość odcinka: 3,5 min
Słuchajcie, przyznaję się bez bicia. Jak nie mam żadnej alternatywy i opadam z sił puszczam dzieciom odcinek Animal Farm. Junior aż podskakuje z radości. Siedzimy i nazywamy różne rzeczy, które pojawiają się na ekranie. W kategorii bajki dla najmłodszych dzieci – to naprawdę bardzo wartościowa pozycja i w niewielkich ilościach może być pomocna.
Edukacyjne bajki dla najmłodszych dzieci – odcinki tematycznie TUTAJ
a tu łapcie świeżutki największy prezentownik z inspiracjami dla dzieci od 1 roku aż po nastolatków. 10 tablic z podziałem na wiek dzieci, w sumie ponad 100 przemyśłanych propozycji! – Prezenty na święta dla dzieci 2023
Tytuł oryginalny: Louie’s WorldDługość odcinka: 10 min
Edukacyjna bajka dla najmłodszych dzieci, która opiera się na otaczającym świecie. Podoba mi się minimalistyczna grafika i ciekawe wątki edukacyjne. Tę bajkę wyróżnia też bardzo spokojna muzyka o prostej kompozycji. Pamiętam jak Lilka uwielbiała ją oglądać.
Tytuł oryginalny: PocoyoDługość odcinka: 7min
Bajka o chłopcu w niebieskim ubranku. Fabuła jest bardzo prosta, ale ciekawa. Nie ma tam szybkich zwrotów akcji, a jednak dzieci ją lubią.
A tu łapcie świeżutkie inspirację na Prezent dla niej i dla niego pod choinkę 2024!
A tu macie nasze ulubione Bajki dla dzieci Netflix
Tu macie fajne, miłe i edukacyjne – Najlepsze bajki MAX
Dla trochę starszych łapcie Seriale dla dzieci na Netflix
Dla całej rodziny natomiast filmy znajdziecie we wpisie: Filmy familijne a tu Filmy dla dzieci
a dla dorosłych Najlepsze seriale Netflix, tu Disney seriale oraz Najlepsze seriale MAX
Tu znajdziecie odpowiedź Jak wprowadzać dzieci w świat bajek
Tu łapcie wpis Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny
Jak widzicie wakacje spędzamy w Warszawie, a na weekendy ruszamy w ciekawe miejsca. Moje dzieci są jeszcze małe, więc możemy sobie pozwolić na wyjazdy w maju lub we wrześniu i takie najbardziej nam odpowiadają. Nie ma wtedy tłumów, a temperatura jest znośna. Poza tym lubię lato w mieście, bo wtedy jest naprawdę pusto i przyjemnie.
Tym razem z naszymi znajomymi wybraliśmy się do Hotelu Skansen.
Cały kompleks oddalony jest od Warszawy o niecałe 2 h drogi. Nie mieliśmy problemów z wyjazdem z Warszawy i po południu dojechaliśmy do hotelu. Dzieci zasnęły w aucie i przejechaliśmy trasę bez żadnego postoju.
Hotel położony jest w przepięknym miejscu bardzo blisko natury. To nowoczesne miejsce, ale wybudowane w ogromnej harmonii z otaczającą przyrodą. Sam projekt a la „nowoczesna stodoła” urzekł mnie totalnie i całe dnie podziwiałam te drewniane bryły. Całość grała ze sobą znakomicie i każdy detal dopracowany był w 100%.
Co ciekawe w czasie naszego pobytu było pełne obłożenie miejsc, a w żaden sposób nie dało się tego odczuć.
Nawet nie wiedziałam, że cały kompleks położony jest na terenie Muzeum Wsi Mazowieckiej. Kilkadziesiąt metrów od wyjścia z hotelu jest właśnie skansen, gdzie można zwiedzić ponad 80 obiektów małej i dużej architektury wiejskiej Mazowsza. Całość obiektu rozłożona jest na 54 ha.
Naprawdę robi wrażenie. Nam nawet udało się trafić na Żniwa w skansenie – imprezę plenerową z mnóstwem atrakcji dla dzieci i dorosłych. Moje dzieci wpatrywały się w klepanie kosy i podziwiały wiązanie snopków – niecodzienny widok.
Mieliśmy wykupioną opcję śniadania i obiadokolacje – sprawdziło się nam to najlepiej. Na śniadanie jest szwedzki stół z różnymi typowymi potrawami (jajecznica, naleśniki, pasty kanapkowe, kiełbaski). Dostępny jest nawet stół wiejski z wędlinami i domowym ciastem.
Ja się raczyłam pyszną kawą z ekspresu. Obsługa nie robiła też problemów dwukrotnym wejściem na śniadanie (co się zdarza w innych miejscach). Wiadomo jak dzieci wstaną o 6, to o 7 są głodne to i do 10 znów by coś zjadły…
Obiadokolacje są od godziny 18 w formie szwedzkiego stołu. Bardzo odpowiadał mi styl potraw, przypominający domowe jedzenie. Zupa i do tego różne potrawy do wyboru: ryba w sosie, kotleciki, ryż, kasza pęczak, ziemniaki, surówki, ciasto i owoce. Moim dzieciom bardzo smakowało.
W sobotę skorzystaliśmy też z restauracji. Są tam dwa miejsca, które różnią się od siebie znacznie. Można wybrać kuchnię polską lub śródziemnomorską. Menu różni się też cenami, więc zajrzyjcie do dwóch i zdecydujcie, która Wam bardziej odpowiada.
Wciąż jestem zachwycona otoczeniem hotelu. Aż się chciało wychodzić i od rana do wieczora korzystaliśmy ze spacerów. Cały teren przeszliśmy z wózkiem może 20 razy, bo tak pięknego terenu dawno nie widziałam! Piękne rośliny wijące się po ścianach budynków z czerwonej cegły robią ogromne wrażenie.
Całość jest spójna ze sobą i dlatego tak zachwyca. Otaczająca zieleń sprawia, że naprawdę można odpocząć.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że Muzeum Wsi Mazowieckiej znajduje się właśnie tam. Dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z hotelu przenosimy się wczasie do XIX- wiecznego Mazowsza. Teren skansenu jest ogromny!
Dlatego fajne jest to, że bilet jest ważny aż 3 dni i można oglądać go kilka razy w ciągu jednego wyjazdu. Dodatkowo goście hotelowi mają zniżkę. My za 4 bilety z dwójką dzieci zapłaciliśmy 20 zł.
W skansenie możecie obejrzeć dawną architekturę, podziwiać zwierzęta i cieszyć się wolnym czasem na łonie natury. Bardzo polecam Wam to miejsce!
Weekend szybko minął i z racji problemów zdrowotnych (uroki podróży z dziećmi) nie mogliśmy skorzystać ze wszystkich atrakcji. Napewno tam jeszcze wrócimy, bo jeszcze nie zdążyłam nasycić się tym miejscem.
Inne miejsca na weekend niedaleko Warszawy, o których pisałam:
Hotel Warszawianka, Borówkowe domki
Ostatni wpis z tej serii spotkał się bardzo dużym zainteresowaniem i prosiliście mnie żebym dodawała takie zestawienia częściej. Cieszę się, bo jak wiecie uwielbiam testować różne rzeczy i polecać dalej.
Dziś wpis bardziej letni, ale większość z tych rzeczy można używać przez cały rok.
Poprzedni wpis znajdziecie Małe przyjemności
Jest to moja ulubiona marka polskich kosmetyków naturalnych. Każda z rzeczy, którą miałam jest absolutnie cudowna. A scrub z olejem konopnym to mój absolutny faworyt. Pokusiłam się nawet i zamówiłam klasyk z Ministerstwa dobrego mydła ze śliwką, ale nie równa się do tego z Hagi. Jeżeli jest tu jeszcze ktoś, kto nie probował niech zamówi, a nie będzie żałował. Ten scrub z olejem konopnym dodatkowo ma właściwości chodzące, więc idealanie nadaje się na lato.
Wracam do kremu – kupiłam go ze względu na zapach. Faktycznie pachnie jak wakacje na Bali. Jest bardzo lekki, świetnie się rozprowadza i nie zostawia tłustego filmu. Uwielbiam nakładać go tuż po kąpieli na twarz, szyję i dekolt. Zabieram go na każdy wyjazd zamiast: kremu do twarzy, kremu do rąk, balsamu do ciała. Jest naprawdę świetny. Do tego ma bardzo wygodną pompkę, która pozwala na higieniczne użytkowanie kremu.
Jak wiecie jestem włosomaniaczką. Bloga Anwen zaczęłam czytać dużo wcześniej niż parentingowe. Dlatego musiałam wypróbować jej produkt do wyskoporowatych włosów, które mają tendencję do puszenia się.
Kto obserwuje mnie na Instagramie ten widzi (KLIK), że znów zmierzam ku jaśniejszym włosom. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem używam genialnej maski, które świetnie wygładza moje puszące się włosy.
Używam jej na dwa sposoby: na pół godziny przed myciem nakłądam na wilgotne włosy od ucha w dół, zawijam w ręcznik i nakładam czepek lub reklamówkę i po 30 minutach normalnie myję lub nakładam na 15 minut po myciu. Jest rewelacyjna! Są również dostępne maski do innych rodzajów włosów.
Dostępny najtaniej TUTAJ
Znów wróciłam do mojego ulubionego podkładu. To już 3 buteleczka i chyba nie będę już eksperymentować. Nie mam problemów z cerą i ten podkład jest dla mnie idealny – dobrze kryje, trzyma się cały dzień i ma odcienie, które nie mają różowego pigmentu.
Dostępny TUTAJ
Podkład Lancome ma tylko 15 SPF, więc używam również tego podkładu, który jest bardziej jak krem tonujący. Nadaje skórze tylko delikatny koloryt i chroni przed słońcem. Lubię go, bo dobrze się wchłania i jest niewidoczny na skórze.
Dostępne TUTAJ
Ja wiem, że już wszyscy je mają i uwielbiają, ale ja naprawdę się przed nimi broniłam. Wg mnie są takie niekobiece i toporne, ale jak założyłam je pierwszy raz to o tym wszystkim zapomniałam. Są tak wygodne! Mają tylko jeden minus, nie dam rady prowadzić w nich auta.
Dostaję od Was mnóstwo wiadomości na temat moich… zębów. Pytacie, czy zęby wybielam, czy nosiłam aparat itd. Otóż natura obdarzyła mnie prostymi zębami o dość białej kości. Wspomagam się tylko pastami wybielającymi i dziś chciałabym Wam pokazać moje hity, które służą mi w codziennej pielęgnacji.
Pierwsza z nich to czarna pasta Ecodenta:
„Pasta Ecodenta Extra Black to bezpieczny zabieg wybielania zamknięty w ekonomicznej tubce. Rozjaśnia zęby o minimum 2 tony. Pastę można stosować codziennie. Ze względu na brak fluoru rekomendujemy używać jej wymiennie z inną pastą do zębów zawierająca fluor lub co najmniej ksylitol.”
Jak tylko ją zobaczyłam, to musiałam ją mieć! Ona jest naprawdę czarna i do tego wybiela zęby. Jeżeli jeszcze jej nie znacie to spróbujcie, działa znakomicie!
Dostępna w różnych wersjach
Uwielbiam tę pastę! Zaczynając od pięknej tubki, która dosłownie zdobi półkę w łazience, przez aktywne składniki i kończąc na efekcie, czyli białych zębach bez ścierania szkliwa. Nie wiem czy wiecie, ale ta marka jest używana przez gwiazdy i wypatrzyłam ją kiedyś w Harper’s Bazaar. W Polsce dopiero jest od niedawna.
Edit: słuchajcie sklep E-sanus postanowił obniżyć ceny tych past: duża z 55,00 na 45,00, mała z 23,00 na 21,00, a Ci którzy już kupili dostaną dodatkowy upominek do zamówienia.
A wszystko dzięki Wam:)
Dostępne w różnych kolorach i wersjach
Kto jeszcze nie zna tych szczotek? To najbardziej miękkie szczotki, jakie kiedykolwiek używałam i mogę nimi doszorować nawet ósemki! Są naprawdę rewelacyjne.
A do tego świetnie wyglądają!
Dorzuciłam ją do mojego zamówienia z ciekawości i jestem zachwycona. Do tego można z niej robić czarne balony. Zawiera węgiel aktywny i ksylitol.